The Fall 2

Miało być o Homeland 4, ale jednak – zupełnie przypadkowo The Fall 2 – tak jakoś wyszło, że zarwałam noc i obejrzałam całość. Nie dało się przerwać.

Drugą odsłonę brytyjskiego kryminału zastajemy tam, gdzie zakończyliśmy część pierwszą, czyli morderca pozostaje na wolności, śledztwo trwa ciągle lądując w martwym punkcie. Niewiele tu nowych wątków czy bohaterów, raczej eksploracja – momentami bardzo zaskakująca – materiału już zapisanego w części pierwszej. Niezwykłą postacią okazuje się Katie Benedetto – nastolatka opiekująca się dziećmi Paula Spectora (mordercy). Z nieszkodliwej, zadurzonej dziewczynki przeobraża się niemal w fanatyczną wyznawczynię swojego mistrza. I choć ta przemiana jest nieco przeszarżowana, losy Katie to wątek intrygujący i mam nadzieję, że część trzecia (a już została zapowiedziana) przyniesie więcej odpowiedzi. 
Tych narodzin zła i filozoficznych niemal rozważań (choć niestety wciąż na poziomie licealnym: Gdy ktoś gardzi samym sobą, gardzi prawami i zasadami moralnymi. Jest wolny) jest w The fall 2 dość sporo. Na szczęście jednak fabuła prowadzona jest konsekwentnie i da się zaakceptować ten dość patetyczny ton. Nie da się jednak niestety zaakceptować egzystującej we własnym świecie Gillian Anderson. Jej cudowne loki najlepiej się kręcą,gdy szpilki grzęzną w krwawym belfastowym błocie, ale i tak nic jednak nie mąci jej stoickiego spokoju i cedzonych przyciszonym głosem słów. Anderson, w swojej powadze i przeestetyzowaniu, ociera się niestety o kamp.
Do topornej filozofii zła dodać należy jeszcze momentami przyciężkie wątki genderowe (mężczyźni boją się, że kobiety ich wyśmieją, kobiety boją się, że mężczyźni mogą je zabić). Docenić jednak ponownie należy, że to jeden z niewielu seriali kryminalnych rezygnujący z testosteronicznej narracji nieumytych i podstarzałych policjantów z problemami, stawiając w roli głównej bohaterkę świadomą i wychodzącą poza płciowe konwencje. 
tu akurat cytat z serii1, ale w drugiej też czeka sporo zacnych cytatów
To co najlepsze w The fall, nastrój, napięcie, wiarygodna intryga, poczucie osamotnienia i całkowitej niewydolności systemu – działa wciąż znakomicie. Społeczeństwo i jego normy prawne, systemy alarmowe, nadzwyczajna technlogia – zawodzą. Normy i zasady nie funkcjonują, społeczeństwa nie ma, kościół zawodzi, a państwo umarło. Zostaje napastnik i ofiara sami ze sobą, zdani tylko i wyłącznie na los i przypadek.

Girls 3

W romantycznym finale drugiego sezonu Adam, targany uczuciem i troską o Hannah, biegnie do niej przez pół miasta, aby ukoić skołatane nerwy i emocje ukochanej. Teraz już nikt biegać nie musi – mieszkają razem.

Ewolucja i perypetie tego związku są osią trzeciego sezonu Girls. Poza tym dzieje się sporo. Hannah przeżywa kolejne pisarskie rozczarowania: zostaje zatrudniona jako copywriterka, a książka, którą miała wydać, okazała się obciążona korporacyjną umową o wyłączności dla innego wydawnictwa na…trzy lata. Marnie wciąż próbuje śpiewać, przez co wikła się w dziwną relację z dwójką mężczyzn. Jessa pogrąża się w narkotykowym nałogu, a Shoshanna, w oparach akademickiego szaleństwa, traci kontakt z rzeczywistością. Spotkania stają się coraz rzadsze, a coraz więcej spraw zaczyna toczyć się poza bezpiecznym kręgiem związku tej czwórki. Związek się rozluźnia i nawet „dziewczyński” wypad na weekend nie ratuje sytuacji. Każda z nich zajmuje się sobą, coraz bardziej nerwowo szukając recepty na dojmujące niezadowolenie z egzystencji.
Tętniące kolorami lakierów do paznokci mieszkanie Hannah, choć nadal nieuporządkowane i pełne dziwnych bibelotów, stało się mieszkaniem pary zdanej na tej przestrzeni już tylko na siebie lub niepowołanych gości (siostra Adama). Pary, która, w obliczu zawodowych aspiracji i zaangażowań, nie zauważyła, że się zmieniła, nie wypracowując nowego sposobu na wspólne życie. Zresztą to, w ciągu kilku chwil, zauważa mama Hannah (znakomity odcinek 9, w którym oglądamy Hannah i  trzy pokolenia kobiet z jej rodziny). Mówiąc córce kilka przykrych, lecz trafnych, słów na temat Adama (nie chcę, abyś całe życia musiała go socjalizować i dbać o jego dobre samopoczucie) daje jej perspektywę, na którą Hannah nie było do tej pory stać. Żeby jednak nie pogrążać widza w ostatecznym zasmuceniu, Hannah jednocześnie słyszy od babci: Kiedy nie będziesz mogła już na niego patrzeć i będziesz mu życzyć śmierci w potwornych męczarniach – nie martw się, to minie
Cały sezon jest więc konsekwentnie podobny do poprzednich – trochę dowcipny i zabawny, a trochę melancholijny. A kiedy robi się zbyt poważnie – kiedy zawodowe i prywatne życie dziewcząt zaczyna być nie do zniesienia, a widmo porażek i konsekwencji złych decyzji zbyt dojmujące – nagle pojawia się promyk nadziei. Pojawia się tęcza, dziecięce szczęście, uśmiech losu. Kiedy Hannah już prawie zaczyna być dorosła, kiedy prawie mogłaby zacząć odczuwać konsekwencje porzuconej w młodzieńczym geście pracy i kruszącej się relacji z partnerem – pojawia się zaproszenie na warsztaty literackie. W Iowa. Czyli daleko. Tam gdzie wszystko zacznie od nowa.
Hannah dostaje więc drugą szansę na nowe przyjaźnie czy związek budowane w duchu realizacji pokrewnych marzeń. Przede wszystkim jednak dostaje potwierdzenie, że jej aspiracje są słuszne. Lena Dunham, autorka Girls, podkreśla, że widz nie stawia przy Girls pytania: “z kim ona w końcu będzie, za kogo wyjdzie za mąż”. Zdaniem Dunham pytanie, jakie pojawia się w przypadku Girls to „czy zacznie w końcu pisać, czy dorośnie”.

I niewątpliwie trudno odmówić jej słuszności. Żałuję jednak trochę, że wysyła Hannah do Iowa. Że być może znów wrócimy do punktu wyjścia, zamiast obserwować, czy bohaterka w trybie tzw. normalnego życia jednak da radę coś ze sobą zrobić. Choć kto wie, w jakim punkcie życia zastaniemy bohaterki w kolejnym sezonie, zapewne ciągle gdzieś pomiędzy finałem Frances Ha, i początkiem Tiny Furniture.

