Bohaterka epoki Trumpa ?

Jak zauważyła Maja Staniszewska w „Wysokich obcasach”, Chyłka to „zlepek najgorszych stereotypów o silnych kobietach”. Mecenas Chyłka jest bowiem zimna, wyrachowana i bezczelna (daleko w sercu kryje się rodzicowa trauma). I pije wódkę. Spędziłam z bohaterką zaledwie parędziesiąt minut i nie wiem, kim jest Chyłka według Remigiusza Mroza. Wiem jednak, że według TVNu to hybryda polskich lat 90’tych i epoki Trumpa. Continue reading “Bohaterka epoki Trumpa ?”

Homeland 4

Po finale trzeciego sezonu powrót wydawał się niemożliwy. A jednak wrócić się udało i to w znakomitym stylu (spoilery 🙂 ).

Akcja sezonu 4 rusza ok. pół roku po mrocznym finale poprzedniego. Carrie jest w Stanach, plącze się gdzieś między siedzibą CIA, a kołyską dziecka, którego za wszelką cenę próbuje unikać. Na jej szczęście jednak ojczyzna wzywa i Carrie ląduje w Islamabadzie.  A tu już zaczyna się tzw. prawdziwe życie, zasadzki, drony i wybuchy czyhające na każdym kroku.
Tym razem na celowniku CIA znajduje Haissam Haqqani i otaczająca go grupa terrorystów, jak się okazuje, dość mocno popierana przez pakistańskie siły polityczne, wojskowe, a także samą społeczność (pakistańskie władze wystosowały oficjalny protest do twórców serialu za tworzenie fałszywego obrazu kraju). I tak w ramach polowania na Haqqaniego mamy porwania, fałszywe romanse i kłamstwa, omyłkowe strzały z dronów i wszelką możliwą niewydolność amerykańskich służb specjalnych. Do tej niewydolności, upolitycznionych i moralnie wątpliwych działań przełożonych, zawodności technologii i informatorów zdążyliśmy się już przyzwyczaić przez poprzednie trzy serie. W czwartej ta niewydolność jest jednak eksplorowana coraz głębiej. Wszystkie normy i potęga USA, sypią się w obliczu jednostki, która działa inaczej niż powinna. Słabe ogniwo dość szybko poznaje widz, jednak wszechmocne CIA okazuje się w tym przypadku wyjątkowo bezradne. 
Wątki sensacyjne plotą się perfekcyjnie, „na zakładkę” mijamy kolejne katastrofy, żeby za chwilę trafić na kolejną minę. Nie dając widzowi ani chwili odpoczynku Homeland 4 staje się wzorcowym (może poza 24h) serialem z fabułą sensacyjną. Narracja, pozbawiona jarzma fatalnej romantycznej relacji Carrie i Brody’ego, jest prawdziwą perełką. Akcja trwa nieprzerwanie, co i rusz bombardując widza coraz gorszymi wydarzeniami, z których – wydawałoby się – nie ma już wyjścia. 
To, co znajduję w Homeland 4, zupełnie wyjątkowym to wątek macierzyństwa Carrie. Bohaterka, przyzwyczajona do balansowania na krawędzi życia i śmierci, życia, które wydała na świat nie chce i nie akceptuje. Mała ruda dziewczynka jest nie tylko przypomnieniem traumatycznego związku z Brody’m i jej własnej śmiertelności, ale przede wszystkim jest dla niej bytem nieznanym, niepotrzebnym i nieakceptowanym. Jednak z perspektywy amerykańskiego przedmieścia, gdzie wszystkie kobiety kochają dzieci, postawa dziewczyny, która od tej relacji woli strzelaniny na kabulskich ulicach jest zupełnie niezrozumiała. 
I nie chodzi tu nawet o negocjacje z „rolą matki” – niechęć Carrie to coś więcej niż odrzucenie społecznych zachowań postrzeganych jako opieka nad dzieckiem, to więcej niż tzw. baby blues. Bohaterka realizuje badinterowski „brak instynktu macierzyńskiego”, bo nie czuje względem córki nic poza ciężarem społecznych oczekiwań.  
Ten brak miłości wydaje się największym grzechem bohaterki. Jej bliscy nie rozumieją, dlaczego dziecka nie chce (siostra oskarżycielsko mówi: Nawet nie ma definicji tego, jak bardzo jest z tobą coś nie tak!). I widzom też zapewne łatwiej przychodzi akceptacja pozaprawnych działań Waltera White’a czy Tony’ego Soprano, niż Carrie – dziwnej i nienormalnej baby, która nie zachwyca się własnym niemowlęciem. Najmocniej Homeland 4 przekracza tabu, nie wtedy gdy terroryści palą amerykańską flagę albo gdy żona akceptuje samobójcze plany męża, ale gdy Carrie kąpie własne dziecko. Kąpie i podtapia. Przez długie, bardzo długie i ciągnące się sekundy widz patrzy z przerażeniem, jak Carrie bije się z myślami, co robić z duszącym się bobasem. Czy to forma testu dla jej psychiki? Dramatyczna próba obudzenia w sobie instynktu macierzyńskiego? Sama Carrie ma do siebie więcej pretensji o brak miłości do dziecka, niż o chybione strzelaniny z drona czy inne, okupione krwią postronnych osób, działania. Dlatego też z taką przyjemnością leci do Islamabadu, zostawiając za sobą najbardziej przerażającą istotę na ziemi – własną córkę.
Z rozczarowaniem przyjęłam więc finał sezonu – nagły przypływ uczuć rodzinnych głównej bohaterki to zaskakujący i nieumotywowany kierunek. Wprawdzie przyczynkiem staje się śmierć ojca, a nie uczucia macierzyńskie (chyba bardziej performowane niż autentyczne), ale to wciąż niezrozumiały kierunek. Pojawiająca się też znienacka postać matki, to zwrot w kierunku rozterek freudowskich, które nie są mocną stroną tego serialu. Na szczęście jednak, ostatnie sceny 12 odcinka dają już mocny asumpt do kolejnych perturbacji zawodowych Carrie Mathison, na które przyjdzie nam poczekać do jesieni tego roku.

Killing 3

Jak ideologia podgryzła znakomity tytuł.

