Bohaterka epoki Trumpa ?

Jak zauważyła Maja Staniszewska w „Wysokich obcasach”, Chyłka to „zlepek najgorszych stereotypów o silnych kobietach”. Mecenas Chyłka jest bowiem zimna, wyrachowana i bezczelna (daleko w sercu kryje się rodzicowa trauma). I pije wódkę. Spędziłam z bohaterką zaledwie parędziesiąt minut i nie wiem, kim jest Chyłka według Remigiusza Mroza. Wiem jednak, że według TVNu to hybryda polskich lat 90’tych i epoki Trumpa. Continue reading “Bohaterka epoki Trumpa ?”

Rozlewisko

Dwa tygodnie mijają od finału, a ja wciąż nie mogę się otrząsnąć.

Nie, bynajmniej nie z powodu emocji buzujących po brawurowych rozwiązaniach fabularnych. Nie z powodu dynamiki, cliffhangerów i tajemnic, rysowanych sprawnym piórem scenarzysty. Wręcz przeciwnie.
Cykl Rozlewisko gości na ekranach polskiej telewizji już od ponad czterech lat. Małgosia (lub raczej Gosia) odrzuciła konsumpcyjny tryb życia – opuszcza Warszawę pełną nikczemnych ludzi, żegna się z pracą w agencji reklamowej nastawionej na zysk, żegna się z brudem i hałasem stołecznych ulic. Ucieka na Mazury – w krainę zielonością i wszelkimi dobrami płynącą, gdzie pijani mężowie wciąż mają wdzięk, a zmęczone kobiety z dumą noszą swoje życiowe brzemiona. Ucieka w świat, gdzie wszystko staje się dobre, mądre i piękne. Zamiast paskudnych biurowców znajduje się wśród jezior, drzew i pasących się koźląt.
Gdzieś w okolicy migają też jacyś inni bohaterowie – dziecko, mąż (były, obecny, przyszły w jednym), matka, sąsiadka i cała Boża wieś. Nie ma to jednak zbyt wielkiego znaczenia. Bohater jest zbiorowy, jak i emocje zbiorowe. Pojedyncze katastrofy i życiowe wpadki nie są istotne z punktu widzenia wszechświata. Pogłębia to towarzysząca Rozlewisku narracja z offu – może to być pisząca książki matka Gosi, jej wnuczka (od niedawna prowadząca pamiętnik) lub sama Małgosia z zadumą stwierdzająca w co drugim odcinku, że Jesień przykryła skrzydłami nasze rozlewisko i zapadła chłodem głaszcząca nas cisza…

Ponieważ na wszystko patrzymy więc z punktu widzenia głęboko ukrytego trzeciego oka starej kobiety, która tkwi w każdej bohaterce rozlewiska – z takimi samymi emocjami przyglądamy się zarówno mężowskim zdradom, jak i zakalcowatemu biszkoptowi. Jedno i drugie to dobry powód do łez, wypicia nalewki czy natchnionych spojrzeń w dal.

I tego właśnie mi brak. Tego spokoju. Beznamiętności. Tego pięknie sfilmowanego przelewania się z prawej na lewą stronę ekranu zupełnie nieznaczących wydarzeń. Niektórzy chadzają do terapeutów, inni do kościoła, a ja miałam Rozlewisko. Raz w tygodniu, w niedzielę o 20, o idealnej porze dającej szansę na pozyskanie resztek zen przed koszmarem korporacyjnego poniedziałku. Te 45 minut zupełnej nudy, narracyjnego bezwładu i aktorskiej bezpłodności koiło moje nerwy. Teraz o 20 jest Ranczo, więc TVP nie włączam.

The Fall 2

Miało być o Homeland 4, ale jednak – zupełnie przypadkowo The Fall 2 – tak jakoś wyszło, że zarwałam noc i obejrzałam całość. Nie dało się przerwać.