Orange is the new black 2

Pierwszy sezon zakończył się klasycznym cliffhangerem – Piper, wyzwalająca się z okowów wychowania i własnych o siebie trosk, bije na oślep otumanioną religią współwięźniarkę. Bije, żeby zabić. Bije pewnie pierwszy raz w życiu. Na ile skutecznie powinniśmy dowiedzieć się w drugim sezonie.

I dowiadujemy się. W pierwszym odcinku blondwłosa bohaterka znajduje się niewiadomo gdzie, niewiadomo na jak długo i do końca nie wiadomo za co. Przekonana, że z nieogarniętej narkotykowej oszustki zmieniła się w morderczynię, ląduje w więzieniu-koszmarze – więzieniu koedukacyjnym. Chapman odbiera niechciane zaloty namolnego adoratora, zmaga się z towarzystwem dziwnych i napastliwych kobiet, a w dodatku kilka cel dalej mieszka…Alex. I tu następuje zwrot akcji, czyli sąd i rozprawa, podczas której Piper, znów trzymając stronę Alex, pakuje się w kłopoty.
Nie są to jednak kłopoty obarczone dużymi konsekwencjami, bo Piper wraca do domu. Czyli do Litchfield. Tu jest wszystko na swoim miejscu – Red, Rosa, Nicky, Taystee i Crazy Eyes. Widz może odetchnąć z ulgą – nie będzie skazany na powtórne oglądanie socjalizacji więziennej nierozumnej Piper.
W pierwszym sezonie świadkowaliśmy niełatwej przemianie głównej bohaterki z bezmyślnej „Pipes” w świadomą siebie więźniarkę – przemianie, którą wieńczy wspomniana już bójka, bójka, w której WASPowa, dobrze wychowana Piper nigdy by nie uczestniczyła gdyby nie więzienie, które zmienia, bo w końcu nikt „nie wychodzi stąd taki, jaki przyszedł”.
Zagłębiamy się w historie kolejnych bohaterek, coraz ciekawsze, bardziej intrygujące i złożone. Na postać wyjątkowo poruszającą wyrasta Rosa, której historia życia i namiętności są najbardziej romantycznym wątkiem całego sezonu. Przede wszystkim jednak obserwujemy szekspirowski niemal dramat, za sprawą zupełnie nowej bohaterki, Vee, która rujnuje hierarchię i ustalone zwyczaje Litchfield. Pojawia się pożądliwe pragnienie władzy i konsekwentna droga po jej zdobycie. Pojawiają się emocjonalne szantaże a także te zupełnie zwyczajne – pełne agresji i przemocy.

Historia upomina się tu też wreszcie o te najbardziej pomijane bohaterki – stare kobiety, które, jak pięknie pisał Różewicz, są “solą ziemi” i “tylko głupcy śmieją się ze starych kobiet; brzydkich kobiet; złych kobiet”. Stare więźniarki mówią o sobie “niewidzialne”, bo nikt się z nimi nie liczy. To jedyna grupa społeczna, w której kolor skóry przestaje mieć znaczenie. Przynależność wyznacza wiek i siwe włosy. I dbałość o dobre maniery.

(Trzeba jednak zaznaczyć, że choć w samym serialu o sprawiedliwość dla starych kobiet się upomniano o tyle już w rzeczywistości z tym jest nieco gorzej – bardzo trudno znaleźć bowiem jakiekolwiek materiały promocyjne z udziałem starych bohaterek.)
Orange is the new black już nie tylko cieszy się i chwali różnorodnością – ta została w pełni ukonstytuowana poprzez zepchnięcie Piper na drugi plan. WASPowa dziewczyna już się zmieniła, wtopiła w wielobarwność więzienia. I choć twórcy konsekwentnie budują narrację drugiego sezonu w oparciu o banalny schemat konfliktów pseudo-rasowych, wychodzą z nich jednak obronną ręką i wynoszą opowieści i emocje bohaterek w rejony zgoła odmienne i bardziej pogłębione. Mafijna niemal historia o dorastaniu, którą momentami nam serwują jest jedynie kliszą, wytrychem użytym ku budowie dramaturgicznej drabiny.

Drugi sezon Orange is the new black, choć rozpoczynający się słabym odcinkiem pierwszym (przeniesienie Piper do innego więzienia jest tylko chwilową reakcją na dramatyczne zamknięcie pierwszej serii, natomiast niewiele wnosi w historię sezonu drugiego), okazuje się produkcją znakomitą. Historie i emocje bohaterek zachwycają dojrzałością opowiadania, powolne wzrastanie napięcia i konsekwentne budowanie konfliktu aż do ostatniego odcinka mogą budzić podziw i stanowić wzorzec dla niejednej produkcji. Nie zabrakło tu także smaczków w postaci zmagającego się z własną niemocą Healy’ego, piorunująco krótkiej (szkoda) obecności Pornstasha czy absolutnie znakomitej Pennsatucky zastanawiającej się nad tym, jak lesbijki przejmą w końcu władzę nad światem…

Miasto cudów 2

Mając w pamięci estetyczne, acz męczliwe seanse pierwszego sezonu, do drugiej serii Miasta cudów zasiadłam bez entuzjazmu. Tak jak sądziłam – niewiele się zmieniło. Na szczęście jednak to zaledwie 8 odcinków.

Dla niezorientowanych (spoilery) – pierwszy sezon kończymy dramatycznym aresztowaniem Ike’a, właściciela hotelu Miramar. Do tego, emocjonującego, wydarzenia prowadzą nas rozliczne kłopoty, knowania i problemy, z którymi główny bohater boryka się cały pierwszy sezon. Niestety, już na początku drugiego całe napięcie ulatnia się, ponieważ Ike – w zasadzie bez większych komplikacji – szybko opuszcza mury więzienia. I to zdaje się być zasadą dla całej drugiej serii.
Wątki trwają dwa, trzy odcinki, aby potem zniknąć właściwie bez komentarza. Butcher grozi żonie, że jeżeli nie przyprowadzi najbliższej nocy Steve’ego do łóżka – zabije ją. Dwa odcinki później już o tym nie pamięta. Żona Ike’a, Vera, nagle powraca do tańca, który rzekomo ją wyczerpuje (nie widzimy tego, bo cały czas pięknie i świeżo wygląda). Zaczyna wspomagać się „zastrzykami wzmacniającymi” (wzorując się na Jackie Kennedy). Widz ma prawo podejrzewać, że ten proceder dokądś prowadzi. Czeka, aż pojawi się problem, uzależnienie, zmiany nastroju – cokolwiek. Niestety nie dzieje się nic (a jeszcze mniej się dzieje w aktorstwie Olgi Kurylenko). W pewnym momencie temat zwyczajnie znika, a widz czuje się oszukany. Pod koniec sezonu dowiadujemy się, że Vera nie może mieć dzieci i desperacko próbuje zaadoptować (czy też raczej przejąć) dziecko znajomej. Problem pojawia się znikąd i wydaje się, że został wprowadzony jedynie w roli zmiennika po wygaszonym temacie zastrzyków.
Brak spójności, ciągłości wątków i aspiracji bohaterów to największy mankament Miasta cudów. Wątki rozmywają się i mnożą, prowadzone są w powierzchowny, niejasny sposób. Wiele sytuacji pojawia się znienacka, nie znajdując w dalszej części stosownej kontynuacji. Temat przewodni, czyli legalizacja hazardu prowadzony jest chaotycznie, chwilami trudno pojąć, jaki jest stan faktyczny intrygi. Wydarzenia, na które czekamy – nie mają miejsca. Brak konsekwencji, logiki i ciągów przyczynowo-skutkowych były dla mnie niezwykle irytujące, a wrażenie, że widz lepiej pamięta akcję niż scenarzyści mocno niepokojące.

