Gra o tron – wielki przeciek

Czyli Gra o tron ok. 20godzin przed premierą w sieci.

I to nawet nie odcinek premierowy, ale aż cztery. W ciągu pierwszych trzech godzin pobrało je ponad 100000 użytkowników, co nikogo nie dziwi, bo Gra o tron od początku była najbardziej piraconym serialem w historii. Po godzinie 10 rano naszego czasu GoT znalazło się już na naszym, swojskim Chomiku (i wbrew temu, co pisze Łukasz Orbitowski nie są to fatalne kopie), a ok. 16 pojawiły się pierwsze polskie napisy. Jak HBO ogłosiło kilkadziesiąt minut temu, pliki wyciekły od jednego z dziennikarzy, który otrzymał egzemplarz recenzencki serialu.
HBO, wierne do tej pory, tradycyjnej, czasem może nieco oldskulowej telewizji, było dostawcą niejednokrotnie znakomitego kontentu, ale już nie pionierem w sposobie komunikacji z widzem i kształtowania praktyk oglądania. W tej dziedzinie wyprzedził go Netflix udostępniający swoim abonamentowcom seriale w całości od razu. Premierę piątego sezonu Gry o tron poprzedziło uruchomienie nowej usługi z gatunku vod, czyli HBO Now (do którego promocji ściągnięto także inne gwiazdy stacji, np. LenęDunham ), pozwala ona – za abonament uzyskać dostęp do wszystkich materiałów stacji HBO, bez jakiegokolwiek mariażu z telewizją (bo tego ostatniego wymaga już znane HBO Go).
Buzz wokół Gry o tron był intensywny już od dłuższego czasu, do lokalnej akcji na facebooku “Nie śpię, bo Gra o Tron” zapisało się kilkadziesiąt tysięcy polskich użytkowników. Dziś jednak ilość share’ów w serwisach społecznościowych, artykułów, lamentacji lub głosów podziwu dla PRowców zapewnie bije rekordy. Jeżeli nagłe pojawienie się w sieci aż czterech odcinków serialu ma być formą zachęty i przedsmaku nadchodzącego „nowego oblicza stacji” to wkraczamy w intrygujący etap marketingu, którym będzie bazowanie na nielegalnych (a przynajmniej tak definiowanych przez duże korporacje) praktykach odbiorców. 
Jeżeli jednak całe wydarzenie jest wpadką, to mamy do czynienia z wielką korporacyjną katastrofą. I z kresem istnienia jakichkolwiek egzemplarzy recenzenckich. Oczami wyobraźni widzę managerów dostających zawału przy niedzielnych, amerykańskich śniadaniach. I wszystkich pracowników HBO, którzy będą mieć jutro piekło w pracy. Widzę popłoch i załamanie korporacyjnego boga, czyli PROCESU, co jest nawet zabawne. Widzę też, że w polskim oddziale HBO panuje zupełny spokój (cisza na Twitterze i unikanie tematu na fb) i brak zarządzania kryzysowego.
Taka w tym wszystkim pociecha, że nie czuję już palącej powinności zrywania się o trzeciej nad ranem, by obejrzeć pierwszy odcinek. Rano Internet i tak zaleje fala recenzji, opinii i spoilerów. I choć to już pewnie niechybna oznaka starości, wizja niezarwanej nocy budzi we mnie pewne zadowolenie.

A poza tym w tym czekaniu i nieściągnięciu tego, co dostępne, jest też jakaś perwersyjnie zapomniana przyjemność. 

Girls 4

I nagle pojawiają się decyzje.

Czwarty sezon Girls przyniósł zmiany. Hannah wyjechała na kurs pisarski do Iowa, „zakazana” relacja Marnie i Deeziego ewoluuje, Shoshanna orientuje się, że nieporadny wdzięk może nie zapewnić jej dobrej pracy, a Jessa systematycznie pogrąża się w otchłani pretensji wobec świata, którego jednak owe pretensje zdają się niewiele obchodzić.
W przeciwieństwie do większości seriali opartych o historie kilku przyjaciółek, w których istotą opowieści są spotkania i wspólne omawianie dziejących się perypetii, tutaj napotykamy samotność i wyrzucenie poza ramy społeczne dające poczucie bezpieczeństwa. Znajomi są na chwilę, zobowiązania mało istotne i nietrwałe, a przyjaciółki zajęte własnym życiem. Beztroska i wspólnota w delikatny i niezauważalny sposób uległa przeobrażeniu w emocjonalną samodzielność pomieszaną z samotnością. Igranie z rzeczywistością przestaje być zabawne bez widowni, której właśnie zaczyna brakować.
Życie Hannah, dotychczas uporządkowane wokół triady pisanie-Adam-rodzice, zaczyna ulegać przeobrażeniom. Hannah, czyli „głos pokolenia”, z powodu pisania porzucała kolejne prace, które przeszkadzały jej w twórczości (której i tak nie uprawiała). Jednak płynąca z Iowa szansa na konfrontację z „artystycznym ego” i namacalna możliwość pisania, wcale nie są odpowiedzią na jej niepokoje. Kurs pisania okazuje się bardziej irytujący niż pobudzający, a Hannah mówi „mam czas na pisanie, ale i tak tego nie robię, więc po co mam tu być?”.
Jak mówiła kiedyś autorka serii, Lena Dunham, w przypadku refleksji o głównej bohaterce, nie zadajemy pytania „z kim ona będzie, ale: czy zacznie wreszcie pisać”. Najwyraźniej jednak – nie będzie. Hannah bardziej niż pisać, chciała definiować się poprzez ten proces. Rzadko widzieliśmy ją przed laptopem mocującą się z produkcją wyrazów, za to setki razy widzieliśmy ją mówiącą o pisaniu. Nowe otwarcie, jakim miał być kurs w Iowa okazuje się punktem kulminacyjnym, ale w sposób dla bohaterki destrukcyjny i dekonstruujący. Hannah wraca do Nowego Jorku, zmuszona szukać nowej tożsamości, w której nie będzie opierać się na wizji siebie jako pisarki.
W tym Nowym Jorku jednak nikt na Hannah nie czeka. Adam, którego aktorski egocentryzm dominuje nad uczuciami – pod nieobecność dziewczyny, wiąże się z kimś innym. Hannah musi więc zmierzyć się zarówno z poczuciem osobistej porażki (pisanie), jak i zawodu miłosnego. Jako trzeci cios przychodzą rodzice i ich rozpadające się małżeństwo. Hannah musi spojrzeć na tę ukochaną przez siebie dwójkę, ponad ich rolą społeczną, bardziej podmiotowo, starając się wylądować gdzieś pomiędzy życzliwym wsparciem i akceptacją nowej sytuacji.
Po chwilowym odświeżeniu atmosfery przez Iowę, wracamy więc do Nowego Jorku i utartych ścieżek, w których wszystko zaczyna już lśnić nieco zdartym urokiem kończącej się imprezy. Plączemy się więc gdzieś pomiędzy nużącym powtarzaniem emocji, które już znamy, zachowaniami, które irytują i bohaterami, którzy dawno przestali zaskakiwać. Na szczęście jednak, z tej rozlanej toni jednorodnych wrażeń, co i rusz wyrywa widza perfekcyjnie napisana, zaskakująca scena lub dialog. Finał czwartego zostawia widzów w poczucia nagłego uporządkowania rzeczywistości: wątek każdej bohaterki zostaje domknięty i jednocześnie otwarty poprzez ustawienie azymutu dalszych działań. Lena Dunham z wdziękiem pokazuje świat amerykańskich millenialsów – zblazowany, nieco znużony, skromny i jednocześnie przesycony autoafirmacją. I choć te „pokoleniowe” obrazy raczej są powtarzalne i niezbyt odkrywcze, to wciąż udaje się tu wprowadzić wątki zaskakujące, nowatorskie i pozwalające widzowi na poszukiwanie w nich rozbłysków niepowszedniości. 