Drugą odsłonę brytyjskiego kryminału zastajemy tam, gdzie zakończyliśmy część pierwszą, czyli morderca pozostaje na wolności, śledztwo trwa ciągle lądując w martwym punkcie. Niewiele tu nowych wątków czy bohaterów, raczej eksploracja – momentami bardzo zaskakująca – materiału już zapisanego w części pierwszej. Niezwykłą postacią okazuje się Katie Benedetto – nastolatka opiekująca się dziećmi Paula Spectora (mordercy). Z nieszkodliwej, zadurzonej dziewczynki przeobraża się niemal w fanatyczną wyznawczynię swojego mistrza. I choć ta przemiana jest nieco przeszarżowana, losy Katie to wątek intrygujący i mam nadzieję, że część trzecia (a już została zapowiedziana) przyniesie więcej odpowiedzi. 
Tych narodzin zła i filozoficznych niemal rozważań (choć niestety wciąż na poziomie licealnym: Gdy ktoś gardzi samym sobą, gardzi prawami i zasadami moralnymi. Jest wolny) jest w The fall 2 dość sporo. Na szczęście jednak fabuła prowadzona jest konsekwentnie i da się zaakceptować ten dość patetyczny ton. Nie da się jednak niestety zaakceptować egzystującej we własnym świecie Gillian Anderson. Jej cudowne loki najlepiej się kręcą,gdy szpilki grzęzną w krwawym belfastowym błocie, ale i tak nic jednak nie mąci jej stoickiego spokoju i cedzonych przyciszonym głosem słów. Anderson, w swojej powadze i przeestetyzowaniu, ociera się niestety o kamp.
Do topornej filozofii zła dodać należy jeszcze momentami przyciężkie wątki genderowe (mężczyźni boją się, że kobiety ich wyśmieją, kobiety boją się, że mężczyźni mogą je zabić). Docenić jednak ponownie należy, że to jeden z niewielu seriali kryminalnych rezygnujący z testosteronicznej narracji nieumytych i podstarzałych policjantów z problemami, stawiając w roli głównej bohaterkę świadomą i wychodzącą poza płciowe konwencje. 
tu akurat cytat z serii1, ale w drugiej też czeka sporo zacnych cytatów
To co najlepsze w The fall, nastrój, napięcie, wiarygodna intryga, poczucie osamotnienia i całkowitej niewydolności systemu – działa wciąż znakomicie. Społeczeństwo i jego normy prawne, systemy alarmowe, nadzwyczajna technlogia – zawodzą. Normy i zasady nie funkcjonują, społeczeństwa nie ma, kościół zawodzi, a państwo umarło. Zostaje napastnik i ofiara sami ze sobą, zdani tylko i wyłącznie na los i przypadek.

Politician’s Husband

Złota para polityki. Freya Gardner (Emily Watson) i Aiden Hoynes (David Tennant). Wzorcowe małżeństwo. Niezniszczalni, zakochani, mądrzy. Za kotarę tego znakomitego wizerunku zaglądamy przez trzy odcinki brytyjskiego miniserialu Politician’s husband.