Ciekawym dodatkiem formalnym są oniryczne sceny Ike’owych snów. Pojawia się nawet nawiązanie do klasyki “kina pamięci” Dawno temu w Ameryce – Ike zamknięty w budce telefonicznej pogrąża się we wspomnieniach przy towarzyszącym mu natrętnym dźwięku telefonu. To wszystko jednak zdaje się być pustym zabiegiem, nie dopisującym zbyt wiele do stworzonego wcześniej obrazu bohatera. Wszyscy tkwią w ustalonych rolach i wyznaczonych torów charakterologicznych się trzymają: Butcher jak był zły takim pozostaje, podział na dobrego i złego syna jedynie się pogłębia, a niemrawe próby wzbogacenia postaci żony zakończyły się porażką. 
Miasto cudów uderza sztucznością, oglądamy piękne kostiumy czy stylizacje wnętrz na wysokim poziomie, ale nie ma tu, tak perfekcyjnie zrealizowanego w Mad Men, zespolenia bohaterów, fabuły i czasu. W Mad Menach kostium jest przylepiony do postaci, naturalny i, choć zachwycający, w zasadzie neutralny. W Mieście cudów wszyscy poruszają się, jak nakręcane laleczki poprzebierane w kostiumy, których nie chcą nosić, palą papierosy, których nie chcą palić i opowiadają historie, które nikogo tak naprawdę nie obchodzą. 

Devious Maids

Gotowe na wszystko raz jeszcze? Prawie się udało.

Kiedy Marc Cherry, producent Gotowych na wszystko, wraz z m.in. Evą Longorią oznajmili światu, że oto zamierzają wyprodukować amerykańską wersję meksykańskiej telenoweli Ellas son la Alegría del Hogar, zawrzało. Serial jeszcze nie powstał, a już posypały się na niego gromy za rasizm, szowinizm i różny inny „izm”.
Bohaterkami Devious Maids są cztery, pracujące jako pokojówki/opiekunki domów, kobiety latynoskiego pochodzenia. Pracowite, urodziwe, cierpliwe względem dziwnych kaprysów ludzi, dla których pracują. Są nie tylko „pokojówkami” i sprzątaczkami, ale de facto prawdziwymi gospodyniami domów. To one sterują losami wszystkich mieszkańców. I są dla nich naprawdę cenne, jak mówi jedna z bogatych dam: “ukraść komuś męża, to nieelegancka sprawa, ale ukraść pokojówkę to prawdziwa zbrodnia!”. 
Devious Maids zarzucano przede wszystkim stereotypowość. Banalne postaci obleczone w równie banalne historie. I poniekąd rzeczywiście – charakter każdej bohaterek można zawrzeć w dwóch określeniach: Carmen – seksowna, cwana; Marisol – wykształcona, fałszywa; Rosie – pobożna, z wyraźnym akcentem; Zoila – mądra – matka. W fabułę zaplątana jest jeszcze jedna bohaterka – zamordowana Flora – (śledztwo jest osią fabularną pierwszego sezonu), która kolei marzyła o dziecku z milionerem, co dałoby jej szansę życia z alimentów (i oczywiście doprowadziło ją do zguby).
Jeszcze bardziej stereotypowi i uproszczeni są „biali państwo”. Są w znakomitej większości głupi, złośliwi i nieszczęśliwi (bo bogaci) oraz myślą przedmiotowo o podwładnych mówiąc np. „potrzebuję służącej, która umie odmieniać angielskie czasowniki” czy „przecież ta kobieta żyje z czyszczenia fug, z pewnością ją przechytrzysz”. W wersji oryginalnej pracodawcami również byli Latynosi, w amerykańskiej – wraz z podziałem zamożności doszedł rozdźwięk narodowościowy. Ten prosty schemat załamuje się jednak za sprawą piosenkarza – Alejandro – dla którego pracuje Carmen. Mężczyzna zatrudnia ją u siebie ze słowami „mam nadzieję, że nie ukradniesz sreber”.
I może się wydawać, że główny ciężar „izmów” i uprzedzeń nie tkwi jednak w pochodzeniu ale klasie finansowej. Wtedy w lokalnej gazecie pojawia się notka o zamordowaniu Flory, słyszymy komentarz „Strona 43. Gdyby była biała, trafiłaby na okładkę”. 
Argumenty przeciwników serialu o tym, że Devious Maids to „stracona szansa”, że latynoska społeczność nie doczekała się tu niczego więcej ponad standardowe, mainstreamowe reprezentacje, trudno stanowczo odeprzeć. Tę średniej klasy medialność czuć także w samej fabule, która nie porywa, perypetie bohaterek są niestety przewidywalne i standardowe (mamy tu bowiem i romans z białym, żonatym szefem, ślepą miłość do młodego, białego panicza czy marzenia o celebryckiej karierze).  Serial niewątpliwie ogląda się z przyjemnością, aczkolwiek pod koniec staje się już nużący, a bohaterki zbyt przewidywalne, aby utrzymać w pełni uwagę i zaangażowanie widza. Wyjątkowo męcząca jest także ścieżka dźwiękowa (również wzorowana na Gotowych…), z której wciąż powtarzany jest jeden kilkusekundowy akord/jingiel.