Girls 3

W romantycznym finale drugiego sezonu Adam, targany uczuciem i troską o Hannah, biegnie do niej przez pół miasta, aby ukoić skołatane nerwy i emocje ukochanej. Teraz już nikt biegać nie musi – mieszkają razem.

Ewolucja i perypetie tego związku są osią trzeciego sezonu Girls. Poza tym dzieje się sporo. Hannah przeżywa kolejne pisarskie rozczarowania: zostaje zatrudniona jako copywriterka, a książka, którą miała wydać, okazała się obciążona korporacyjną umową o wyłączności dla innego wydawnictwa na…trzy lata. Marnie wciąż próbuje śpiewać, przez co wikła się w dziwną relację z dwójką mężczyzn. Jessa pogrąża się w narkotykowym nałogu, a Shoshanna, w oparach akademickiego szaleństwa, traci kontakt z rzeczywistością. Spotkania stają się coraz rzadsze, a coraz więcej spraw zaczyna toczyć się poza bezpiecznym kręgiem związku tej czwórki. Związek się rozluźnia i nawet „dziewczyński” wypad na weekend nie ratuje sytuacji. Każda z nich zajmuje się sobą, coraz bardziej nerwowo szukając recepty na dojmujące niezadowolenie z egzystencji.
Tętniące kolorami lakierów do paznokci mieszkanie Hannah, choć nadal nieuporządkowane i pełne dziwnych bibelotów, stało się mieszkaniem pary zdanej na tej przestrzeni już tylko na siebie lub niepowołanych gości (siostra Adama). Pary, która, w obliczu zawodowych aspiracji i zaangażowań, nie zauważyła, że się zmieniła, nie wypracowując nowego sposobu na wspólne życie. Zresztą to, w ciągu kilku chwil, zauważa mama Hannah (znakomity odcinek 9, w którym oglądamy Hannah i  trzy pokolenia kobiet z jej rodziny). Mówiąc córce kilka przykrych, lecz trafnych, słów na temat Adama (nie chcę, abyś całe życia musiała go socjalizować i dbać o jego dobre samopoczucie) daje jej perspektywę, na którą Hannah nie było do tej pory stać. Żeby jednak nie pogrążać widza w ostatecznym zasmuceniu, Hannah jednocześnie słyszy od babci: Kiedy nie będziesz mogła już na niego patrzeć i będziesz mu życzyć śmierci w potwornych męczarniach – nie martw się, to minie
Cały sezon jest więc konsekwentnie podobny do poprzednich – trochę dowcipny i zabawny, a trochę melancholijny. A kiedy robi się zbyt poważnie – kiedy zawodowe i prywatne życie dziewcząt zaczyna być nie do zniesienia, a widmo porażek i konsekwencji złych decyzji zbyt dojmujące – nagle pojawia się promyk nadziei. Pojawia się tęcza, dziecięce szczęście, uśmiech losu. Kiedy Hannah już prawie zaczyna być dorosła, kiedy prawie mogłaby zacząć odczuwać konsekwencje porzuconej w młodzieńczym geście pracy i kruszącej się relacji z partnerem – pojawia się zaproszenie na warsztaty literackie. W Iowa. Czyli daleko. Tam gdzie wszystko zacznie od nowa.
Hannah dostaje więc drugą szansę na nowe przyjaźnie czy związek budowane w duchu realizacji pokrewnych marzeń. Przede wszystkim jednak dostaje potwierdzenie, że jej aspiracje są słuszne. Lena Dunham, autorka Girls, podkreśla, że widz nie stawia przy Girls pytania: “z kim ona w końcu będzie, za kogo wyjdzie za mąż”. Zdaniem Dunham pytanie, jakie pojawia się w przypadku Girls to „czy zacznie w końcu pisać, czy dorośnie”.

I niewątpliwie trudno odmówić jej słuszności. Żałuję jednak trochę, że wysyła Hannah do Iowa. Że być może znów wrócimy do punktu wyjścia, zamiast obserwować, czy bohaterka w trybie tzw. normalnego życia jednak da radę coś ze sobą zrobić. Choć kto wie, w jakim punkcie życia zastaniemy bohaterki w kolejnym sezonie, zapewne ciągle gdzieś pomiędzy finałem Frances Ha, i początkiem Tiny Furniture.