Wszystko zaczyna się sypać, kiedy Aiden otwarcie krytykuje premiera i rezygnuje z rządowego stanowiska. Zamiast stać się liderem nowej opozycji, spada do ławki rezerwowych. Wyznanie nie porwało tłumów, Aiden wypada z gry. Do gry za to z dużą mocą wchodzi Freya. Ceną jest publiczny brak poparcia dla męża. A potem następuje zemsta. Aidena na dawnych znajomych. Znajomych na Aidenie. Na Freyi. Wszystko bowiem skupia się na niej. 
Twórcy Politician’s husbandporwali się na rzecz nie byle jaką. Oto w trzech, zaledwie 50minutowych, odcinkach postanowili rozwarstwić przynajmniej kilka bardzo złożonych kwestii. Sama polityka wydaje się być jedynie zgrabnym stelażem, pod którym stworzyli opowieść znacznie bardziej intymną. Znaczące wątki, jakie tutaj poruszono to chociażby łączenie życia prywatnego z zawodowym, genderowa proporcja udziału we władzach publicznych i struktura tych władz (stworzona przez i dla mężczyzn i jedynie im sprzyjająca), wpływ małżeństwa na pracę i pracy na małżeństwo, seks jako barometr i generator związkowych problemów. Uff. Dość sporo jak na trzy odcinki. I jakby karkołomne się to zadanie nie wydawało, można powiedzieć, że się udało.
Freya to bohaterka poddana presji z każdej strony. Jako polityczka, żona, matka, kobieta. Jej sukces zawodowy zostaje okupiony upokorzeniami i konfliktami w domu. Nie bez powodu przecież Aiden gwałci Freyę w dniu jej zawodowego sukcesu, dziurawi wkładki antykoncepcyjne (zajdzie w ciążę => zrezygnuje z pracy i wszystko „będzie jak dawniej”) czy wypomina, że dziecko cofa się w rozwoju z powodu jej nieobecności w domu. Gdy w życiu publicznym ona zaczyna dominować, on musi ze zdwojoną siłą potwierdzić kontrolę w domu. Kontrolę, którą przecież i tak zawsze posiadał – bo to Aiden rzuca żonie bezosobowe pytanie każdego wieczoru „Zabezpieczenie?”. I on zajmował luksusowe domowe biuro, kiedy Freya pracowała w „przydomowej szopie”.
Freya jest bardzo osamotniona. Nic nie wiemy o jej rodzicach (ojciec Aidena jest cały czas przy nich), przyjaciółkach czy znajomych. Jedyne kobiety w jej otoczeniu, to niania dzieci (młodsza od niej) oraz asystentka. Wszyscy jej współpracownicy zostali przez nią niejako „przejęci” w schedzie po mężu odchodzącym ze stanowiska. Jest jedyną kobietą w swoim wieku i o jej pozycji, cały czas wystawiona na humory i potyczki osobiste otaczających ją mężczyzn. I tak próbuje ją wykorzystać własny mąż, pracownik (choć nieświadomie) wykazuje się nielojalnością, partyjny kolega próbuje deformalizować z nią relacje, aby odegrać się na Aidanie. Nawet własny syn (z zespołem aspergera) ujmuje jej energii i woli życia podporządkowując ją sobie.  
Politician’s husband to historia kobiety zakleszczonej pomiędzy mężczyznami, z których każdy twierdzi, że pragnie ją chronić, osłaniać i pomagać. David Tennant w roli makiawelicznego męża jest autentycznie przerażający. Emily Watson, jako Freya, pozostaje nieprzenikniona – delikatna, ale  i nieprzewidywalna. Bardziej niż fabułą o polityce (pokroju House of cards czy Rządu) Politician’s husband jest opowieścią o starciu męskiej wizji kobiety i kobiecej próby wyemancypowania z niej. Freya jest przykładem porządnej, oddanej rodzinie kobiety – rezygnującej z własnych potrzeb, zainteresowań czy przyjemności. Znajomi Aidena stali się jej towarzyszami, dzieci głównym zajęciem, a spokojna praca gdzieś w cieniu męża wystarczającym spełnieniem ambicji. 
Chwilami wydaje się, że mamy do czynienia z figurami antycznymi, że oto jesteśmy w starożytnym Rzymie, gdzie wszyscy zdolni są do największych podłości. Mąż o ugodzonym ego, współpracownicy, którzy manipulacją torują drogę do własnego sukcesu, kobieta, która musi wyjść z szafy i głośno obwieścić, że oto koniec świadkowania cudzym sukcesom i czas na jej własne.  Poznajemy Freyę w momencie, kiedy jest jeszcze tłem. Na oczach widzów dostaje rolę pierwszoplanową i, początkowo, nie do końca wie, co z nią począć.  

Świat bez mężczyzn


Dziewczynki rządzą światem. O ilu opowieściach, filmach czy bajkach możemy z przekonaniem tak powiedzieć? O niewielu. Bo choć wielkich heroin ekranu czy literatury nie brakuje, zawsze występują w relacji względem mężczyzny.

W animowanym serialu My Little Pony: Friendship is magic (o genezie MLP innym razem) jak w każdej porządnej (female) buddy comedy mamy grono kilku najlepszych przyjaciółek trzymających się razem. Niczym w Seksie w wielkim mieście, rodzimych i przaśnych Przyjaciółkach czy Czarodziejkach z Księżyca każda bohaterka reprezentuje inny zestaw cech, zachowań i aspiracji. Dopiero połączone – w konfrontacji lub zespoleniu – tworzą prawdziwie udany, zgrany zespół. 