Z dramatu w skali mikro przechodzimy do skali makro. W pierwszych dwóch seriach towarzyszyliśmy rodzinie rozbitej tragedią zaginionej nastolatki. W trzecim sezonie poznajemy dziesiątki nastolatków, których zaginięciem nikt się nie interesuje. Żyją na ulicach, ćpają, prostytuują się. Noclegi próbują zdobywać na loteriach w kościelnych przytułkach. Policja ponosi same porażki. W więzieniach ostatnie chwile ludzi skazanych na śmierć definiują psychopatyczni strażnicy, a większość mężczyzn to pedofile i zboczeńcy. Witajcie w Seattle.
Linden odeszła z policji. Mieszka na wyspie, pracuje w straży nabrzeżnej i punkt od 17 ma już czas wolny. Ma także chłopaka, który niewiele wie o jej dawnym życiu. To dawne życiu wróci do niej samo, za sprawą zbliżającej się egzekucji Raya Sewarda – mężczyzny, którego kilka lat wcześniej aresztowała za zabójstwo żony – Trishy Seward. Linden zacznie węszyć, a kiedy rozpocznie się śledztwo w sprawie podobnie okaleczonych i zamordowanych nastolatek – zacznie łączyć fakty i wróci do policji. 
Potem już mamy papierosy, deszcz, szaro-stalowe nieprzyjazne miasto i ludzi snujących się po nim bez celu. Tradycyjnie dostajemy fałszywe tropy i wpadamy w pułapki. Linden i Holder popełniają błąd za błędem, z których przestają być w stanie się wygrzebać. Akcja toczy się wartko, a rosnące wciąż napięcie nie daje chwili odpoczynku. Sam finał okazuje się rozczarowujący, morderca słabo i zbyt ideologicznie umotywowany. Moc trzeciej serii wygasa w dziesiątym odcinku. Być może półtoragodzinny odcinek to za mało na wprowadzenie, opisanie i wyjaśnienie całej zbrodni, która – jak wiemy – nie jest przypadkiem (jak w poprzedniej serii), ale metodycznie przeprowadzaną operacją.
znakomita rola Petera Sarsgaarda jako skazanego na śmierć
Killing zdejmuje z rzeczywistości całuny jej ucywilizowania. Przypomina, że każdy dba o własny interes, że ludzie to drapieżne kreatury, a miasto jest dżunglą, w której prędzej można się zgubić niż uciec przed zagrożeniem. Odczarowuje świat unijnych norm, dzieci leczonych z ADHD i hipsterskich rozterek z Nowego Jorku. Uderza portretem uprocesowienia i akceptacji zła. Szlajające się po ulicach dzieci nie robią już na nikim wrażenia. Kara śmierci obarczona dziesiątkami korporacyjnych procesów. Nocleg dla bezdomnego  może zostać wylosowany w uprzedmiotawiającej loterii.
Oglądając trzeci sezon Killing wkraczamy w rzeczywistość, w której na nic nie można liczyć i nie ma nikogo, kogo można jeszcze poprosić o pomoc. Wszystkie instytucje zaufania publicznego zostały rozsadzone od środka. Porażkę ponosi także rodzina jako podstawowa instytucja mająca zapewnić bezpieczeństwo i spokój. Nikt tu nie ma normalnej rodziny. Nikt nie ma nawet wizji, jak normalna rodzina mogłaby wyglądać. Wszyscy są pokiereszowani i tylko takich pokiereszowanych świat rozbitych norm może przyjąć. Nie działa system publiczny, nie działa rodzina. Jeżeli przez chwilę działał system kościelny (Latarnia była jedynym miejscem łączącym dzieci z systemem), został rozbity.
W otchłani tej turpistycznej beznadziei jedynym jasnym punktem staje się relacja Linden i Holdera, którzy są jeszcze w stanie okazać sobie odrobinę ciepła. Ich szorstka, lecz jednocześnie pełna czułości i tkliwości relacja staje się bardziej dojrzała, staje się współodpowiedzialna za drugą osobę. Jest także jedynym definiującym ich „stan osobisty” związkiem. Wprawdzie na początku widzimy Linden z chłopakiem, a potem Holdera z dziewczyną, ale są to relacje bezbarwne i nie wprowadzające żadnej energii do opowieści.
Killing 3 komentuje także kryzys – obarczając władze o wszelką winę, zaniedbanie i fałszywość systemu, który zamiast pomagać szkodzi, a w dodatku generuje kolejne zło (pracownik opieki społecznej wykorzystujący podopiecznego). Kilka razy słyszymy “system nie działa”, “w ostatnich latach zamknięto kilka klinik całodobowych” – w domyśle więc za decyzje oficjeli płacą najsłabsi. Zawodzą wszyscy. Życie seattle’owskiej młodzieży przywodzi skojarzenia z berlińskimi Dziećmi z Dworca ZOO. Tylko że tamta historia działa się 40 lat temu. Zanim USA i Unia Europejska zaczęły rozważać zakaz sprzedaży dużych napojów gazowanych i cienkich papierosów ze względu na ich wysoką szkodliwość społeczną.

Trzeci sezon niebezpiecznie skręcił w stronę potwierdzania zbrodni ideologią. Winny zbrodni jest system. W poprzednich dwóch sezonach winny zbrodni był przypadek, ludzki błąd, egoizm, abstrakcyjnie pojmowana wina. Wina, która może dotknąć każdego i niszczy wszystko dookoła. Zło przyszło znikąd, ale zadomowiło się i zostało. W trzecim sezonie zło się racjonalizuje, uzasadnia, wskazuje winnego – normatywność – jako siedlisko zła, nikczemności i obłudy. W brudnych, wytatuowanych dzieciach widzimy więcej dobra niż w WASPach* – akceptowanych, dobrze wychowanych i ubranych. Trochę szkoda, ze opowieść posługuje się chwilami tak nachalną retoryką, która momentami staje się zwyczajnym nagabywaniem. 
* symbolem tego WASPowania staje się np. ubranie – Holder w eleganckim płaszczu idiocieje, kiedy wraca do bluzy z kapturem od razu zachowuje się normalnie. Nawet wąsato dowcipny Reddick staje się sensowniejszy, kiedy zdejmuje krawat

Top of the lake

Po wielu tygodniach od finału, kiedy wszystkie emocje już zdążyły się osadzić na miejscu, mogę samej sobie potwierdzić pierwsze wrażenie – nie podobało mi się.