Bez tajemnic 3

Miało być parę słów jeszcze w minionym roku, ale nie zdążyłam. Końcówka roku upłynęła pod znakiem kolejnych posiedzeń terapeutycznych Andrzeja i jego pacjentów. Jednym słowem – Bez tajemnic 3.

Nieczęsto zdarza mi się pisać takie słowa, ale serial okazał się naprawdę znakomity. Polskim twórcom udało się nie tylko w rewelacyjny sposób kontynuować historię opowiadaną już przed kilkadziesiąt odcinków, ale, za trzecim podejściem, zrealizować część najlepszą. Co więcej – zdecydowanie lepszą niż trzeci sezon wersji amerykańskiej.

Tym razem zrezygnowano z dokładnego odwzorowywania struktury pierwowzoru. W polskiej wersji mamy 5 spotkań a nie 4 jak w analogicznym sezonie In treatment. Na kozetce siadają tym razem – młody Jeremi (nieakceptujący rodziny adopcyjnej homoseksualista – w tej roli Adrian Zaremba), pani Janka (emerytka zmuszona do przeprowadzki do Warszawy – wspaniała Stanisława Celińska), krytyczka muzyczna Małgorzata (przychodzi pod pretekstem kryzysu małżeńskiego – Magdalena Popławska), Konrad (ksiądz w związku z kobietą – Piotr Głowacki) i … Tomasz (niepokojąco nieprzyjemny Maciej Stuhr) – nie pacjent, lecz superwizor (piszę to słowo z ciężkim sercem) Andrzeja. W takim gronie spotykamy się przez kolejnych 7 tygodni. 
Przez dwie poprzednie serie, Andrzej zmagał się nie tylko z problemami osobistymi (niedoszły romans z pacjentką, rozwód, stopniowa utrata relacji z dziećmi, nawracająca trauma rodziców), ale i zawodowymi – obecność pacjentów, poza satysfakcją, przynosiła mu frustracje, nerwy oraz zwątpienie – we własne umiejętności jak i w sens terapii. W trzecim sezonie spotykamy go po rocznym urlopie. Rok ten Andrzej spędził w Wiedniu (ach, czy można wyobrazić sobie wspanialsze do tego miejsce?) próbując napisać książkę. Jak przyznaje jednak, książki napisać mu się nie udało, co nawet mnie nie zaskakuje. Wyobrażam sobie, że nawet tak mrukliwa i zamknięta osoba musi choć trochę się cieszyć przechadzając się wieczorem uliczkami wokół brudnawego, lecz swojskiego Schwedenplatz czy nieco bardziej hipsterskimi okolicami za Karolem Boromeuszem. Wierzę, że przez rok w Wiedniu nie tylko poznał intrygującą Iwonę (Agata Kulesza), ale i uleczył nieco duszę. Powraca więc do Warszawy i do pracy. Już nie we własnym gabinecie, ale jako dyrektor miejskiego ośrodka psychoterapii, zatem nie przyjmuje już pacjentów we własnym domu. 
Andrzej nadal doświadcza codziennych porażek, radości i skrajnych emocji. Pacjenci wciąż go nie znoszą, a on wytrwale próbuje z nimi rozmawiać. Teraz jednak jest nieco bardziej świadomy i własnych porażek – mówi na głos o porażce relacji ze starszymi dziećmi, walczy o kontakt z najmłodszym, zdaje się akceptować konsekwencje rozwodu i związku byłej żony z nowym mężczyzną. Andrzej przestał walczyć, raczej poddał się fali, która przywiodła go do tego miejsca.  I choć wciąż zmaga się ze swoimi demonami, zdaje się być w lepszej kondycji.
Ta lepsza kondycja znajduje swoje odzwierciedlenie także i w warstwie filmowej opowieści. W ilości światła, w przestrzeni, w której przyjmuje pacjentów. Ta jest chłodniejsza, bardziej bezosobowa, ale tym samym świeższa, bardziej otwarta, nawet okna wydają się większe. To miła odmiana po nieco zbyt „kocowo-polarowej” przestrzeni prywatnych zakamarków jego domów.
Nad nieco zliftingowanym Bez tajemnic pracowali m.in. Wojciech Smarzowski, Agnieszka Holland z Kasią Adamik czy Bartosz Konopka. Wyraźnie autorski charakter polskiej trzeciej serii cieszy wysokim poziomem rzemiosła i niezależności od pierwowzoru, znakomitym prowadzeniem aktorów i znacznie lepiej napisanymi postaciami. Brak tu nielogiczności czy dziur fabularnych, które można było obserwować w wersji amerykańskiej, w której można było wyczuć wyraźne znużenie twórców, a co za tym szło – i znużenie widza.

No i nie ma nic znakomitszego nad spotkania Andrzeja i pani Janki (bohaterka bardziej spójna, konkretna i logiczna niż analogiczna postać Sunila z In treatment III). Odcinki ze Stanisławą Celińską przeszywającą świdrującym wzrokiem nieco przy niej bezbronnego Jerzego Radziwiłowicza powinny przejść do annałów polskiej telewizji. Niesamowite amplitudy emocji, które obserwujemy w ciągu zaledwie 25minut oszałamiają i nie pozwalają odkleić się od ekranu. Stanisława Celińska (tutaj rozmowa z aktorką) od zagubionej, spłakanej nieświadomością własnego smutku osoby w ciągu mrugnięcia okiem przechodzi do gniewnej i hardej kobiety. Bywa dziewczyną, bywa starą kobietą, bywa matką, bywa przejmującym obrazem niespełnionej ambicji i utraconych marzeń. Pani Janka to niesamowita postać, bardzo dobrze napisana, w fenomenalny sposób odkrywająca przed widzem karty swojej historii. Stanisława Celińska wyrasta ponad ekran i ponad formułę serialu. Chwała Bogu, że partneruje jej Radziwiłowicz, który tej znakomitości jest w pokornym stanie towarzyszyć. Ze spotkań tej dwójki można by zmontować 3 godzinny film i nikt by się nie znużył. Mnie wciąż byłoby mało.