Pani Powell
Najważniejsze chyba jednak jest to, że to pierwsza tak głośna produkcja serialowa, w której cztery główne bohaterki (i aktorki) są pochodzenia latynoamerykańskiego. Narracja została w pełni oddana tej grupie społecznej, a uwaga widza koncentruje się na ich losach. Powiązania z Gotowymi… są dość oczywiste, ale i w uczciwy sposób komunikowane widzowi, który pamięta być może epizodyczny występ Carmen Luny w ostatnim odcinku opowieści o Wisteria Lane. Carmen, pracująca chwilowo jako „maid” u Solis’ów to oczywisty i oficjalny łącznik z nową produkcją. Stąd wszelkie podobieństwa w narracji, sposobie prowadzenia aktorek czy chociażby plakacie stają się tym bardziej uzasadnione.
Co istotne, serialowi udaje się uniknąć etykiety serialu „o służbie” – wszystkie bohaterki są ładne, zadbane (a przecież wiadomo, że jak służba to od razu pot, zmęczenie i niski kapitał…estetyczny), a zajęcie, jakiego się podjęły nie jest definiujące. Nie są także emocjonalnie zdominowane ani przez pracę ani przez ludzi, którzy je zatrudniają. Są niezależne, nakierowane na efekt (finansowy) pracy, a pobłażliwe spojrzenia „państwa” traktują z dużą dozą cierpliwości, którą na spotkaniach we własnym gronie przemieniają w urokliwą złośliwość. 
Wszystkie postaci raczej odgrywają i performują same siebie, tylko momentami pozwalając sobie na zdjęcie maski. Najciekawiej udaje się to w przypadku Powellów – jedynych naprawdę niejednoznacznych i intrygujących bohaterów. Być może jednak mamy tu do czynienia ze świadomą i celową eksploatacją popularnych klisz i pytaniem, czy coś nowego może jeszcze za nimi iść. I, jak przekonuje Eva Longoria, najważniejsze w całej produkcji jest oddanie głosu latynoskim bohaterkom, a cała opowieść jest odzwierciedleniem sytuacji społecznej współczesnej Ameryki, gdzie większość posad niań, kucharek, sprzątaczek czy opiekunek zajmują właśnie kobiety pochodzenia latynoamerykańskiego. Przypomina to trochę przypomina argumentację “lepszy rydz niż nic”, ale Devious Maids to całkiem przyzwoita produkcja, której oddać trzeba, że w mainstreamowy sposób ściąga uwagę widza tam, gdzie nie jest nawykły patrzeć. 

I bardzo jestem ciekawa, czy doczekamy się kiedyś serialu o polskich „devious maids” – Ukrainkach, opiekujących się polskimi staruszkami i dziećmi (to rzadziej, bo rodzice boją się wychowywać dzieci w obecności “obcego akcentu”), czyszczącymi podłogi na kolanach (bo gospodarze nie życzą sobie inaczej), bez dni wolnych, bez umów, a przede wszystkim bez spokoju, bo „zaproszenia”, które na Ukrainę trzeba wysyłać, mają coraz krótszy czas obowiązywania. 

Rząd

Na razie widziałam dwa sezony i szykuję się na trzeci. Polityczne perypetie z dodatkiem szerokich planów pięknej Kopenhagi przykuwają do ekranu.
<spoiler alert>

Poznajemy Birgitte Nyborg tuż przed wyborami do duńskiego parlamentu. Otoczoną szczęśliwą rodziną, wychodzi z pełnego ciepła domu i staje do walki, którą, ku własnemu zaskoczeniu, wygrywa. Obejmuje stanowisko premiera i tworzy rząd, potem jest już tylko coraz trudniej. Nieufność opozycji, wrogość kolegów z koalicji, reformy, dla których brakuje jej poparcia. Od tej codziennej walki nie ma chwili wytchnienia. W tym czasie jej życie osobiste, systematycznie, powoli i z nieubłaganą konsekwencją rozpada się na kawałki.  
To jednak nie Birgitte jest najbardziej fascynującą postacią Rządu. Mnie najbardziej frapuje jej najbliższy współpracownik, wizerunkowy (a czasem i nie tylko) doradca – Kasper Juul. To bohater wielowymiarowy, umykający prostym ocenom czy definicjom. Widz poznaje go jako oddanego szefowej pracoholika, ale i nieuczciwego, okrutnego dla kobiet mężczyznę, bezradnego wobec emocji i oczekiwań partnerki. Postać jest tak złożona i niejednoznaczna, że nawet kiedy widz poznaje traumatyczną historię jego dzieciństwa, staje się to już tylko dopełnieniem charakteru, a nie jedyną przyczyną i uzasadnieniem trudności życia dorosłego Kaspera. To jedna z najlepszych rzeczy, jaka udała się twórcom serialu. Dość ciekawe, choć raczej przewidywalne, są także postaci dziennikarek – Hane i Katrine (pozostającej w skomplikowanym związku z Kasperem). Warto dodać, że pracują w telewizji i prasie. Internet służy jedynie jako sposób rozszerzenia działalności brukowego czasopisma, nie ma więc wątpliwości, że “nowoczesne” środki przekazu prezentowane są w wątpliwie sympatyczny sposób.


Narracja Rządu prowadzona jest pierwszorzędnie. Przyjęta na początku zasada zamkniętych odcinków pozostaje niezmienna. Na początku każdej części poznajemy tytuł i cytat komentujący wydarzenia, które zaraz będą miały miejsce na ekranie (często będzie to Książę).  Potem krótkie wprowadzenie i zarysowanie tematu np. parytety w zarządach prywatnych spółek, weryfikacja przywilejów emerytalnych czy prywatna służba zdrowia. Po pewnym czasie jednak, do bólu wręcz stabilna konstrukcja zaczyna nieco nużyć. Zwroty akcji można wskazywać z zegarkiem w ręku, gdyż w każdym odcinku następują mniej więcej w tym samym momencie. To, co płynie w mniej usystematyzowany sposób to życie prywatne – zarówno głównej bohaterki jak i Kaspera. Tutaj problemy nie zawiazują i nie rozwiązują się na przestrzeni jednego odcinka.
W Rządzie, tak jak i w House of Cards (lub raczej w HoC jak w Rządzie, bo to duński serial był pierwszy oraz stanowił punkt odniesienia dla twórców serialu z Kevinem Spacey), wizja tzw. „dobra ludu” nie majaczy już nawet na horyzoncie. Gra toczy się na planszy, na której wyborcy nie występują. Ustawy omawia się w kuluarach, a najsilniejszą motywacją jest chęć utrzymania się przy władzy, stałe jej konstytuowanie i podkreślanie własnego znaczenia. Stąd też dość cynicznym, ale i dobrym posunięciem jest wybór na główną bohaterkę reprezentantki Patrii Umiarkowanych. Większość postulowanych przez premier i jej ugrupowanie kwestii to sprawy, którym w otwartej i nowoczesnej Europie nie wypada się sprzeciwiać.