Opowieść jest prosta. Małe miasteczko i jego tajemnice. Do tajemnic docieramy poprzez historię dwunastoletniej, zaginionej dziewczynki -Tui. Dziewczynka jest w ciąży, czyli oprócz rozwikłania zaginięci przed lokalną policję stoi odpowiedź na  pytanie, kto jest ojcem. Śledztwem zajmuje się młoda policjantka – Robin Griffin, która do Laketop przyjechała z powodu chorującej na raka matki. Samo zaginięcie dziewczynki jest jedynie pretekstem do spojrzenia na niewielkie nowozelandzkie miasteczko i losy jego mieszkańców. Na opieszałą policję, rodziców pracujących przy produkcji narkotyków, na trudną młodzież o czystych sercach. I na poturbowane przez życie kobiety żyjące w komunie Paradise.
Dużą bolączką Top of the lake jest nieudolnie prowadzony wątek kryminalny. Rozsypujące się wątki przyczynowo-skutkowe, brak stopniowanego napięcia. Campion częściowo świadomie odżegnuje się od narracji kryminalnej: poroże jelenia wskazujące na sprawcę pojawia się już w czołówce (bardzo ładnej) serialu, potem w jednym z wczesnych odcinków, ale policjantka znajduje sprawcę dopiero w finale. Pozostaje zatem pytanie po co tak dużo uwagi poświęcono nie działającemu śledztwu, mówieniu o konieczności poszukiwania Tui czy poddawaniu fałszywych tropów. Można było spokojnie zająć się jedynie portretowaniem zboczeństw lokalnych mieszkańców, bez nieporadnego błądzenia między kryminałem, opowieściami o dojrzewaniu, kobiecości i small town secrets.
Campion odwraca się od estetyki serialu kryminalnego tworząc główną bohaterkę. Zazwyczaj główni bohaterowi – policjanci, detektywi – są (na ile to możliwe) przezroczyści. Są zmęczeni i zaangażowani w pracę, zazwyczaj dodaje się do tego trochę osobistych historii, które dodają nieco zmęczenia i bruzd na twarzy, ale nie przyciągają za bardzo uwagi widza. Tutaj jest inaczej. Główna bohaterka co chwilę rzuca się widzowi prosto na talerz – nagim ciałem, emocjami wywalonymi na zewnątrz czy ogólnie pojmowanym  całościowym jestestwem, które mnie akurat wyjątkowo irytowało. Choć uwielbiam Elisabeth Moss w Mad Menach, tak absolutnie nie mogłam jej znieść w Top od the lake.
Campion dzierga tę opowieść zbyt grubymi nićmi. Opozycje, jakie buduje są tak wyraziste i oczywiste, że ciężko absorbować historię bez dystansu lub nawet irytacji. Kobiety: otwarte na świat, krążą po ziemi z rozpuszczonymi dziko włosami i pacyfizmem w oczach. Mężczyźni: biorą narkotyki, hałasują i jeżdżą motorami. Dorośli są zepsuci, moralnie skarlali, emocjonalnie upośledzeni. Młodzież – czysta, pomimo „grzechów”, które zarzucają im dorośli, mają dobre intencje i kierują się Wartościami. Campion posługuje się więc banałami nie dając widzowi szansy na myślenie, bądź własne interpretacje – gotowe wnioski zapisała na ekranie. 
W Miasteczku Twin Peaks, do którego Campion częściowo próbuje dosięgnąć, dziwacta były intrygujące lub rozbijające spoistość normatywną, tworzące nową jakość. Top of the lakenie jest niczym poza pustą formą  pełną utartych i przewidywalnych znaczeń. Kobieca przestrzeń? Paradise i kobiety (w różnym wieku) kąpiące się nago. Ich przewodniczka (Holly Hunter), poza wiekiem i częściowo poza płcią (ciałem), mówi na wdechu irytujące frazesy pokroju „wczuj się w swoje ciało, jest inteligentne”, „musisz cierpieć, kiedy dotrzesz do dna, odbijesz się”, „wyłącz mózg, włącz ciało”. Dalsze klisze: młoda policjantka, skonfliktowana z własną przeszłością, walczy z wiatrakami (złymi mężczyznami dzierżącymi władzę w instytucji, do której przynależą), ratuje ofiarę przemocy, tak naprawdę walcząc o oczyszczenie własnej przeszłości z zalegających tam niewyjaśnionych brudów. 
Wszystko więc już widzieliśmy, jeżeli dodamy do tego brak emocji kryminalnych, to otrzymujemy smętną i dość banalną opowieść o poszukiwaniu prawdy z dość irytującą główną bohaterką na czele. Nastój Top of the lake jest dość udany, muzyka i zdjęcia fenomenalnych i niepocztówkowych plenerów robią duże wrażenie, ale niestety niewiele więcej. Obietnica Campion-Hunter tym razem nie została spełniona.

The fall


I gdyby nie jej zmartwiała mina byłoby naprawdę bardzo dobrze. Zastygła w grymasie nie-wiem-co-dalej-grać Gillian Anderson to jedyna kruchość nastrojowego The Fall – pięcioodcinkowego serialu kryminalnego BBC Two i RTE One. 