Newsroom 2

Jak znakomicie!

Tym razem, do biura redakcji wiadomości zaglądamy przez dziewięć odcinków. Tyle wystarczyło do opowiedzenia kilkunastu fenomenalnych historii.
McKenzie przestała machać rękami, a Will zdecydowanie rzadziej bywa obrażony. Gros opowieści ponownie zajmują wątki autentyczne wyjęte z najnowszej, najświeższej historii USA (np. wybory prezydenckie 2012). Tym razem jednak wątki autentyczne mieszają się z historią fikcyjną (Operacja Genua), który okazuje się być tematem przewodnim dla całej narracji. Fakty zostały nanizane na prawdziwie filmową, stworzoną przez twórców opowieść. To duża zmiana względem pierwszego sezonu, który z reporterską precyzją i puryzmem relacjonował wydarzenia, niejednokrotnie niezbyt interesujące dla widza spoza USA. Tym razem główny wątek chwyta za i serce i za rozum – możliwa akcja wojskowa z użyciem broni chemicznej przez „amerykańskich chłopców” to nie tylko opowieść o tworzeniu i przetwarzaniu prawdy dla widza, ale także komentarz do działań militarnych USA.
Newsroom 2 to mistrzostwo narracji. Opowieść przeskakuje, bez żadnych uprzedzeń, między oddalonymi od siebie o kilka miesięcy wydarzeniami. Do przeszłości nie trafiamy bezpośrednio, ale poprzez relacje kolejnych bohaterów, którzy te wydarzenia relacjonują z kolei grupie prawników, z którymi się spotykają. Dokładne przyczyny i wyjaśnienie, o co z tymi prawnikami właściwie chodzi pojawia się de facto około połowy sezonu – wtedy widz zaczyna w pełni rozumieć intrygę i całą narracyjną drabinę. A kiedy już się to w całości ogarnie, nie pozostaje nic innego, jak wstać z legowiska i ukłonić się twórcom za znakomite opowiedzenie ciekawej historii.
Przekaz pozostał ten sam – zaangażowani dziennikarze bez skazy dążą do prawdy i do sprawiedliwości. Nawet na drinka po pracy już za bardzo nie wychodzą, bo ciągle są w biurze. Trzeba podkreślić, że patrzą na rzeczywistość jedynie z perspektywy tego biura i ledwo zauważyli jak bardzo się ona na zewnątrz zmieniła. Redakcja nadal gardzi „nowymi mediami”. Choć z Twittera czerpią informacje, blogerzy to dla nich niewiarygodne źródło i tkwią więc w przekonaniu o wszechwładzy telewizji. Telewizji i normatywności, której w zajadły sposób bronią kontestując np. ruch OccupyWallStreet. Wątek Occupy ciągnie się przez kilka odcinków, a Will, w typowo dominujący, WASPowy i nieznoszący sprzeciwu patriarchalny sposób, wykazuje „okupującej” błędy ruchu i przyczyny jego niepowodzenia.  
Wątek “Operacji Genua” to główny konflikt tego sezonu. Nie chcąc zdradzać szczegółów ani spoilerować, napiszę jedynie, że pojawia się konflikt z Prawdą, Rzetelnym Dziennikarstwem i Korporacją (celowo dużymi literami. Zasady etyczne bohaterów są trwałe niczym skały, nie można zatem takich Wartości zapisać inaczej jak dużą literą). Najważniejsze jest, że tym razem, co i polityczne i symboliczne – wielka korporacja, którą reprezentują bohaterowie staje z nimi po tej samej stronie, kiedy przychodzi zagrożenie z zewnątrz. W pierwszym sezonie dziennikarze byli nie tylko pod własną presją, presją prawdy, presją widzów, ale i presją szefostwa, grożącą zwolnieniami za niewielką oglądalność. Konflikt był w środku, kiedy wyprowadzono go na zewnątrz bohaterowie stali się tym mocniejsi i moralnie imponujący.
Tym razem okazuje się, że wielka korporacja ma serce, rozsądek i honor. Tym bardziej więc, serialowe Occupy wypada wyjątkowo blado, bo korporacje też mają jak widać serce i kierują się dobrem jednostki. Konstrukt o tyleż intrygujący i pociągający, co trudny do wyobrażenia, ale Newsroom nigdy nie udawał apolitycznej opowieści.

Carrie Diaries


HBO, czyli matka jedynego, prawdziwego Seksu w wielkim mieście, nie miała nic wspólnego z produkcją Carrie Diaries. Łącznikiem w tym przypadku okazała się Candace Bushnell, autorka książek o perypetiach Carrie Bradshaw. Stacja CW ma na swoim koncie takie tytuły jak Plotkara i Pamiętniki Wampirów, zatem seriale adresowane do młodszej publiczności. 

Dwa dni temu minęło 15 lat od emisji pierwszego odcinka Seksu w wielkim mieście. Serialu przeze mnie uwielbianego, kochanego, serialu, który znam prawie na pamięć. Nie wiem, jak do tego doszło, że tę wiekopomną rocznicę świętowałam z Carrie odmłodzoną o ponad 15 lat, czyli z Carrie Diaries.