I trochę jest to jednak rozczarowujące. Bo dlaczego postaci kontestujące decyzje rządu Birgitte muszą być tak ostentacyjnie odpychające? Nie mamy wątpliwości, że premier jest pozytywną postacią, nigdy w nią nie wątpimy. Nawet jeżeli względem najbliższych wykazuje się obojętnością lub swego rodzaju okrucieństwem, nawet gdy manipuluje lub zastrasza współpracowników. Widz wie, że to wszystko ma sens, że cel do którego dąży jest chwalebny, wie, że Birgitte naprawdę dba o interes publiczny państwa, a nie o własny. Jakże odmienna to wizja od wspomnianego już House od cards czy Bossa, w których to władza nie tylko demoralizowała bohaterów, ale sama ta władza nie miała innego celu niż reprodukowanie samej siebie. W Rządzie walka toczy się o „dobro”, a Birgitte – choć coraz bardziej surowa, samotna i pewna siebie – pozostaje Don Kichotem walczącym o słuszne sprawy.
Birgitte na stanowisku premiera wykonuje swoje obowiązki bez zarzutu. W tym czasie jej dom rozpada się. Po niecałym roku od wyborów, porzuca ją mąż, dzieci odsuwają się, aby w końcu dorobić się nerwicy (córka). Smutna konkluzja jest taka, że udana kariera bohaterki musi zostać okupiona katastrofą na polu prywatnym, gdyż mąż buntuje się przeciwko wykonywaniu „nieodpłatnej pracy kobiet” i ucieka. Zostaje to tylko raz skonfrontowane z wypowiedzią byłego premiera (mężczyzny), który zapytany czy zaniedbuje dom, odpowiedział:
– Oczywiście, że niestety tak. Wszystko trzyma się dzięki cierpliwości i oddaniu mojej żony.
Pojawia się zatem pytanie, czy postać premiera byłaby tak kryształowa, gdyby nie płeć. Bohaterka zostaje niejako ukarana za powodzenie, za władzę, której pragnie i którą dzierży. Czy jednak – gdyby wzorem HoC czy Bossa – nie tylko byłaby kiepską żoną i matką, ale dodatkowo marnym i interesownym premierem – czy wówczas zabrakłoby uzasadnienia dla obsadzenia na pierwszym planie postaci kobiecej? Bo czyż nie każda kobieta na wysokim stanowisku musi być o wiele zdolniejsza i pracowita od kolegi, z którym staje w szranki?
Wyłania się z tego obraz opowieści uporządkowanej i dość przewidywalnej. Bezpieczne poglądy polityczne, tradycyjny sposób opowiadania, a nawet wewnętrzne medialne narracje zapośredniczone przez zaufane, znane środki przekazu. Jedyną nowością w tym świecie jest premier-kobieta. Mam nadzieję, że w trzeciej serii twórcy pójdą już nieco dalej, zarówno formalnie jak i fabularnie.

Orange is the new black

Zrealizowany na podstawie autobiograficznej (wydanej pod tym samym tytułem) książki Piper Kerman, serial produkcji Netflix wprowadza widza nie tylko w meandry życia więziennego, ale, przede wszystkim, w opowieść o kobiecych relacjach, zależnościach i narracjach.

Piper Chapman to trzydziestoparoletnia, biała (co istotne), świeżo zaręczona mieszkanka Nowego Jorku. Poznajemy ją kilkanaście godzin przed stawieniem się w ośrodku penitencjarnym. Ta niewinnie wyglądająca blondyneczka jeszcze dziesięć lat temu przemycała narkotyki. Za namową partnerki. Teraz jednak kroczy prostą drogą praworządności, z której jednak los ją wyrzuca.
Bohaterka, nowy, więzienny, etap życia, rozpoczyna od katastrofy (krytykuje jakość jedzenia przy szefowej kuchni), po to by co jakiś czas wciąż popełniać mniejsze, bądź większe szkody i gafy. Spotyka tu morderczynie, narkomanki, siostry zakonne, kobiety szalone, agresywne albo podejrzanie milczące. Piper, jako nowa postać w zamkniętym świecie, przykuwa uwagę, a nawet dość szybko zyskuje adoratorkę (przepiękna postać – Crazy Eyes). Większość jednak na Chapman spogląda jak na rozpieszczoną, dobrze żyjącą reprezentantkę WASP. Nie wiedzą, że Piper nie jest majętna (próbuje rozkręcić z koleżanką firmę zajmującą się ręczną produkcją mydeł), a jej „wymarzony narzeczony” żyje z pieniędzy od rodziców jako niespełniony pisarz i niezatrudniony dziennikarz. Pewne uprzedzenia są zatem obustronne, bardziej jednak silne u Piper, która przez długi czas utwierdza samą siebie w przekonaniu, że jest inna, a do więzienia trafiła w zasadzie przez przypadek.
Crazy Eyes
Na tle więźniarek obarczonych niejednokrotnie ciężkimi przewinami i doświadczeniami, Piper rzeczywiście wydaje się księżniczką z innego świata. Kiedy krzywdzi innych, rozgląda się dookoła, aby wskazać na kogoś palcem wołając „to nie ja”, kiedy ktoś próbuje ją skrzywdzić, odwołuje się do instytucji, które z samej racji swojego i jej istnienia powinny objąć ją opieką. Główna bohaterka, pozbawiona własnych korzeni (rodzina, poza narzeczonym, nie jest dla niej punktem odniesienia), a więc i tożsamości wpada w tygiel więziennych spraw kompletnie nieświadoma i jakby intelektualnie spowolniona. 
Serial ogląda się znakomicie. Każdy odcinek ma swój temat główny, ale narracja rozpada się na wiele drobnych opowieści snutych przez pojedyncze więźniarki. Czasem zaglądamy w ich przeszłość – nie zawsze po to, aby poznać zbrodnię, czasem tylko po to, aby podejrzeć ich życie, uwarunkowania, które przywiodły je do zakładu karnego. Kiedy jedna zostaje warunkowo zwolniona – kamera podąża za nią, sprawdzając, co tam na nią czeka. Warto dodać, że Orange is the new black w pierwszym tygodniu biło oglądalnością nawet House of cards, a trzeci odcinek wyreżyserowała Jodie Foster.
Orange is the new black jest także chwalony jako znakomita produkcja poruszająca wątki lesbijskie. Jeżeli w ogóle można użyć takiego sformułowania, bo sugeruje ono jednak, że nadrzędny jest wątek heteroseksualny. A nie jest. Związek Piper z narzeczonym jest nieudany, mdły i nijaki. Trzyma go w ryzach wizja wspólnej przyszłości, dom i miły porządek. Wracając do świata kobiet, w którym Piper już funkcjonowana, zyskuje szansę konfrontacji z samą sobą i własnymi wyborami. Jak wiele lat minęło już od Słowa na L, w którym homoseksualność kobiet trzeba było zapisywać dużymi, drukowanymi literami, gdzie lesbijka była albo onirycznie delikatna i pragnąca dzieci, albo sportowa i testosteroniczna. W OITNB jest po prostu różnorodnie. Pod każdym względem. I ta różnorodność jest pokazana jako neutralność. Seksualność nie jest tu elementem determinującym bohaterki, ich charakterystyka idzie dużo dalej, subtelniej i zdecydowanie bardziej wieloznacznie.
Elementy komediowe i dramatyczne, umiejętnie splecione z interesującymi, choć nienachalnymi obserwacjami społecznymi to chyba najmocniejsza strona Orange is the new black. Zaraz po bohaterkach, które tworzą fenomenalny tygiel emocji i osobowości. Wprawdzie Taylor Schilling w roli głównej nie była w stanie wzbudzić we mnie zbyt wiele sympatii, ale drugi plan skrzy się i mieni od brawurowo zagranych i opowiedzianych postaci. Red, Taystee, Miss Claudette czy Crazy Eyes są fascynujące, złożone, dopiero „otwierające” się przed widzem, tak więc z niecierpliwością czekam na drugi sezon. 
Świat więzienia rozpływa się wśród codzienności bohaterek. Kiedy siedzą razem, planują fryzjera czy zakup klapek pod prysznic, miejsce, w którym to robią traci częściowo na znaczeniu, choć jednocześnie tak bardzo je uzasadnia. Ich opowieści równie dobrze mogłyby być snute gdzieś, w jakimś barze przy kolejnych drinkach.
Tylko bohaterki nigdy nie spotkałyby się na wolności w tym samym barze… 
Pomimo opresji, bohaterki Orange is the new black żyją w wielkiej intymności. W przestrzeni bezpiecznej i usystematyzowanej. Kiedy wkracza tam Piper Chapman – zachowując się jak osoba uprzywilejowana, mająca poczucie „normatywnej dominacji” nad towarzyszkami – zaczyna tę przestrzeń naruszać. I musi minąć wiele czasu i wiele doświadczeń, zanim zacznie się to zmieniać, a bezbarwna niewinność „Chap” zacznie nabierać kolorów.