Od początku wiadomo wszystko. Kto zabił. Lub raczej – zabija. Znamy i oglądamy sprawcę (Jamie Dornan). Z drugiej strony obserwujemy działania policji. Rozbitej na dwa fronty. Jeden – reprezentowany przez komisarz Gibson (Gillian Anderson) – oddany rozwikłaniu sprawy, drugi – uosobiony przez komendanta głównego – uwikłany w polityczne rozgrywki. Ta trójdzielna nić prowadzi widza od pierwszych chwil serialu aż do finału – co warto podkreślić – otwartego.
Z trzech opowieści najciekawsza i najbardziej przykuwająca uwagę jest historia zbrodniarza. Trzydziestokilkuletni Paul zakrada się do domów samotnych kobiet – przeszukuje szuflady z bielizną, odcina kokardki ze staników, kradnie zdjęcia, dotyka najintymniejszych przedmiotów. Potem znika, aby powrócić drugi i ostatni raz. Za dnia to „normalny” mężczyzna. Odbiera dzieci z przedszkola, kocha się z żoną, nudzi się w pracy. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Może poza napięciem, które stale od niego emanuje. Połączone z dziwną nieobecnością. Nawet dzieci, które zapewne kocha, pozostają gdzieś obok. Gdzieś, dokąd dostęp otrzymują jedynie ofiary – na kilka chwil przed śmiercią. Bo morduje je bez kominiarki. Patrząc prosto w oczy.
Ponieważ zapewne śledztwo nie byłoby dla (posiadającego wszelką wiedzę) widza wystarczająco atrakcyjne uwagę skupiono na drobnych elementach szukania sprawcy. Przyglądamy się angażowaniu kolejnych jednostek policji, wprowadzaniu na miejsce zbrodni ludzi w specjalnych kombinezonach, zdejmowaniu pyłków z ubrań. Brak tu sensacyjnej zabawy w pościg i coraz ciaśniej zapętlające się ścieżki zdarzeń. Opowieść pozostaje w klimacie kontemplującym dokonane wydarzenia.
Wątek politycznego zapętlenia okazał się zupełną pomyłką. Niewiele z niego wynika, poza oczywistymi stwierdzeniami, że policja uwikłana jest w politykę, polityka miesza się z kryminałem, a kryminał rozlewa się po mieście. Szkoda także, że postać komisarz Gibson jest tak bardzo enigmatyczna. Nie tajemnicza, ale zwyczajnie nieinteresująca. Doskonale rozumiem, że jest jedynie soczewką przez którą spoglądamy na świat przedstawiony (warto dodać, że została specjalnie wezwana do Belfastu w sprawie omawianego seryjnego zabójcy), pozostaje więc konsekwentnie nijaka, ubrana w nienagannie białe koszule i niewielkie obcasy, ale to jednak za mało jak na bohaterkę przewodnią opowieści kryminalnej. Akuratna, adekwatna i nudna. Nie wojowniczka, ale urzędniczka.
I wszystko w zasadzie toczy się znakomicie, bardzo nastrojowo, choć za pomocą dość prostych metod. Widz wie wszystko, policja brodzi po omacku. Twórcy bardzo chętnie kontrastują ze sobą wydarzenia, zachowania postaci czy nawet wypowiedzi. Przykładem jest powtarzana fraza “moja córeczka” – przez matkę nowonarodzonego dziecka i ojca dokonującego właśnie identyfikacji zwłok. Wiele razy powtarza się także mycie twarzy i spojrzenie do lustra – robi to komisarz Gibson, Paul i jego ofiary – widz nie jest pewien, w którym momencie kobieta, oprócz swojego odbicia, zobaczy w lustrze psychopatę. 
Już w pierwszych sekwencjach pojawia się zbrodnia – jednocześnie zza kadru słychać opis poprzedniego mordu. Dzięki temu widz bardzo szybko identyfikuje sprawcę, winę i wie, że właśnie poznał przyszłą ofiarę.
Niestety dość topornie wprowadzony został wątek ideologiczny prowadzonych zbrodni. W trzecim odcinku komisarz Gibson przestrzega policjantów, że nie interesuje jej ocena zachowań ofiar tylko fakty, zwraca uwagę na krzywdzący kobiety język, jakim posługuje się rzeczniczka prasowa policji. Podkreśla kilkukrotnie, że wszystkie ofiary były niewinne i pyta retorycznie czy „czy byłyby mniej niewinne gdyby wracały do domu w nocy pijane w miniówkach”. Do tego punktuje przytyki do kobiet na wysokich stanowiskach oraz bez cienia emocji odnosi się do swoich jednonocnych przygód erotycznych. 
Trudno się nie zgodzić, niemniej jednak stwierdzenia „pro-kobiece” są wypowiedziane w zaskakująco oklepanej formie. Do tego dodajmy (znowu skontrastowane) figury bohaterek – ofiarami są trzydziestoletnie samotne, dobrze wykształcone i zarabiające kobiety, a trzy główne pracowniczki policji reprezentują wielość kobiecych wyborów: Gibson – samotna, ukierunkowana na rozwój; Ferrington – lesbijka i pani patolog – matka dwójki dzieci. Mamy więc pełny przekrój kobiecego losu. W tym tyglu dostajemy nawet pytanie o przyszłość. Gibson pyta panią patolog – co powiesz córkom, jak je ustrzeżesz przed takimi zdarzeniami? W odpowiedzi słyszy – powiem im, aby nie rozmawiały z nieznajomymi – co oczywiście brzmi jak żart, bo żadna z ofiar w The Fall z oprawcą słowa zamieniać nie musiała, aby skończyć w kostnicy.
Trochę to wszystko toporne, niemniej jednak nieczęsto w serialach kryminalnych, zdominowanych fabularnie przez męskich bohaterów pojawiają się podobne wątki i retoryka. Choć słowa, które wypowiada komisarz Gibson brzmią jak alfabet życia społecznego, to nie zdarza się często taki alfabet usłyszeć w podobnej produkcji. I za to oklaski dla twórców.
Jedyne istotne rozczarowanie pojawia się na końcu. Po narastającym napięciu i nastroju całej opowieści, w ostatnim odcinku pojawia się retardacja. Finał czwartego odcinka doprowadza widza do szczytu  emocji, w piątej części wszystko przygasa. Choć wszystko wydaje się oczywiste, a historia w naturalny sposób powinna się domknąć – nic się nie udaje. Wracamy do punktu wyjścia. Jeżeli na tym samym wątku zostanie osadzony drugi sezon (a ten został już potwierdzony), to ciężko będzie ustrzec się przed wtórnością i odgrzewaniem tych samych schematów. Na razie jednak można cieszyć się bardzo rzetelnie opowieścią, z bogactwem lokalnego środowiska i angażującym, lecz nie nachalnym nastrojem chłodnego Belfastu.

Hit and Miss


Wiele było już filmów o duszach zagubionych w niewłaściwych ciałach. O upokorzeniach, niemożliwości ucieczki, konfuzjach społecznych i porażkach osobistych. W Hit&Miss, 6odcinkowej historii o transseksualnym ojcu, wydaje się, że mamy nieco inną opowieść.

Samochód, człowiek. Strzał. Trup. Kobieta w samochodzie poprawia szminkę. To nie będzie łagodna opowieść. Raczej „tough story about life”. Trochę po męsku. Już w trzeciej minucie, niezwykle profesjonalna Mia (błyskawicznie zmienia tablice rejestracyjne swojego samochodu) ucieleśniana przez fascynującą Chloé Sevigny, ukazuje się nam w pełnej krasie, tj. z penisem. Bo Mia jest transseksualna.

Dalej będzie też bez tkliwości – trochę strzałów, sporo krwi, nieco seksu i wulgaryzmów. Ot, życiowa opowieść. I sporo przejażdżek samochodowych z papierosem w ustach.
Mia jest płatną zabójczynią. Co jakiś czas, od sympatycznie wyglądającego szefa, Eddie’go, dostaje teczkę a w niej informacje o przyszłym denacie. Pewnego dnia, dociera do niej wiadomość, że jej dawna partnerka nie żyje, a ona powinna zająć się swoim synem. Poczętym, gdy Mia jeszcze była Ryanem.