Carrie „pamiętnikowa” ma 16 lat. Kilka miesięcy temu straciła mamę (zmarła na raka), mieszka więc teraz z łagodnym i nijakim ojcem i siostrą o uczernionych kredką oczach. Ma dwie przyjaciółki – leniwą – która nie znosi wszelkiej pracy i chętnie uprawia seks z okolicznym policjantem na tylnym siedzeniu samochodu oraz kujonkę marzącą o Harvardzie. Jest tu też niejaki „Nowy”, czyli szkolny przystojniak, za którym Carrie szaleje. Dziewczyna trafia na Manhattan w ramach stażu w kancelarii prawniczej (ma być prawniczką, jak jej ojciec), a tam przypadkowo poznaje niejaką Larissę, redaktorkę magazynu modowego Interview. I tak wszystko się zaczyna. 
w domu
z Larissą i plastikowym kubeczkiem
Larissa dokonuje wielkiego „otwarcia umysłowego” Carrie – opowiada jej o szukaniu własnej drogi, seksie i równości płci. Sama proponuje nastolatce staż w redakcji, możliwości publikacji i szybko nazywa ją utalentowaną pisarką. Z ekranu co chwilę padają oczywistości godne filmów edukacyjnych z czasów zamierzchłych. Nie wiem, czy dzisiejszym nastolatkom trzeba powtarzać, że kobiety także rozmawiają chętnie o seksie. Chyba nie, skoro wiek inicjacji stale się obniża. 
Ciekawe w ogóle skąd pomysł, aby tak istotnym wątkiem serialu uczynić kwestię dziewictwa, którą dorosła Carrie skomentowała w jednym z odcinków:
– Pół jointa, trzy pchnięcia i po krzyku. Aaa, i było to na stole ping pongowym. 
Nie mogła zatem być tą Carrie, która cały czas mówi o tym, że pragnie by było „wyjątkowo”, nastrojowo i romantycznie. I z kimś dla kogo jest ważna. Autorzy Carrie Diaries dość lekko podchodzą jednak do spójności z oryginałem, w którym Carrie wspomina, że ojciec porzucił ją i siostrę – w nowym serialu ojciec jest całkiem w porządku, a mama umarła.
moda lat 80 wg Carrie Diaries
Młoda Carrie nie zna i nie potrafi wymówić „Manolo Blahnik” w sposób poprawny, a zgodnie z dominującą retoryką nazwalibyśmy ją w ogóle przyszłym słoikiem na dorobku. Carrie imponuje wszystko co znajduje na Manhattanie, tylko dlatego, że jest na Manhattanie a nie w rodzimym Connecticut. Wstydzi się tego, kim jest, zaczyna więc kłamać. Kłamie – na Manhattanie, w domu, w szkole – wszędzie (i to chyba jedyna spójna rzecz z dorosłą Carrie).  Marzy o życiu „astistic New York style yuppie”, chodzeniu po wielkomiejskich imprezach, kolorowych drineczkach, fancy ubraniach i jakościowych znajomych. Marzy o tym, aby wpleść się w tłum i zassać obowiązujące zasady. 
Dorosłą Carrie lubiliśmy także za to, że pozostaje w opozycji (przynajmniej częściowo) do tego „nowojorskiego światka” – uczestniczy w nim, ale często krytycznie. Bywa wszędzie, gdzie może bywać, ale często jednak z boku, często przypadkiem i wspólnie z przyjaciółkami i Stanfordem śmieją się z „high style bitches”. Carrie, która notorycznie pali papierosy i permanentnie trafia na jakiś życiowy przypał to nie ta sama ciupciowata dziewuszka, która otwierając umalowane oczka krzyczy „woooow” na widok znaku kierującego na Wall Street, a poczucie sukcesu życiowego osiąga, kiedy ktoś uznaje ją za rdzenną Nowojorczankę. 
Jeżeli jakaś warstwa Seksu w wielkim mieście zestarzała się i zdezaktualizowała, a Carrie Diaries to uwypukla to ta „brandowa”: umiłowanie marek, metek, butów, na które wydaje się pół pensji. Nie jesteśmy w Nowym Jorku lat dziewięćdziesiątych, czyli w czasach kapitalistycznego orgazmu.  Prezentowanie w 2013 roku, kiedy to premierę ma także drugi sezon Girls, bohaterki przyuczającej się do korporacyjnej konsumpcji wydaje się nieco dziwne. Nawet jeżeli iHipsterstwo marki nadal kocha, to inaczej o tym mówi. Nowa stara Carrie patrzy na świat sprzed erupcji konsumpcyjnej i sprzed kryzysu, wielka szkoda, że autorzy serialu tak banalnie postanowili tę postać przepisać na czas lat 80 tworząc z dziewczyny wygłodniałą bogactwa pensjonarkę całkowicie pozbawioną własnej osobowości

Newsroom


O (nie) prawdziwej telewizji.