Politician’s Husband

Złota para polityki. Freya Gardner (Emily Watson) i Aiden Hoynes (David Tennant). Wzorcowe małżeństwo. Niezniszczalni, zakochani, mądrzy. Za kotarę tego znakomitego wizerunku zaglądamy przez trzy odcinki brytyjskiego miniserialu Politician’s husband.

Wszystko zaczyna się sypać, kiedy Aiden otwarcie krytykuje premiera i rezygnuje z rządowego stanowiska. Zamiast stać się liderem nowej opozycji, spada do ławki rezerwowych. Wyznanie nie porwało tłumów, Aiden wypada z gry. Do gry za to z dużą mocą wchodzi Freya. Ceną jest publiczny brak poparcia dla męża. A potem następuje zemsta. Aidena na dawnych znajomych. Znajomych na Aidenie. Na Freyi. Wszystko bowiem skupia się na niej. 
Twórcy Politician’s husbandporwali się na rzecz nie byle jaką. Oto w trzech, zaledwie 50minutowych, odcinkach postanowili rozwarstwić przynajmniej kilka bardzo złożonych kwestii. Sama polityka wydaje się być jedynie zgrabnym stelażem, pod którym stworzyli opowieść znacznie bardziej intymną. Znaczące wątki, jakie tutaj poruszono to chociażby łączenie życia prywatnego z zawodowym, genderowa proporcja udziału we władzach publicznych i struktura tych władz (stworzona przez i dla mężczyzn i jedynie im sprzyjająca), wpływ małżeństwa na pracę i pracy na małżeństwo, seks jako barometr i generator związkowych problemów. Uff. Dość sporo jak na trzy odcinki. I jakby karkołomne się to zadanie nie wydawało, można powiedzieć, że się udało.
Freya to bohaterka poddana presji z każdej strony. Jako polityczka, żona, matka, kobieta. Jej sukces zawodowy zostaje okupiony upokorzeniami i konfliktami w domu. Nie bez powodu przecież Aiden gwałci Freyę w dniu jej zawodowego sukcesu, dziurawi wkładki antykoncepcyjne (zajdzie w ciążę => zrezygnuje z pracy i wszystko „będzie jak dawniej”) czy wypomina, że dziecko cofa się w rozwoju z powodu jej nieobecności w domu. Gdy w życiu publicznym ona zaczyna dominować, on musi ze zdwojoną siłą potwierdzić kontrolę w domu. Kontrolę, którą przecież i tak zawsze posiadał – bo to Aiden rzuca żonie bezosobowe pytanie każdego wieczoru „Zabezpieczenie?”. I on zajmował luksusowe domowe biuro, kiedy Freya pracowała w „przydomowej szopie”.
Freya jest bardzo osamotniona. Nic nie wiemy o jej rodzicach (ojciec Aidena jest cały czas przy nich), przyjaciółkach czy znajomych. Jedyne kobiety w jej otoczeniu, to niania dzieci (młodsza od niej) oraz asystentka. Wszyscy jej współpracownicy zostali przez nią niejako „przejęci” w schedzie po mężu odchodzącym ze stanowiska. Jest jedyną kobietą w swoim wieku i o jej pozycji, cały czas wystawiona na humory i potyczki osobiste otaczających ją mężczyzn. I tak próbuje ją wykorzystać własny mąż, pracownik (choć nieświadomie) wykazuje się nielojalnością, partyjny kolega próbuje deformalizować z nią relacje, aby odegrać się na Aidanie. Nawet własny syn (z zespołem aspergera) ujmuje jej energii i woli życia podporządkowując ją sobie.  
Politician’s husband to historia kobiety zakleszczonej pomiędzy mężczyznami, z których każdy twierdzi, że pragnie ją chronić, osłaniać i pomagać. David Tennant w roli makiawelicznego męża jest autentycznie przerażający. Emily Watson, jako Freya, pozostaje nieprzenikniona – delikatna, ale  i nieprzewidywalna. Bardziej niż fabułą o polityce (pokroju House of cards czy Rządu) Politician’s husband jest opowieścią o starciu męskiej wizji kobiety i kobiecej próby wyemancypowania z niej. Freya jest przykładem porządnej, oddanej rodzinie kobiety – rezygnującej z własnych potrzeb, zainteresowań czy przyjemności. Znajomi Aidena stali się jej towarzyszami, dzieci głównym zajęciem, a spokojna praca gdzieś w cieniu męża wystarczającym spełnieniem ambicji. 
Chwilami wydaje się, że mamy do czynienia z figurami antycznymi, że oto jesteśmy w starożytnym Rzymie, gdzie wszyscy zdolni są do największych podłości. Mąż o ugodzonym ego, współpracownicy, którzy manipulacją torują drogę do własnego sukcesu, kobieta, która musi wyjść z szafy i głośno obwieścić, że oto koniec świadkowania cudzym sukcesom i czas na jej własne.  Poznajemy Freyę w momencie, kiedy jest jeszcze tłem. Na oczach widzów dostaje rolę pierwszoplanową i, początkowo, nie do końca wie, co z nią począć.  

The fall


I gdyby nie jej zmartwiała mina byłoby naprawdę bardzo dobrze. Zastygła w grymasie nie-wiem-co-dalej-grać Gillian Anderson to jedyna kruchość nastrojowego The Fall – pięcioodcinkowego serialu kryminalnego BBC Two i RTE One. 