I tak mamy tu Twilight Sparkle (wiedza), Pinkie Pie (radość), Rainbow Dash (waleczność), Fluttershy (opiekuńczość), Rarity (duma) i Applejack (rodzinność) – to główne bohaterki My Little Pony. Ich przygodami od 2010 roku ekscytują się dorośli i dzieci, chłopcy  i dziewczęta.
Struktura każdego odcinka wiedzie widza od humorystycznego otwarcia, przez poważny problem, jego diagnozę i rozwiązanie (które zazwyczaj wymaga współpracy przyjaciółek), aż do wniosków, które każdorazowo zostają podsumowane w formie listu do księżniczki Celestii („Droga Księżniczko Celestio, dziś dowiedziałyśmy się, że bycie siostrą to wspaniała lecz czasem trudna rzecz…”) – forma niezwykle prosta a nawet łopatologiczna, niemniej jednak trudno nie zauważyć, że niewiele się to różni od coodcinkowych felietonów i refleksji Carrie Bradshaw. 
Przygody i perypetie, jakie napotykają bohaterki MLP głównie dotyczą zmagania się z codziennością i bliskimi (co to znaczy być dobrą siostrą, jaka jest różnica między łagodnością a tchórzostwem, jak odnaleźć „własną drogę” i powołanie życiowe, jak prosić o pomoc przyjaciół etc.) lub z pojawiającym się z zewnątrz zagrożeniem próbującym zniszczyć ład i harmonię znajomego świata (to z reguły odcinki otwierające lub zamykające sezon – Discord i zbieranie Elementów Harmonii, Chrysalis i jej wtargnięcie na królewskie wesele Canterlot; ale i perypetie np. z Flimem i Flamem zagrażającym istnieniu Zagrody Słodkich Jabłek). 
Canterlot
To, co jednak najciekawsze w My Little Pony to prze-pisanie formuł społecznych uznawanych za normatywne. W pięknej i harmonijnej Equestrii zauważamy tradycyjne podziały społeczne – kucykowa arystokracja zamieszkuje na Zamku Canterlot, zaś normalne kucyki w niewielkim wsiomiasteczku – Ponyville. Są tu także Inni/ Obcy żyjący poza społecznością (w lesie Everfree – zebra Zecora) oraz Źli, którzy przybywają zza granic znanego świata (Discord, Chrysalis). My Little Pony w symboliczny, acz konkretny sposób kopiuje więc uproszczoną strukturę podziału społecznego.
Przede wszystkim jednak MLP rewolucjonizuje strukturę płciową w opowiadanym świecie. Equestrię zamieszkują głównie kobiety. Pełnią funkcje publiczne, prowadzą interesy, konsumują wytwarzane dobra i są wizualnie cały czas obecne (przechadzają się tam i z powrotem). Zachwianiu ulegają także tradycyjne konstrukcje genderowe, a płeć piękna przejmuje cechy zwyczajowo przypisywane mężczyznom, jak np. rywalizacja, waleczność czy pragnienie władzy i sukcesu. Kobiece postaci stają się także idolkami popkultury (bestseller o losach podróżniczki Daring Do, którymi fascynuje się Rainbow Dash).