Zanim był Internet i telewizja śniadaniowa ludzie oglądali wiadomości. 25minut prawdy spływającej z ekranu za pośrednictwem eleganckiego krawata przystojnego lecz ułożonego prowadzącego. Komu do tego czasu tęskno i od nieokreślonego (innoserialowego) Slugline’a woli porządne informacje powinien sięgnąć po Newsroom.
10 godzinnych odcinków serialu HBO przenosi widza w świat czasów odległych, a niektórym już może nawet nieznanych. Przenosi w czasy dziennikarstwa rzetelnego i naznaczonego powołaniem, głoszeniem Prawdy, poczuciem wyższości i garniturowym patriarchatem. W odpowiedni klimat wprowadza już kolażowa czołówka przypominająca tuzy dziennikarstwa newsowego z dawnych, dobrych czasów. Z czasów, w którym dziennikarz był kimś i trzeba było być kimś, aby zostać dziennikarzem. 
Bohaterowie serialu to grupa zapalonych fachowców spędzających prawie całe życie w redakcji informacyjnej dużej stacji telewizyjnej potężnego koncernu medialnego. Jeżeli już z owej redakcji wychodzą to tylko po to, aby wspólnie udać się na pracowego drinka, ewentualnie na pracową domóweczkę, ewentualnie pójść do łóżka z kimś z pracy. Inny świat nie istnieje, pojawia się jedynie w wersji przetworzonej i relacjonowanej przez bohaterów.
Najważniejszą postacią redakcji Will (Jeff Daniels) – główny prezenter, wzorcowy WASP ze złamanym sercem i nieuleczoną zadrą do byłej partnerki. Winną zadry jest MacKenzie (Emily Mortimer) – laureatka kilku dziennikarskich wyróżnień, przez kilka lat pracująca na Bliskim Wschodzie. Teraz zostaje wydawcą Willa. Relacja miedzy tą dwójką jest niezbyt finezyjnie prowadzoną osią tzw. wątków prywatnych. Will nadal kocha MacKenzie, ona jego, ale ona go zdradziła, więc on musi ją karać za to na każdym kroku, a ona musi mu się permanentnie podlizywać, nawet jeżeli on nią pomiata. 
I ten układ zwierzchnik-petentka jest niestety motorem napędzającym opowieść. Losy bohaterów cały czas determinują zabawne qui pro quo, które zabawne okazują się chyba jednak jedynie w założeniu, bo w połączeniu z dusznością macicznąbohaterek stają się pod koniec już zwyczajnie irytujące. 
Na nerwy chorują bowiem chyba wszystkie Newsroomowe bohaterki. Są histeryczne (skakanie po stołach, permanentne machanie rękami), hałaśliwe (krzyk, tupanie nogami), głupie (MacKenzie wysyła prywatną wiadomość „do wszystkich” w firmie zamiast do Willa)  i opresyjne (zmuszanie kolegów do umawania się na randki ze znajomymi).  MacKenzie i stażystka Maggie (bo one wiodą prym w wątkach osobistych) są przy tej całej agresywnej nerwowości, bardzo zagubione i  wrażliwe. Dlatego ciągle krzyczą i wiercą się jak małe dziewczynki podczas mówienia (brakuje tylko wsadzania kosmyków włosów do buzi). Trzeba się nimi zaopiekować.
Najlepiej jeżeli będą to spokojni i zdecydowani mężczyźni. W garniturach. Którzy bez krzyku (chyba, że chodzi o sprawy zawodowe) potrafią się wypowiedzieć, sklecić zdanie bez jęczącego przeciągania imienia rozmówcy, bez kicania i smyrania swoich włosów. Prawdziwi rycerze wydają się jeszcze bardziej rycerscy na tle napastliwie prostackich dam. Oczywiście wszystko mogłoby być częścią lekko teatralnej i przerysowanej konwencji (korespondującej z nieuporządkowanym słowotokiem wszystkich już bohaterów), ale niestety konwencja tutaj odnosi się jedynie do kobiet(ek). 
Newsroom to serial, gdzie jednym tchem prosi się o kawę, umawia na randkę i analizuje  strzelaniny w szkole. Opisywany świat jest ważniejszy od prywatnego, a w jego definiowaniu pomagać mogą sypiące się jak z rękawa złote myśli, warte powtarzania studentom sztuki dziennikarskiej:
  • Nie robimy telewizji, tylko dobry serwis informacyjny
  • Zadajmy sobie pytanie: czy dajemy ludziom najlepsze argumenty?
  • Bądź naszym sumieniem!
  • Nie jesteśmy komputerami, które wypluwają fakty, ani kelnerami którzy serwują to, czego oczekujecie
  • Jesteśmy medialną elitą
  • Nie interesuje mnie wikileaks
Zatarły się już granice między serwisami informacyjnymi a infotainment, między autorytetami dziennikarstwa a gwiazdami telewizji śniadaniowej czy serwisów plotkarskich. Przez kilka godzin seansu możemy podglądnąć świat za wszelką cenę próbujący oprzeć się pochodowi neotelewizji, aby za wszelką cenę pozostać po stronie jedynego i słusznego nadawcy. W świecie Newsroomu blog jest jedynie pretekstem do zabawnego żartu, że w imieniu słynnego dziennikarza pisze go stażysta, twitter monitorowany zostaje raz, a widzowie, komentujący wiadomości w sieci, sprowadzeni zostają do niezadowolonych natrętów o idiotycznych nickach (LollipopLollipop). 
I po początkowej irytacji nawet zaczęło mi się to podobać. Newsroom daje oddech świata, który zniknął w otchłani nowomedialnych przemian ostatnich lat. Zasady pracy są jasne, wartości oczywiste. Tak bardzo, że Will deklaruje na wizji swoje poglądy polityczne traktując tę deklarację jako świadectwo uczciwości. Nawet szef działu wiadomości (Sam Waterston), w nieco sfatygowanej muszce, wygląda jak redaktor gazety z dawnych lat. No i ci młodzi stażyści – bez szemrania i krzty buntu przesiadujący w redakcji serwisu, w którym zapewne nawet nie publikuje ich nazwisk. 
Wszystko dla dobra Prawdy. Prawdy skąpanej oczywiście w obfitym, lecz na ogół znośnym, sosie amerykańskości. Mamy flagi, statuę wolności, łzy wzruszenia po śmierci Osamy oraz otwierające i zamykające serial pytanie „dlaczego Ameryka jest najwspanialszym krajem na świecie?”.
Pod koniec pierwszego sezonu dział newsowy zaczyna zmagać się z wytycznymi zarządu odnośnie konieczności podniesienia oglądalności. Rolę Złego pełni korpo-właścicielka stacji – w tej roli Jane Fonda. Wtedy to na „jedynki” wskakują wiadomości z gatunku mama Madzi. Nowy, wspaniały świat dziennikarstwa dobija się do drzwi Willa McAvoya i jego ekipy. Niestety trochę zbyt powoli, aby wytworzyć wrażenie schyłku miejsca, ludzi i narracji. Kto wie, może w drugim sezonie (start w lipcu) atmosfera zostanie podgrzana. 
Ale mimo wszystko, jakoś miło mi było zanurzyć się w staromodnym i uczciwym świecie godnych zaufania i odpowiedzialnych dziennikarzy dbających o kompletny, rzeczowy i całościowy przekaz kierowany do biernych widzów po drugiej stronie szklanego ekranu.

Pięć dni: Zniknięcie.


Jest człowiek. I nie ma człowieka.