Mia dociera do domu byłej przyjaciółki i zastaje tam nie tylko swojego synka, ale i trójkę jego rodzeństwa, zadłużoną hipotekę, wszechpanujący bałagan i rozkład.  Dość szybko wchodzi w ten układ, ale na swoich zasadach. Ciągle znika bez śladu, nieszczególnie interesuje się tym, co dzieci jedzą, czy chodzą do szkoły. Nie opowiada się kiedy i czy wróci. Mia klei swoją patchworkową rodzinę mając podwójną moc i uosabiając nieomal to, co najlepsze w obu płciach. Stara się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo i opiekę, choć tę ostatnią także z potknięciami. Kto stanie na jej drodze zostanie unicestwiony albo zassany w wielki, samonapędzający się byt zwany rodziną. Posklejaną i pełną dziwactw. 
Nowy dom Mii, jest zniszczony i niezadbany, po podwórku ganiają kury, na ganku suszy się pranie, a nieopodal w błocie tarzają się prosięta. Dzieci noszą dziwne i niejakościowe ubrania (jakże kontrastujące z garderobą nowej opiekunki) i nawet pogoda (zwłaszcza na początku) okazuje się niewdzięczna – jest szaro, buro i ponuro. Mia na tym smutnym, normatywnym tle rozkwita. Zawsze fenomenalnie ubrana, z perfekcyjnie ułożonymi włosami, pomalowanymi paznokciami, atrakcyjna, w pełni kobiecego rynsztunku. 200% cukru w cukrze. Bez krzty toporności. To wszystko okraszone lekko melancholijnym spojrzeniem Sevigny znad dymiącego papierosa.
Hit&Miss finalnie skręca w kierunku opowieści o tym, że rodzina to nie więzy krwi, że wszystko można posklejać i wzajemnie pomóc sobie w codziennych udręczeniach. Niestety Mia trochę za bardzo się rozmywa – im więcej czasu spędza budując dom, tym trudniej wykonywać jej pracę.
Chciałaby wycofać się z „interesu”, ale wie, że nie ma co ze sobą zrobić (podkreśla, że społecznie nie istnieje, nie może nawet zakupić domu na własne nazwisko), ale ten konflikt także nie buduje napięcia. Im dalej idziemy, tym sprawy zdają się bardziej klarować. W ogóle nie jest także zarysowany problem operacji, która z przyczyn finansowych odpływa w nieokreśloną przyszłość. W połączeniu z agresją do samej siebie (opluwanie odbicia w lustrze, bicie genitaliów) zdaje się to lekko niekonsekwentne. 
Inność głównej bohaterki nie wychodzi także poza mury odseparowanego domu i ludzi z nim związanych. To niezbyt logiczne, bo o nieokreślonej tożsamości Mii dowiadują się osoby postronne (znajomi dzieci) – jakim więc sposobem ta informacja nie dociera do wsi? Rozumiem, że brytyjska wieś to nie to samo, co polska, gdzie obecność takiego DZIWAKA podgrzałaby atmosferę, no ale mimo wszystko czy jest aż tak postępowa, że „trans” już nie robi wrażenia?
Opowieść pod koniec zwalnia i łagodnieje, ale ponieważ serial ma tylko 6 odcinków, historia Mii zamyka się dość zgrabnie. Hit&Miss balansuje między surową historią kryminalną, genderowymi (choć niezbyt odkrywczymi) refleksjami i perypetiami osobistymi bohaterów, dzięki czemu fabuła pozostaje cały czas zróżnicowana i zaskakująca. Jednosezonową produkcję SkyAtlantic, na pewno warto obejrzeć – dla historii opowiedzianej bez uciekania się do kampu, dla Sevigny i dla Sevigny z penisem (na który bardzo narzekała, określając go jako niewygodny). W lutowym numerze Cahiers du cinéma opublikowano dość potężny wywiad z aktorką, w którym narzeka trochę na odrzucenie przez kino. Jeżeli to odrzucenie będzie skutkować takimi wyborami jak Hit&Miss, możemy się tylko cieszyć. 

Homeland


Jeśli ktoś jeszcze nie widział – spoilery 🙂

Niby wszystko w porządku, a jednak formuła jakby się wypaliła. Od pierwszego sezonu Homeland trudno było się oderwać, każdy odcinek przynosił nowe, zaskakujące rozwiązania i zmiany. W drugim twórcy grają tym wszystkim, co stworzyli wcześniej. Nie dostajemy nic nowego, jedyne zaskoczenie, to pogłębiające się absurdy fabularne, w które nawet oddani widzowie przestają chyba już wierzyć…
Po Wielkim Finale pierwszego sezonu (wydalona z pracy Carrie ląduje w szpitalu psychiatrycznym na leczeniu elektrowstrząsami), drugi rozpoczynamy od krótkiego wglądu w nowe życie bohaterki. Carrie uczy w szkole dla imigrantów, dba o siebie, ogranicza stres. Potem jednak staje twarzą w twarz z wyznaniem „Carrie, we need you” i w ciągu kilku minut znowu ląduje w terenie biegając za cieniem śladu Abu Nazira. Dalej absurdy mnożą się w tempie geometrycznym – kolejne niesubordynacje Carrie, które stają się raczej irytujące niż odważne, aresztowanie Brody’ego i jego gra na dwa fronty, objawiające się znikąd helikoptery, niewidzialni ludzie w tunelach, łamanie karku podczas pogawędki z żoną przez telefon, porwanie Carrie, kolejne pełne namiętności ucieczki kochanków czy kret-agent wewnątrz agentury wysłany przez agenta celem zabicia agenta. 
To, co najbardziej uderza to brak nowych danych o bohaterach. Nie dowiadujemy się już właściwie niczego, czego do tej pory nie wiedzieliśmy. Tak ciekawie budowana postać Brody’ego – pełna ambiwalencji i nieoczywistych motywacji – w drugiej serii nagle się wyjaśnia. Nie ma już żołnierza borykającego się z traumami wojny, nie ma męża niepotrafiącego wpasować się w codzienność – cała warstwa powszedniego udawania zostaje anulowana. Wzmocniony wątek romansowy klaruje relacje między głównymi bohaterami, ale w niekonsekwentny sposób, bo dlaczego Carrie reaguje tak nerwowo na myśl, że to Brody odpowiedzialny jest za finałową bombę, skoro jest w pełni świadoma jego winy w śmierci wiceprezydenta?
Uczucie Carrie i Brody’ego z niezdefiniowanej do końca fascynacji ewoluuje w kierunku pełnej oddania, oczywistej miłości. Miłości, która to ratuje życie Brody’emu (agent, który go oszczędza twierdząc, że to „zniszczyłoby Carrie”) i nadaje sens życiu Carrie. Są związkiem niekontrolowanym, po przejściach, pełnym pasji i namiętności – dla kontrastu mamy też Mike’a i Jessicę – porządnych, osadzonych w codzienności i powinnościach. 