Od początku wiadomo wszystko. Kto zabił. Lub raczej – zabija. Znamy i oglądamy sprawcę (Jamie Dornan). Z drugiej strony obserwujemy działania policji. Rozbitej na dwa fronty. Jeden – reprezentowany przez komisarz Gibson (Gillian Anderson) – oddany rozwikłaniu sprawy, drugi – uosobiony przez komendanta głównego – uwikłany w polityczne rozgrywki. Ta trójdzielna nić prowadzi widza od pierwszych chwil serialu aż do finału – co warto podkreślić – otwartego.
Z trzech opowieści najciekawsza i najbardziej przykuwająca uwagę jest historia zbrodniarza. Trzydziestokilkuletni Paul zakrada się do domów samotnych kobiet – przeszukuje szuflady z bielizną, odcina kokardki ze staników, kradnie zdjęcia, dotyka najintymniejszych przedmiotów. Potem znika, aby powrócić drugi i ostatni raz. Za dnia to „normalny” mężczyzna. Odbiera dzieci z przedszkola, kocha się z żoną, nudzi się w pracy. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Może poza napięciem, które stale od niego emanuje. Połączone z dziwną nieobecnością. Nawet dzieci, które zapewne kocha, pozostają gdzieś obok. Gdzieś, dokąd dostęp otrzymują jedynie ofiary – na kilka chwil przed śmiercią. Bo morduje je bez kominiarki. Patrząc prosto w oczy.
Ponieważ zapewne śledztwo nie byłoby dla (posiadającego wszelką wiedzę) widza wystarczająco atrakcyjne uwagę skupiono na drobnych elementach szukania sprawcy. Przyglądamy się angażowaniu kolejnych jednostek policji, wprowadzaniu na miejsce zbrodni ludzi w specjalnych kombinezonach, zdejmowaniu pyłków z ubrań. Brak tu sensacyjnej zabawy w pościg i coraz ciaśniej zapętlające się ścieżki zdarzeń. Opowieść pozostaje w klimacie kontemplującym dokonane wydarzenia.
Wątek politycznego zapętlenia okazał się zupełną pomyłką. Niewiele z niego wynika, poza oczywistymi stwierdzeniami, że policja uwikłana jest w politykę, polityka miesza się z kryminałem, a kryminał rozlewa się po mieście. Szkoda także, że postać komisarz Gibson jest tak bardzo enigmatyczna. Nie tajemnicza, ale zwyczajnie nieinteresująca. Doskonale rozumiem, że jest jedynie soczewką przez którą spoglądamy na świat przedstawiony (warto dodać, że została specjalnie wezwana do Belfastu w sprawie omawianego seryjnego zabójcy), pozostaje więc konsekwentnie nijaka, ubrana w nienagannie białe koszule i niewielkie obcasy, ale to jednak za mało jak na bohaterkę przewodnią opowieści kryminalnej. Akuratna, adekwatna i nudna. Nie wojowniczka, ale urzędniczka.
I wszystko w zasadzie toczy się znakomicie, bardzo nastrojowo, choć za pomocą dość prostych metod. Widz wie wszystko, policja brodzi po omacku. Twórcy bardzo chętnie kontrastują ze sobą wydarzenia, zachowania postaci czy nawet wypowiedzi. Przykładem jest powtarzana fraza “moja córeczka” – przez matkę nowonarodzonego dziecka i ojca dokonującego właśnie identyfikacji zwłok. Wiele razy powtarza się także mycie twarzy i spojrzenie do lustra – robi to komisarz Gibson, Paul i jego ofiary – widz nie jest pewien, w którym momencie kobieta, oprócz swojego odbicia, zobaczy w lustrze psychopatę. 
Już w pierwszych sekwencjach pojawia się zbrodnia – jednocześnie zza kadru słychać opis poprzedniego mordu. Dzięki temu widz bardzo szybko identyfikuje sprawcę, winę i wie, że właśnie poznał przyszłą ofiarę.
Niestety dość topornie wprowadzony został wątek ideologiczny prowadzonych zbrodni. W trzecim odcinku komisarz Gibson przestrzega policjantów, że nie interesuje jej ocena zachowań ofiar tylko fakty, zwraca uwagę na krzywdzący kobiety język, jakim posługuje się rzeczniczka prasowa policji. Podkreśla kilkukrotnie, że wszystkie ofiary były niewinne i pyta retorycznie czy „czy byłyby mniej niewinne gdyby wracały do domu w nocy pijane w miniówkach”. Do tego punktuje przytyki do kobiet na wysokich stanowiskach oraz bez cienia emocji odnosi się do swoich jednonocnych przygód erotycznych. 
Trudno się nie zgodzić, niemniej jednak stwierdzenia „pro-kobiece” są wypowiedziane w zaskakująco oklepanej formie. Do tego dodajmy (znowu skontrastowane) figury bohaterek – ofiarami są trzydziestoletnie samotne, dobrze wykształcone i zarabiające kobiety, a trzy główne pracowniczki policji reprezentują wielość kobiecych wyborów: Gibson – samotna, ukierunkowana na rozwój; Ferrington – lesbijka i pani patolog – matka dwójki dzieci. Mamy więc pełny przekrój kobiecego losu. W tym tyglu dostajemy nawet pytanie o przyszłość. Gibson pyta panią patolog – co powiesz córkom, jak je ustrzeżesz przed takimi zdarzeniami? W odpowiedzi słyszy – powiem im, aby nie rozmawiały z nieznajomymi – co oczywiście brzmi jak żart, bo żadna z ofiar w The Fall z oprawcą słowa zamieniać nie musiała, aby skończyć w kostnicy.
Trochę to wszystko toporne, niemniej jednak nieczęsto w serialach kryminalnych, zdominowanych fabularnie przez męskich bohaterów pojawiają się podobne wątki i retoryka. Choć słowa, które wypowiada komisarz Gibson brzmią jak alfabet życia społecznego, to nie zdarza się często taki alfabet usłyszeć w podobnej produkcji. I za to oklaski dla twórców.
Jedyne istotne rozczarowanie pojawia się na końcu. Po narastającym napięciu i nastroju całej opowieści, w ostatnim odcinku pojawia się retardacja. Finał czwartego odcinka doprowadza widza do szczytu  emocji, w piątej części wszystko przygasa. Choć wszystko wydaje się oczywiste, a historia w naturalny sposób powinna się domknąć – nic się nie udaje. Wracamy do punktu wyjścia. Jeżeli na tym samym wątku zostanie osadzony drugi sezon (a ten został już potwierdzony), to ciężko będzie ustrzec się przed wtórnością i odgrzewaniem tych samych schematów. Na razie jednak można cieszyć się bardzo rzetelnie opowieścią, z bogactwem lokalnego środowiska i angażującym, lecz nie nachalnym nastrojem chłodnego Belfastu.

Newsroom


O (nie) prawdziwej telewizji.