W tym barwnym żeńskim uniwersum mężczyźni stanowią  jedynie pojedyncze elementy tła: co jakiś czas pojawiają się na ekranie nie stanowiąc jednak istotnego elementu opowieści. Co ciekawe, większość panów-kucyków jest niezbyt ciekawa zarówno charakterologicznie jak i estetycznie, przez co wyróżniają się negatywnie na tle w większości ślicznych i zgrabnych pozostałych kucyków. No bo czy (kolejno poniżej) Snails, Snips czy Hayseed Turnip Truck w ogóle mogą być traktowani poważnie?:
Jedyni sensowni mężczyźni w MLP to Big McIntosh (brat Applejack), który jednakowoż nie odzywa się i cały czas pracuje pod rządami dysponującej rodzinną farmą Applejack lub stareńkiej babci Granny Smith. Drugim nieodpychającym męskim kucykiem jest Shinig Armor (brat Twilight Sparkle), ale jego jedyną zasługą jest ślub z księżniczką Cadence. Do tego grona dodać należy jeszcze małego smoka Spike’a (towarzysza Twilight), który, jako jedyny męski bohater, jest stałym (i pozytywnym) elementem serialu.
My Little Pony maksymalizuje dziewczyńską energię opowieści, która tutaj nakierowana jest na grupę przyjaciółek oraz małą społeczność tworzoną przez kobiety. To one stawiają czoła niebezpieczeństwom, pokonują je, łącząc siły stają się nieomal nie do pokonania. Świat MLP zarządzany jest przez nie w sposób sformalizowany (Celestia, pani burmistrz Ponyville – Mayor Mere), zdominowany populacyjnie a przede wszystkim przeżywany i opowiadany przez narratorki.
Zdaniem Pierre’a Bourdieu feminizm jest skazany na porażkę ponieważ cały czas odnosi się do wewnętrznego systemu, którego cechy immanentnie są nieprzyjazne kobietom. Nie da się tego świata zmienić, nie burząc jego podstawy, jaką jest stawianie mężczyzny za podstawowy wzorzec człowieka. W MLP ten wzorzec zostaje wreszcie zmieniony – wspomnianym wzorcem staje się  kobieta. I choć powielone zostają inne społeczne determinacje (bogaty – biedny, mający władzę – rządzony, znajomy – intruz) wszystko ma miejsce w środowisku, którego podstawowe założenie zostaje zmienione względem „normalnej” społeczności.  
I może tu właśnie tkwi część fenomenu MLP. Władza instytucjonalna, symboliczna, rodzinna jest w rękach kobiet i to one stanowią dla siebie punkty odniesienia i kontekst społeczny. Bohaterki troszczą się o siebie, szukają przygód, wiedzy i sukcesu pozostając poza refleksją romantyczną, która dominuje w narracji dotyczącej kobiet. Angażując się w świat Equestrii wkraczamy w przestrzeń symbolicznie wyrugowaną z tradycyjnej, dominującej męskości. Możliwość matriarchatu, w wąsaty sposób obśmiana w naszej Seksmisji, w MLP zyskuje blask, humor i urodę, a także popularność i niezwykle pozytywny odbiór społeczny. 
Całość skąpana jest w masie intensywnych kolorów, z dużym dodatkiem błysku, połysku i błyskotek, całusów, przytuleń i czułostek. Do tego należy dodać zawsze szczęśliwe zakończenia, żarty, zabawy i odrobinę magii 🙂
<3
 Ciąg dalszy kucykowych refleksji nastąpi… Miłej niedzieli!