Trochę nazbyt oczywista wydaje mi się także finałowa równoległość zdarzeń. Pogrzeb Waldena – pogrzeb Abu Nazira. Pierwszy w otoczeniu dwóch setek eleganckich gości, kwiatów i pochwalnych słów. Drugi – w zawstydzeniu, na statku, w towarzystwie jednego kapłana i państwowych oficjeli. I bez miejsca pochówku (ciało zostaje zrzucone do wody). Dwóch ludzi, dwie figury, dwie różne drogi – no właśnie – czy różne (do tego niezwykłego pytania prowadzą widza twórcy)? Bo wiemy przecież o umowach na sprzedaż rakiet dla Izraela, wiemy o zgniliźnie moralnej domu Waldenów, która z kolei kontrastowana jest z prostotą emocjonalną żony Brody’ego – uwypukla się to szczególnie w momencie tuszowania wypadku spowodowanego przez syna Waldenów – córka i żona Brody’ego chcą się zgłosić na policję i oczyścić sumienie. Waldenowie płacą rodzinie ofiary i zapominają o wszystkim. 
Mamy więc ciągłe kontrasty, odbicia i proste odniesienia. Aby widz spokojny, porównanie dostaje na talerzu.
rozmowa Carrie i Abu Nazira uderza dosłownością i prostotą przekazu “wy walczycie dla pieniędzy, my dla idei”
 
W zetknięciu z ciekawym i stonowanym Wrogiem numer jeden Kathryn Bigelow (porównanie fabularnie uzasadnione) druga seria Homeland wydaje się irytującą opowiastką, z banalnie stopniowanym napięciem czy hiperbolizacją prowadzącą do zupełnie bezsensownych konsekwencji (finałowa ucieczka Brody’ego). 
Cały czas oglądamy ciekawą emanację strachów USA, ale druga seria Homeland wygląda niestety już jak gra komputerowa z prostymi manewrami a nie rozgrywka interesów realnych ludzi, którzy mogą zrujnować życie innych ludzi, co tak znakomicie prowadzone było w pierwszej serii. I jedyne co w całej tej opowieści jeszcze choć trochę porusza to zwijający się z nerwów i opresji Brody. Nieznacząca jednostka, która przegrywa w starciu z interesami korporacji i ideologii. Żołnierz, który nikogo nie interesuje, z wyjątkiem zysku, jaki może wygenerować. 

Krew z krwi


Jest rodzina. Ani duża ani mała – przeciętna. Jest ślub, są przyjaciele. Są też dziwne rozmowy, biznesy. A potem kilka strzałów na podwórku i śmierć.

 Nowy Rok otwieram notką  z Dawno Zaległych Zaległości. Polskich (oczywiście na ile remake holenderskiej Penozy możemy nazwać polskim; warto wspomnieć, że w marcu ABC rozpocznie emisję serialu Red Widow na podstawie tego samego formatu) zaległości. Krew z krwi. Serial  rzetelny i poprawny. A momentami naprawdę przykuwający do ekranu. 
Ogląda się bardzo dobrze. Zgodnie z zasadami serialowego rzemiosła mamy tu skontrastowane postaci, zawiłą opowieść, znakomitą ilość cliffhangerów, a także wzmagający emocje montaż równoległy. Opowieść zaczyna się ślubem (ach ten Ojciec chrzestny), kończy pogrzebem – pięknie i klasycznie. Dalej jest miłość, śmierć, RODZINA, odpowiedzialność i nieomal szekspirowskie konflikty. Do tego dodajemy zacną obsadę, z niezłomną Agatą Kuleszą na czele, odmienionym Aleksandrem Domogarowem i dramatycznym Jerzym Grałkiem i mamy serial sensacyjno-kryminalny.
Jest rodzina, mąż umoczony w brudne interesy, a potem jego śmierć. Śmierć, która zmienia wszystko, a przede wszystkim status społeczny małżonki. Główna bohaterka, Carmen, przejmuje po denacie angaż w załatwianiu transportów narkotykowych (pracował z jej bratem Wiktorem i przyjacielem Stefanem) i robi to zaskakująco skutecznie. Jako kobieta szczególnie nie cierpi. Bardzo szybko wyrzuca ubrania po mężu („nie ma sensu ich trzymać”), nie nosi się na czarno, w ogóle wydaje się, że niewiele się zmieniło.
Carmen dzielnie i dziarsko bierze się do pracy. Trudno uwierzyć, że do tej pory była bierną towarzyszką męża. Przejmuje kontrolę nad mafijnymi interesami rodziny – robi to skutecznie, konsekwentnie i precyzyjnie. Jej determinacja i skuteczność pozwalają myśleć, że już wcześniej pomagała mężowi. Bo wiemy, że o wszystkim wiedziała – w pewnym momencie oświadczyła nawet mężowi, że go zostawi, jeżeli nie zrezygnuje z “tego interesu”.
Carmen poznajemy prawdopodobnie w najgorszym momencie jej dotychczasowego życia. Traci ukochanego męża, zostaje sama z trójką dzieci, domem na utrzymaniu, uciążliwą policją i dziwnymi sprawami, których jeszcze nie rozumie. Pomimo tak oczywistego osłabienia – nie załamuje się i staje się silniejsza niż kiedykolwiek. Niestety, pomimo dużych możliwości – Krew z krwi nie daje zbyt pogłębionego spojrzenia na bohaterkę. Nacisk położony jest na akcję, fabularne zakręty i napięcia.
Nie widzimy załamania Carmen, nie widzimy, aby pogodzenie się ze śmiercią Marka było jakimkolwiek problemem. Zostaje nieomal od razu przyjęta i zassana w codzienność. Carmen, po raz pierwszy w życiu, zyskuje władzę i kontrolę, co najwyraźniej bardziej się jej podoba niż opłakiwanie męża. Zmienia status: z obserwatorki staje się uczestniczką zdarzeń, a potem ich reżyserką. Śmierć przebija szklany sufit, którego być może sama nigdy nie próbowała nawet naruszyć. Teraz jednak staje się żywicielką, jedyną opiekunką, bizneswoman.
Bohaterka cały czas jest gdzieś pomiędzy, gdzieś nigdzie – ani wdowa ani gangsterka/przemytniczka/mafiosa granda. Właściwie jest cały czas taka sama – tak samo jogginguje, tak samo się ubiera, tak samo woła gromkie CZEŚĆ u progu domu i zachowuje uśmiech na ustach. Trochę brakuje mi jakiegoś spowolnienia, poważniejszego przyjrzenia się bohaterce. Bo nie ma też tu subwersji i zaskoczenia – a przecież wzorców serialowych o gospodyniach domowych wyłamujących się z codziennego kieratu nie brakuje.
To, co kuleje, to przede wszystkim dialogi, czasem „zbyt filmowe” i zwyczajnie sztuczne. „Skrzywdziłeś moją małą siostrzyczkę”, „Jak cie zapytają o nas, o rodzinę, to nic im nie mów. To nasze sprawy. Rodziny” czy wykrzyczane teatralnym głosem Jerzego Grałka „nienawidzę cię, niszczysz wszystko co piękne i dobre w moim życiu”, „wolałbym umrzeć niż do ciebie wrócić”. 
Do tego możemy dodać jeszcze kilka przegięć, jak np. absurdalnie przerysowana nowa dziewczyna seniora rodu (24letnia blondyneczka z dwoma kucykami), przestylizowane i sztuczne sceny walk czy czytający komiksy policjant w psującym się samochodzie (z termosem i kanapką). Są też jakieś naiwności fabularne – aby otworzyć zawartość pendrive’a, syn Carmen ściąga odcisk palca ojca z książki, którą onegdaj czytał. 
Innym kwasem, nieco obrażającym już inteligencję widza,  jest nachalnie śpiewana i powtarzana Autobiografia (trójka „złamanych” przyjaciół: Marek, Wiktor, Stefan). Naprawdę wystarczyłoby raz. Nie trzeba kilka razy nucić „było nas trzech, w każdym z nas inna krew”, aby zilustrować historię trójki przyjaciół (Marek, Wiktor, Stefan), których splątane kryminałem losy kończą się nieszczęśliwie.
I na koniec genderowy żarcik:

Pięć dni: Zniknięcie.


Jest człowiek. I nie ma człowieka.

Kilka chwil. Właśnie tyle czasu oddziela normalną rzeczywistość od jej rozpadu. Od wypadku, śmierci, zniknięcia. Kilka chwil uświadamiających, że „takie” rzeczy naprawdę się dzieją. Życie Matta Wellingsa – trenera fitness, męża i ojca – ze spokojnej i przewidywalnej egzystencji, w ciągu kilku chwil zmieniło się w koszmar niewiedzy, publicznej oceny i oczekiwania nie do końca wiadomo na co. 
Młoda Lyanne jedzie z dziećmi do dziadka. Zatrzymuje samochód, aby kupić kwiatki u przydrożnego sprzedawcy. Dzieci zostają w aucie. Podjeżdża ciężarówka. Lyanne znika. Dzieci bezradnie szukają matki. A potem próbują wrócić do domu. Kiedy nieznany kierowca, podający się za znajomego rodziców, oferuje im transport do domu – wsiadają. 
I teraz zniknęła już cała trójka.
intensywne śledztwo trwa
Serial produkcji BBC i HBO obiecuje bardzo dużo – samo połączenie tych stacji powinno być gwarantem sukcesu. Potem możemy dodać do tego zacną brytyjską obsadę (Bonneville, McTeer, Wilton, Woodward) i… zupełnie nic z tych oczekiwań się nie realizuje.
Pięć dni znakomicie się rozpoczyna, pierwszy odcinek wciąga. Niestety opowieść bardzo szybko zaczyna się łamać, pojawiają się niejasne i nielogiczne wątki. Większy nacisk położono na obserwację konsekwencji wydarzeń w mikro i makrorzeczywistości niż próbie wyjaśnienia samego zniknięcia. Przez znakomitą większość czasu widz wie zdecydowanie więcej niż  bohaterowie, co z jednej strony jest naturalnie angażujące, ale z biegiem czasu nieudolność prowadzonego śledztwa zaczyna irytować, a wiedza własna widza zdaje się do niczego niepotrzebna. 
Poprzez wątek kryminalny twórcy postanowili poruszyć chyba wszystkie problemy współczesności, na jakie wpadli podczas scenariuszowego briefingu. Dostajemy tu bowiem rasizm, starość, choroby, tabloidyzację mediów, biurokratyzm, atomizację jednostek, niestałość związków a nawet nastoletni bunt. Natłok tematów rozmywa najważniejszy wątek. Mnożą się postacie, w dodatku zazwyczaj bardzo nieudolnie wprowadzane, więc chwilami trudno w ogóle się zorientować o kim mowa lub jaki cel przyświeca obecności danego bohatera. Twórcy poświęcają sporo uwagi wątkom towarzyszącym (bardzo długie sceny z imprezy pożegnalnej detektyw Foster), w nielogiczny sposób z pobocznych postaci robią głównych bohaterów, nie uzasadniając ich obecności (szukająca męża Sarah) czy po prostu nie tłumaczą historii, które pojawiają się na ekranie – relacja Foster i Barclay’a czy przygody rzeczniczki prasowej i jej dziwnych współlokatorów. Do tego jeszcze należy dodać „złe media” dręczące biedną rodzinę Lyanne i mamy kompletny obraz Pięciu Dni.
Matt i Sarah
Najsłabszym i najmniej przekonującym elementem serialu jest konsekwentnie zły wizerunek mediów. Dziennikarze są po prostu ŹLI. Młodzi – okrutni i pozbawieni jakichkolwiek zasad etycznych,  starzy – cyniczni i w dodatku odpychająco szpetni. Jedną z mocniejszych i bardziej udanych scen jest konferencja prasowa, w której uczestniczą mąż i matka zaginionej Lyanne. Konferencja zorganizowana przez biuro prasowe policji DLA dziennikarzy, aby ci ich „nie zjedli” za opieszałość i bezskuteczne działania. Dla wszystkich obecnych, z wyłączeniem rodziny, zaginiona Lyanne jest smakowitym kąskiem, który wyszarpując sobie nawzajem można coś dla siebie zyskać.
W Zniknięciu zgrabnie pokazano osamotnienie i bezradność rodziny, czekającej na każdą, nawet najdrobniejszą informację mogącą rozwikłać tragiczne wydarzenie. Ciekawa była też zmiana paradygmatu serialowego policjanta – z gotowego na wszelkie poświęcenie dla Sprawy oficera, na lekko znużonego, rozbawionego rzeczywistością pracownika policji. Policjanci sami nie wyjaśniają w zasadzie niczego, rozwiązanie staje się kwestią przypadku. Więcej energii poświęcają budowie medialnego wizerunku policji niż rozwikłaniu problemu. 
policjanci się bawią
Gdyby założyć, że całe to rozedrganie, lekka histeryczność i zupełny rozpad narracji są celowe, to można by nawet stwierdzić, że to znakomity serial. Niestety, podobną opowieść – o rozbijającej codzienność tragedii i niemożliwości śledztwa widzieliśmy już w Killing, gdzie zrealizowane zostało na najwyższym poziomie, 
Pięć dni: Zniknięcie czerpie zarówno z tradycji seriali kryminalnych jak i obyczajowych. Trudno powiedzieć, co przeważa szalę. Jako kryminał jest marny, jako krótka historia rodzinnego dramatu – niezły, choć tendencyjny. Opowiada nie o śledztwie, nie o potyczkach dzielnych policjantów, ale o powszedniości nieszczęścia. O tragedii spadającej znienacka i niszczącej wszystko dookoła. O rodzinie, która się rozpada, policji, która zwyczajnie nie wie, co robić i przypadkowych osobach próbujących wygrać własne cele przy okazji cudzych nieszczęść. Pięć odcinków obejrzałam bez większych oporów, drugiej serii jeszcze nie widziałam.