Zanim był Internet i telewizja śniadaniowa ludzie oglądali wiadomości. 25minut prawdy spływającej z ekranu za pośrednictwem eleganckiego krawata przystojnego lecz ułożonego prowadzącego. Komu do tego czasu tęskno i od nieokreślonego (innoserialowego) Slugline’a woli porządne informacje powinien sięgnąć po Newsroom.
10 godzinnych odcinków serialu HBO przenosi widza w świat czasów odległych, a niektórym już może nawet nieznanych. Przenosi w czasy dziennikarstwa rzetelnego i naznaczonego powołaniem, głoszeniem Prawdy, poczuciem wyższości i garniturowym patriarchatem. W odpowiedni klimat wprowadza już kolażowa czołówka przypominająca tuzy dziennikarstwa newsowego z dawnych, dobrych czasów. Z czasów, w którym dziennikarz był kimś i trzeba było być kimś, aby zostać dziennikarzem. 
Bohaterowie serialu to grupa zapalonych fachowców spędzających prawie całe życie w redakcji informacyjnej dużej stacji telewizyjnej potężnego koncernu medialnego. Jeżeli już z owej redakcji wychodzą to tylko po to, aby wspólnie udać się na pracowego drinka, ewentualnie na pracową domóweczkę, ewentualnie pójść do łóżka z kimś z pracy. Inny świat nie istnieje, pojawia się jedynie w wersji przetworzonej i relacjonowanej przez bohaterów.
Najważniejszą postacią redakcji Will (Jeff Daniels) – główny prezenter, wzorcowy WASP ze złamanym sercem i nieuleczoną zadrą do byłej partnerki. Winną zadry jest MacKenzie (Emily Mortimer) – laureatka kilku dziennikarskich wyróżnień, przez kilka lat pracująca na Bliskim Wschodzie. Teraz zostaje wydawcą Willa. Relacja miedzy tą dwójką jest niezbyt finezyjnie prowadzoną osią tzw. wątków prywatnych. Will nadal kocha MacKenzie, ona jego, ale ona go zdradziła, więc on musi ją karać za to na każdym kroku, a ona musi mu się permanentnie podlizywać, nawet jeżeli on nią pomiata. 
I ten układ zwierzchnik-petentka jest niestety motorem napędzającym opowieść. Losy bohaterów cały czas determinują zabawne qui pro quo, które zabawne okazują się chyba jednak jedynie w założeniu, bo w połączeniu z dusznością macicznąbohaterek stają się pod koniec już zwyczajnie irytujące. 
Na nerwy chorują bowiem chyba wszystkie Newsroomowe bohaterki. Są histeryczne (skakanie po stołach, permanentne machanie rękami), hałaśliwe (krzyk, tupanie nogami), głupie (MacKenzie wysyła prywatną wiadomość „do wszystkich” w firmie zamiast do Willa)  i opresyjne (zmuszanie kolegów do umawania się na randki ze znajomymi).  MacKenzie i stażystka Maggie (bo one wiodą prym w wątkach osobistych) są przy tej całej agresywnej nerwowości, bardzo zagubione i  wrażliwe. Dlatego ciągle krzyczą i wiercą się jak małe dziewczynki podczas mówienia (brakuje tylko wsadzania kosmyków włosów do buzi). Trzeba się nimi zaopiekować.
Najlepiej jeżeli będą to spokojni i zdecydowani mężczyźni. W garniturach. Którzy bez krzyku (chyba, że chodzi o sprawy zawodowe) potrafią się wypowiedzieć, sklecić zdanie bez jęczącego przeciągania imienia rozmówcy, bez kicania i smyrania swoich włosów. Prawdziwi rycerze wydają się jeszcze bardziej rycerscy na tle napastliwie prostackich dam. Oczywiście wszystko mogłoby być częścią lekko teatralnej i przerysowanej konwencji (korespondującej z nieuporządkowanym słowotokiem wszystkich już bohaterów), ale niestety konwencja tutaj odnosi się jedynie do kobiet(ek). 
Newsroom to serial, gdzie jednym tchem prosi się o kawę, umawia na randkę i analizuje  strzelaniny w szkole. Opisywany świat jest ważniejszy od prywatnego, a w jego definiowaniu pomagać mogą sypiące się jak z rękawa złote myśli, warte powtarzania studentom sztuki dziennikarskiej:
  • Nie robimy telewizji, tylko dobry serwis informacyjny
  • Zadajmy sobie pytanie: czy dajemy ludziom najlepsze argumenty?
  • Bądź naszym sumieniem!
  • Nie jesteśmy komputerami, które wypluwają fakty, ani kelnerami którzy serwują to, czego oczekujecie
  • Jesteśmy medialną elitą
  • Nie interesuje mnie wikileaks
Zatarły się już granice między serwisami informacyjnymi a infotainment, między autorytetami dziennikarstwa a gwiazdami telewizji śniadaniowej czy serwisów plotkarskich. Przez kilka godzin seansu możemy podglądnąć świat za wszelką cenę próbujący oprzeć się pochodowi neotelewizji, aby za wszelką cenę pozostać po stronie jedynego i słusznego nadawcy. W świecie Newsroomu blog jest jedynie pretekstem do zabawnego żartu, że w imieniu słynnego dziennikarza pisze go stażysta, twitter monitorowany zostaje raz, a widzowie, komentujący wiadomości w sieci, sprowadzeni zostają do niezadowolonych natrętów o idiotycznych nickach (LollipopLollipop). 
I po początkowej irytacji nawet zaczęło mi się to podobać. Newsroom daje oddech świata, który zniknął w otchłani nowomedialnych przemian ostatnich lat. Zasady pracy są jasne, wartości oczywiste. Tak bardzo, że Will deklaruje na wizji swoje poglądy polityczne traktując tę deklarację jako świadectwo uczciwości. Nawet szef działu wiadomości (Sam Waterston), w nieco sfatygowanej muszce, wygląda jak redaktor gazety z dawnych lat. No i ci młodzi stażyści – bez szemrania i krzty buntu przesiadujący w redakcji serwisu, w którym zapewne nawet nie publikuje ich nazwisk. 
Wszystko dla dobra Prawdy. Prawdy skąpanej oczywiście w obfitym, lecz na ogół znośnym, sosie amerykańskości. Mamy flagi, statuę wolności, łzy wzruszenia po śmierci Osamy oraz otwierające i zamykające serial pytanie „dlaczego Ameryka jest najwspanialszym krajem na świecie?”.
Pod koniec pierwszego sezonu dział newsowy zaczyna zmagać się z wytycznymi zarządu odnośnie konieczności podniesienia oglądalności. Rolę Złego pełni korpo-właścicielka stacji – w tej roli Jane Fonda. Wtedy to na „jedynki” wskakują wiadomości z gatunku mama Madzi. Nowy, wspaniały świat dziennikarstwa dobija się do drzwi Willa McAvoya i jego ekipy. Niestety trochę zbyt powoli, aby wytworzyć wrażenie schyłku miejsca, ludzi i narracji. Kto wie, może w drugim sezonie (start w lipcu) atmosfera zostanie podgrzana. 
Ale mimo wszystko, jakoś miło mi było zanurzyć się w staromodnym i uczciwym świecie godnych zaufania i odpowiedzialnych dziennikarzy dbających o kompletny, rzeczowy i całościowy przekaz kierowany do biernych widzów po drugiej stronie szklanego ekranu.