Kilka chwil. Właśnie tyle czasu oddziela normalną rzeczywistość od jej rozpadu. Od wypadku, śmierci, zniknięcia. Kilka chwil uświadamiających, że „takie” rzeczy naprawdę się dzieją. Życie Matta Wellingsa – trenera fitness, męża i ojca – ze spokojnej i przewidywalnej egzystencji, w ciągu kilku chwil zmieniło się w koszmar niewiedzy, publicznej oceny i oczekiwania nie do końca wiadomo na co. 
Młoda Lyanne jedzie z dziećmi do dziadka. Zatrzymuje samochód, aby kupić kwiatki u przydrożnego sprzedawcy. Dzieci zostają w aucie. Podjeżdża ciężarówka. Lyanne znika. Dzieci bezradnie szukają matki. A potem próbują wrócić do domu. Kiedy nieznany kierowca, podający się za znajomego rodziców, oferuje im transport do domu – wsiadają. 
I teraz zniknęła już cała trójka.
intensywne śledztwo trwa
Serial produkcji BBC i HBO obiecuje bardzo dużo – samo połączenie tych stacji powinno być gwarantem sukcesu. Potem możemy dodać do tego zacną brytyjską obsadę (Bonneville, McTeer, Wilton, Woodward) i… zupełnie nic z tych oczekiwań się nie realizuje.
Pięć dni znakomicie się rozpoczyna, pierwszy odcinek wciąga. Niestety opowieść bardzo szybko zaczyna się łamać, pojawiają się niejasne i nielogiczne wątki. Większy nacisk położono na obserwację konsekwencji wydarzeń w mikro i makrorzeczywistości niż próbie wyjaśnienia samego zniknięcia. Przez znakomitą większość czasu widz wie zdecydowanie więcej niż  bohaterowie, co z jednej strony jest naturalnie angażujące, ale z biegiem czasu nieudolność prowadzonego śledztwa zaczyna irytować, a wiedza własna widza zdaje się do niczego niepotrzebna. 
Poprzez wątek kryminalny twórcy postanowili poruszyć chyba wszystkie problemy współczesności, na jakie wpadli podczas scenariuszowego briefingu. Dostajemy tu bowiem rasizm, starość, choroby, tabloidyzację mediów, biurokratyzm, atomizację jednostek, niestałość związków a nawet nastoletni bunt. Natłok tematów rozmywa najważniejszy wątek. Mnożą się postacie, w dodatku zazwyczaj bardzo nieudolnie wprowadzane, więc chwilami trudno w ogóle się zorientować o kim mowa lub jaki cel przyświeca obecności danego bohatera. Twórcy poświęcają sporo uwagi wątkom towarzyszącym (bardzo długie sceny z imprezy pożegnalnej detektyw Foster), w nielogiczny sposób z pobocznych postaci robią głównych bohaterów, nie uzasadniając ich obecności (szukająca męża Sarah) czy po prostu nie tłumaczą historii, które pojawiają się na ekranie – relacja Foster i Barclay’a czy przygody rzeczniczki prasowej i jej dziwnych współlokatorów. Do tego jeszcze należy dodać „złe media” dręczące biedną rodzinę Lyanne i mamy kompletny obraz Pięciu Dni.
Matt i Sarah
Najsłabszym i najmniej przekonującym elementem serialu jest konsekwentnie zły wizerunek mediów. Dziennikarze są po prostu ŹLI. Młodzi – okrutni i pozbawieni jakichkolwiek zasad etycznych,  starzy – cyniczni i w dodatku odpychająco szpetni. Jedną z mocniejszych i bardziej udanych scen jest konferencja prasowa, w której uczestniczą mąż i matka zaginionej Lyanne. Konferencja zorganizowana przez biuro prasowe policji DLA dziennikarzy, aby ci ich „nie zjedli” za opieszałość i bezskuteczne działania. Dla wszystkich obecnych, z wyłączeniem rodziny, zaginiona Lyanne jest smakowitym kąskiem, który wyszarpując sobie nawzajem można coś dla siebie zyskać.
W Zniknięciu zgrabnie pokazano osamotnienie i bezradność rodziny, czekającej na każdą, nawet najdrobniejszą informację mogącą rozwikłać tragiczne wydarzenie. Ciekawa była też zmiana paradygmatu serialowego policjanta – z gotowego na wszelkie poświęcenie dla Sprawy oficera, na lekko znużonego, rozbawionego rzeczywistością pracownika policji. Policjanci sami nie wyjaśniają w zasadzie niczego, rozwiązanie staje się kwestią przypadku. Więcej energii poświęcają budowie medialnego wizerunku policji niż rozwikłaniu problemu. 
policjanci się bawią
Gdyby założyć, że całe to rozedrganie, lekka histeryczność i zupełny rozpad narracji są celowe, to można by nawet stwierdzić, że to znakomity serial. Niestety, podobną opowieść – o rozbijającej codzienność tragedii i niemożliwości śledztwa widzieliśmy już w Killing, gdzie zrealizowane zostało na najwyższym poziomie, 
Pięć dni: Zniknięcie czerpie zarówno z tradycji seriali kryminalnych jak i obyczajowych. Trudno powiedzieć, co przeważa szalę. Jako kryminał jest marny, jako krótka historia rodzinnego dramatu – niezły, choć tendencyjny. Opowiada nie o śledztwie, nie o potyczkach dzielnych policjantów, ale o powszedniości nieszczęścia. O tragedii spadającej znienacka i niszczącej wszystko dookoła. O rodzinie, która się rozpada, policji, która zwyczajnie nie wie, co robić i przypadkowych osobach próbujących wygrać własne cele przy okazji cudzych nieszczęść. Pięć odcinków obejrzałam bez większych oporów, drugiej serii jeszcze nie widziałam.

Gra o tron 2

Czekałam z niecierpliwością. Pozwoliłam odleżeć się wszystkim dziesięciu odcinkom – leżakowały w otchłani przepełnionego dysku i dojrzewały. I niby było dobrze, oglądało się płynnie, ale jednak jakiś niedosyt i mętny brak satysfakcji nie dają mi spokoju.