Paradoks


Taki suchar, że aż zapiekanka.

Młoda pani podkomisarz, Joanna Majewska (rocznik 1982, samotna matka), zostaje wysłana przez Biuro Spraw Wewnętrznych ze specjalną misją do Komendy Stołecznej. Celem misji jest znalezienie omyłek i błędów proceduralnych w działaniach inspektora Marka Kaszowskiego. Starego policyjnego wyjadacza. 
Tak, w telegraficznym skrócie, można opisać fabułę nowego serialu kryminalnego TVP2 – Paradoks. Każdy odcinek poświęcony jest innej sprawie kryminalnej – niegdyś prowadzonej przez Kaszowskiego – dziś kontrolowanej i uzupełnianej przez Majewską. 
Podkomisarz Majewska podąża śladami starego policjanta. Z bezkompromisową dokładnością sprawdza dokumenty i raporty.  Joanna jest irytującą służbistką – kontroluje krok po kroku działania Kaszowskiego, nachodzi dawnych świadków szukając błędów. Dopiero z czasem zaczyna pojmować, że Kaszowski zawsze działa w imię „dobra” i „sprawiedliwości” – niejednokrotnie odrzucając przepisy. Inspektor przestrzega „praw boskich’, których Majewska,  żyjąc w świecie biurokratycznych powinności, w ogóle nie pojmuje.
Kaszowski do trwającej inwigilacji podchodzi ze stoickim spokojem. Z ojcowską wyrozumiałością obserwuje działania Joanny. Co jakiś czas udaje się jej zdobyć konstruktywne dla rozwoju spraw  informacje. Doprowadza więc do uniewinnienia mężczyzny oskarżonego o morderstwo żony i córki czy odnalezienia porwanej nastolatki uznanej za zmarłą.  Dochodzimy zatem do najpiękniejszego wymiaru opowieści, czyli uzupełniającego zjednoczenia – tego, co nowe ze starym, kobiecego z męskim, doświadczonego z gotowym do poznawania. Piękne. Dodatkowo, w połowie sezonu dowiadujemy się, że podkomisarz urodziła się w tym samym roku, co zmarła córka Kaszowskiego. Banał rośnie więc na banale, a paternalistyczna konstrukcja scenariusza rani na każdym kroku.
Układ: doświadczony policjant i nowicjusz, to klasyczny wręcz wariant dla bohaterów opowieści kryminalnych. Młody obserwuje starego, uczy się,  aż do momentu, w którym zaczyna dorównywać mistrzowi i staje się jego partnerem. Niestety w Paradoksie, układ ten jest eksploatowany w wyjątkowo nietwórczy sposób. Młoda bohaterka idzie – dosłownie – śladami  swojego mistrza-przeciwnika. Jak się domyślam, cała konstrukcja prowadzi nas do sytuacji, w której Majewska rzeczywiście dogrzebuje się do sprawy, w której Kaszowski popełnił błąd. I to będzie moment „wyboru”, czy ważniejszy jest „człowiek czy paragraf”, którym to hasłem TVP promuje serial. 
Wszystko w naszym Paradoksie jest poprawne i w miarę rzetelnie zrobione. Twórcy wykorzystują sprawdzone motywy. Jest więc samotny policjant po przejściach, młoda policjantka z tajemnicą, biurokratyczne zwierzchnictwo, połamany świat i ludzkie koleje bolesnego losu. Niby sprawdzone, ale nic jednak nie iskrzy. Jest nawet filtr obrazu podczas retrospekcji i kamera z ręki, aby momentami wprowadzić niepokój. Wątki kryminalne są jednak nieciekawe i nie budzą emocji. Trudno kibicować Majewskiej w jej urzędniczej zapalczywości, więc tym trudniej zaangażować się w przedstawiane wątki kryminalne.  
Twórcy serwują ten odgrzewany kotlet w konsekwentnie przewidywalny sposób. Nie ma tu  nic chwytającego widza za gardło – ani postaci głównych bohaterów, ani splot ich spotkania, ani historie kryminalne. Nie mogę jednak wciąż pojąć, o co chodzi z finałowym deszczem. Napisy końcowe snują się na tle nocy zalewanej przez ulewę. Nijak się to ma do estetyki całego serialu, bo ani on ciemny ani deszczowy (z wyjątkiem pierwszego odcinka, gdzie próbowano zastosować taką estetykę). Jest to, jak mniemam, drukowanymi literami komunikowane odniesienie do Killing. Nie wiem skąd, dlaczego i po co, bo Paradoks ma tyle wspólnego z Killing co Lekarze z Ostrym dyżurem
Wszystko niby działa i funkcjonuje, ale jednak nic z tego. Ponure miny bohaterów nachalnie spływają z kolejnych kadrów. A tutaj ani emocji, ani sensacji, ani rzetelnego kryminału.