Przyjaciółki


Wszechpanująca zajebistość na ekranie.

Polsatowskie przyjaciółki są cztery. Znają się jeszcze z liceum. Jest tu przedszkolanka, gospodyni domowa, fryzjerka i korporacyjna bizneswoman. Znakomity kwartet, który zaspokoi gusta każdej widzki – każda znajdzie swój model do polubienia. Czy będzie to rozwodząca się przedszkolanka-Inga? A może hałaśliwa fryzjerka-Patrycja z młodszym partnerem bez grosza przy duszy? Dla aspirujących karierowiczek przewidziano wyszminkowaną  gardzącą miłością i związkami bizneswoman (Zuza). No i jeszcze „niewyzwolone” – tę grupę reprezentuje stłamszona przez męża-dupka i teściową-heterę, Anka.

Fabuła jest nawet dość ciekawa, perypetie bohaterek – klasyczne (rozwód, niedojrzały mężczyzna, problemy w pracy, zdradzający mąż i zbuntowana córka) są całkiem zgrabnie prowadzone. Gdyby nie pojawiające się teledyskowe i hałaśliwe dłużyzny (powiewająca włosem Patrycja jadąca skuterem przez pół Warszawy) to całość może byłaby zjadliwa. 
Byłoby również łatwiej ten serial oglądać, gdyby twórcy nie założyli, że widz jest idiotą, albo że pragnie idiotów na ekranie oglądać. Dosłowność bowiem kapie z każdego kadru, suche żarty sypią się jeden za drugim, a prostacka konstrukcja bohaterów obraża jednostki myślące. Nic nie wychodzi poza schemat, nic nie wychyla się poza oczywiste oczywistości. Bo jaka może być przedszkolanka? Wiadomo – ubrana w miękkie swetry i płaskie buty. Bizneswoman musi nie znosić dzieci, nie może również umieć obsłużyć żelazka. Gospodyni domowa musi nosić dres i kraciaste koszule. Jeżeli pokazujemy teściową to psychotycznie wyżywającą się na synowej, natomiast mąż-prawnik to zawsze sukinsyn, zdrajca i drań. To wszystko jasne jak słońce. Widz nie musi myśleć, wystarczy, żeby konsumował ściekające z ekranu kolorowe obrazki.
Anka jest ofiarą przemocy domowej. Pije. Godzi się jednak na noszenie zakupów za teściową i jej obelżywe docinki. Zapewne do czasu jakiegoś Wielkiego Przebudzenia, po którym zacznie się malować, nosić obcasy i chodzić częściej na siłownię (bo właśnie to są emblematy kobiety sukcesu i jej szczęśliwego życia). Kiedy Patrycja dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć dzieci, serial nie zwalnia tempa, nie pozwala na refleksję – bohaterka biegnie do galerii handlowej, aby przy dźwiękach skocznej piosenki kupować kolejne superciuszki zapakowane w kolorowe, papierowe torby. 
Nasze bohaterki są pewne siebie, wyraziście zdefiniowane  i otwarte. Prawie jak dziewczyny z Manhattanu, do których najwyraźniej cały czas próbujemy aspirować. Nie wiadomo tylko dlaczego pewność siebie, u nas, musi oznaczać hałaśliwość, nastawienie na sukces – nieuprzejmość, a delikatność – głupotę. Wbrew swoim zachodnim pierwowzorom, w Przyjaciółkach nie uświadczymy chwili powagi czy po prostu smutku. W Seksie w wielkim mieście, poza warstwą komediową, mieliśmy dość pokaźne pokłady refleksji nad związkami, samotnością, rodziną czy karierą.
W Przyjaciółkach cały czas jest zabawnie: dynamicznemu montażowi towarzyszy irytująca wesolutka muzyczka (tak, muzyczka) puentująca każdą scenę. Aktorki (Socha, Liszowska, Stużyńska, Sokołowska) grają tak, jakby potrafiły wykrzesać z siebie po dwie miny na krzyż – mówią podniesionym, dynamicznym głosem okraszonym imponującą prezentacją zębów (Liszowska, Sokołowska) lub lekko zaspanym, aksamitnym tonem ozdobionym rozbieganym, niepewnym wzrokiem (Socha, Stużyńska). Warto dodać, że bohaterki grane przez Sochę i Stużyńską mają dzieci, więc to pewnie zbawienny wpływ macierzyństwa łagodzi głos. 
Wizerunek kobiet prezentowany w Przyjaciółkach jest autentycznie wstrząsający – trochę jak mieszanina Kogla-Mogla i Seksmisji. Są bezrefleksyjnymi, konsumującymi kukiełkami: roszczeniowymi wobec mężczyzn, wrogimi wobec innych kobiet. Są agresywnie dominujące lub skrajnie uległe. Nie ma nic pośredniego. Z ekranu kapie wszechobecny SUKCES – niezdefiniowany, nieokreślony, ale jest. Bo mimo problemów, o alkoholizującej się Ance też można powiedzieć, że jest kobietą sukcesu – ma przecież piękny dom, duży samochód i przyjaciółki, przy których bez wyrzutów sumienia może jeść ciastko po joggingu. Inga, mimo rozwodu zachowuje stoicki spokój i podczas zakupów doradza przypadkowo spotkanym mężczyznom, czym jest „szponder” (eh ci nierozgarnięci mężczyźni!). Wszystkie dziewczyny są s-u-p-e-r, można więc spokojnie konsumować ten bezmyślny i pusty pokaz prowincjonalnej wizji sukcesu, licząc, że też mamy szansę na osiągnięcie podobnego poziomu zajebistości. 
Spektakl Przyjaciółek jest jak oglądanie pokazu mody – przygotowanego na obserwację i prezentację fasady. Widz nie pozna bohaterek, obejrzy ich figury, modele, gazetowe wizerunki „fajnych kobiet” – kolorowo ubranych, jeżdżących samochodami, otwarcie rozmawiających o tych sprawach.
I a propos tego ostatniego – polski sex talk w Przyjaciółkach
Zuza – Pocałował mnie. Nie! To ja go pocałowałam!
Patrycja – ŁAAAAAAAAAAŁ! Z języczkiem?
Miłej niedzieli!