Jestem po prostu trochę rozczarowana. Rok czekania, setki pochłoniętych stron pióra G. R. R. Martina, pełna gotowość bojowa do niekończącego się seansu i co? I dostaję 10 przegadanych odcinków. Odcinków, w których twórcy nie wiedzą, co w zasadzie opowiadają. W których ewidentne cięcia w postprodukcji zachwiały logikę i sens historii. Bohaterowie zostają spłaszczeni, pozbawieni  przemian emocjonalnych. 
Żeby było jasne – nie jestem ekspertką prozy Martina. Brnę powolutku przez kolejne tomy, co nie jest takie proste, zwłaszcza, że czytam zazwyczaj w autobusie przemieszczając się między pracą i domem. Nie pamiętam każdego centymetra historii ani każdego nazwiska, herbu czy powiedzenia zapisanego przez autora. Nie wymaga jednak szczególnej bystrości zauważenie pogłębiającej się w Starciu królów ciemności i mroku nad Westeros, rozpadu całej znanej wszystkim narratorom rzeczywistości; faktu, że uciekająca Arya, której wszyscy chyba kibicują, nie ma już właściwie dokąd powrócić. 
Autorzy serialu chcieli opowiedzieć wszystko, a jednocześnie dodali do opowieści nowe wydarzenia i postaci, tak jakby na kilkuset stronach książki czegoś mogło zabraknąć. 
Już w drugim odcinku pojawiają się niezrozumiałe przeinaczenia i nielogiczności. Rozpoczyna się on od rytualnego spalenia starych bogów i oddania czci R’hllorowi przez Czerwoną Kapłankę – scenarzyści nie pokusili się o wyjaśnienie kim owa bohaterka jest, komu sprzyja, a kogo próbuje unicestwić. Nie ma także odniesienia do dominanty symbolicznej całego tomu, jakim jest czerwona kometa – kometa, którą bohaterowie widzą, obserwują, budzi powszechny niepokój, nie wiedzą, co zwiastuje. Kometa pojawia się w pierwszym odcinku (widzi ją Bran), potem jednak znika. 
Robb poznaje tajemniczą sanitariuszkę (w książce żadnej sanitariuszki nie było, była inna dama, gdzie indziej i w innych okolicznościach): wątek miłosny poprowadzony zostaje w sposób wyjątkowo nachalny – dziewczyna jest bowiem piękna, ale i mądra. Tak mądra, że jako dziewczynka gardziła rozmowami o wstążkach i tańcach (to chyba miało być feministyczne, ale niestety nie wyszło), postanowiła, że będzie ratować świat. W związku z tym prowadzi konwersacje z Lordem Winterfell, Królem Północy – o tym, że kończą się jej nici operacyjne. Wkracza także niezaproszona do jego namiotu, aby, nie mając pretekstu do rozmowy, przerwać jego naradę strategiczną. 
Daenerys, która występuje w tej części książki w dość znikomym stopniu – w serialu gra niemal pierwsze skrzypce. Los Theona, jednego z najbardziej dramatycznych bohaterów, poprowadzony zostaje w skrajnie uproszczony sposób.
Można się oczywiście sprzeczać, czy zmiany były słuszne, czy nie. Ponieważ jednak nie oglądałam serialu sama, wiem także, że pewne wydarzenia są zwyczajnie niezrozumiałe dla osoby nieznającej pierwowzoru (wydarzenia między Jonem Snowem i Qhorinem Półrękim).
Ale wracając do samego serialu. Większość odcinków sprowadza się do filmowanych w półzbliżeniach twarzy konwersujących w podniosłym tonie o temat Ważnych Spraw. Co jakiś czas zmieniamy tylko scenerię, przenosimy się z sali do sali. Nie ma tu MIĘSA, dziania się, wiru, zasysającego po kolei wszystkich bohaterów. Oczywiście, nie jest nudno – historia wciąga i trudno oderwać się od ekranu, ale brakuje jakiejś iskry, która spajałaby całą opowieść. Zabrakło mi np. wzmocnienia momentu wysłania przez Nocną Straż kruków z prośbą o pomoc, na co żaden król nie reaguje. Wszyscy są zbyt zajęci wojnami o Żelazny Tron, aby zjednoczyć się w walce z abstrakcyjnym przeciwnikiem zza Muru. Być może nadałoby to całości jakiś jednolity wymiar, pozwoliłoby łatwiej ogarnąć sytuację przedstawianego świata skazywanego przez bohaterów na zagładę. 
Liczyłam po cichu także np. że poród Cienia przez Czerwoną Kapłankę i jego późniejsza działalność (Renly) zostaną rozwiązane w nieco bardziej niedopowiedziany sposób… Nie wiem także, po co przeraźliwie długie spojrzenie w oczy Innego w finale serii. Trochę zbędne wydają mi się także sceny łóżkowe w burdelu Littlefingera. Wyglądały, jak wtręt jakiegoś korpo-HBO-managera podkreślającego, że przecież twórcy muszą zachować spójność z wizerunkiem stacji – mocny seks więc być MUSI, bez względu na to, czy cokolwiek do opowieści w tym momencie wnosi. Bez zarzutu pozostaje jednak realizacja techniczna serialu – kostiumy, scenografia, zdjęcia plenerowe (kiedy już się pojawią raz na milion lat), może trochę brakuje statystów…
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórcy stanęli w obliczu jakiejś dziwnej bezradności wobec ogromu książki. Być może selekcja danych zawiodła. Być może należało zdecydować się na (sprzeczne z konstrukcją książki, ale mogło być sensowne w przypadku serialu) wybranie wiodącej postaci i momentu kulminacji, który powinien nadejść. W pierwszej serii był to Edd Stark i jego śmierć. W drugiej, scenarzyści chyba nie ogarnęli już mnogości wydarzeń, postaci i emocji. Wyobrażam sobie, jak siedzą nad laptopami, ogarnięci amokiem myślenia, co jakiś tylko czas podnosząc głowę, aby zawołać smutno „Co my właściwie chcemy opowiedzieć??”.