Miasto Kobiet

Miasto Kobiet poznałam już dawno temu, w trakcie studiów. Niedawno pojawiłam się ponownie, zaproszona przez redaktor naczelną – Anetę Pondo. I tak przed Wami – letniowiosenne Miasto a w nim o kobietach pracujących dla pieniędzy, co – jak powszechnie wiadomo – przystoi tylko mężczyznom. Korpokobiety w natarciu!

Continue reading “Miasto Kobiet”

Girls 4

I nagle pojawiają się decyzje.

Czwarty sezon Girls przyniósł zmiany. Hannah wyjechała na kurs pisarski do Iowa, „zakazana” relacja Marnie i Deeziego ewoluuje, Shoshanna orientuje się, że nieporadny wdzięk może nie zapewnić jej dobrej pracy, a Jessa systematycznie pogrąża się w otchłani pretensji wobec świata, którego jednak owe pretensje zdają się niewiele obchodzić.
W przeciwieństwie do większości seriali opartych o historie kilku przyjaciółek, w których istotą opowieści są spotkania i wspólne omawianie dziejących się perypetii, tutaj napotykamy samotność i wyrzucenie poza ramy społeczne dające poczucie bezpieczeństwa. Znajomi są na chwilę, zobowiązania mało istotne i nietrwałe, a przyjaciółki zajęte własnym życiem. Beztroska i wspólnota w delikatny i niezauważalny sposób uległa przeobrażeniu w emocjonalną samodzielność pomieszaną z samotnością. Igranie z rzeczywistością przestaje być zabawne bez widowni, której właśnie zaczyna brakować.
Życie Hannah, dotychczas uporządkowane wokół triady pisanie-Adam-rodzice, zaczyna ulegać przeobrażeniom. Hannah, czyli „głos pokolenia”, z powodu pisania porzucała kolejne prace, które przeszkadzały jej w twórczości (której i tak nie uprawiała). Jednak płynąca z Iowa szansa na konfrontację z „artystycznym ego” i namacalna możliwość pisania, wcale nie są odpowiedzią na jej niepokoje. Kurs pisania okazuje się bardziej irytujący niż pobudzający, a Hannah mówi „mam czas na pisanie, ale i tak tego nie robię, więc po co mam tu być?”.
Jak mówiła kiedyś autorka serii, Lena Dunham, w przypadku refleksji o głównej bohaterce, nie zadajemy pytania „z kim ona będzie, ale: czy zacznie wreszcie pisać”. Najwyraźniej jednak – nie będzie. Hannah bardziej niż pisać, chciała definiować się poprzez ten proces. Rzadko widzieliśmy ją przed laptopem mocującą się z produkcją wyrazów, za to setki razy widzieliśmy ją mówiącą o pisaniu. Nowe otwarcie, jakim miał być kurs w Iowa okazuje się punktem kulminacyjnym, ale w sposób dla bohaterki destrukcyjny i dekonstruujący. Hannah wraca do Nowego Jorku, zmuszona szukać nowej tożsamości, w której nie będzie opierać się na wizji siebie jako pisarki.
W tym Nowym Jorku jednak nikt na Hannah nie czeka. Adam, którego aktorski egocentryzm dominuje nad uczuciami – pod nieobecność dziewczyny, wiąże się z kimś innym. Hannah musi więc zmierzyć się zarówno z poczuciem osobistej porażki (pisanie), jak i zawodu miłosnego. Jako trzeci cios przychodzą rodzice i ich rozpadające się małżeństwo. Hannah musi spojrzeć na tę ukochaną przez siebie dwójkę, ponad ich rolą społeczną, bardziej podmiotowo, starając się wylądować gdzieś pomiędzy życzliwym wsparciem i akceptacją nowej sytuacji.
Po chwilowym odświeżeniu atmosfery przez Iowę, wracamy więc do Nowego Jorku i utartych ścieżek, w których wszystko zaczyna już lśnić nieco zdartym urokiem kończącej się imprezy. Plączemy się więc gdzieś pomiędzy nużącym powtarzaniem emocji, które już znamy, zachowaniami, które irytują i bohaterami, którzy dawno przestali zaskakiwać. Na szczęście jednak, z tej rozlanej toni jednorodnych wrażeń, co i rusz wyrywa widza perfekcyjnie napisana, zaskakująca scena lub dialog. Finał czwartego zostawia widzów w poczucia nagłego uporządkowania rzeczywistości: wątek każdej bohaterki zostaje domknięty i jednocześnie otwarty poprzez ustawienie azymutu dalszych działań. Lena Dunham z wdziękiem pokazuje świat amerykańskich millenialsów – zblazowany, nieco znużony, skromny i jednocześnie przesycony autoafirmacją. I choć te „pokoleniowe” obrazy raczej są powtarzalne i niezbyt odkrywcze, to wciąż udaje się tu wprowadzić wątki zaskakujące, nowatorskie i pozwalające widzowi na poszukiwanie w nich rozbłysków niepowszedniości. 

Homeland 4

Po finale trzeciego sezonu powrót wydawał się niemożliwy. A jednak wrócić się udało i to w znakomitym stylu (spoilery 🙂 ).

Akcja sezonu 4 rusza ok. pół roku po mrocznym finale poprzedniego. Carrie jest w Stanach, plącze się gdzieś między siedzibą CIA, a kołyską dziecka, którego za wszelką cenę próbuje unikać. Na jej szczęście jednak ojczyzna wzywa i Carrie ląduje w Islamabadzie.  A tu już zaczyna się tzw. prawdziwe życie, zasadzki, drony i wybuchy czyhające na każdym kroku.
Tym razem na celowniku CIA znajduje Haissam Haqqani i otaczająca go grupa terrorystów, jak się okazuje, dość mocno popierana przez pakistańskie siły polityczne, wojskowe, a także samą społeczność (pakistańskie władze wystosowały oficjalny protest do twórców serialu za tworzenie fałszywego obrazu kraju). I tak w ramach polowania na Haqqaniego mamy porwania, fałszywe romanse i kłamstwa, omyłkowe strzały z dronów i wszelką możliwą niewydolność amerykańskich służb specjalnych. Do tej niewydolności, upolitycznionych i moralnie wątpliwych działań przełożonych, zawodności technologii i informatorów zdążyliśmy się już przyzwyczaić przez poprzednie trzy serie. W czwartej ta niewydolność jest jednak eksplorowana coraz głębiej. Wszystkie normy i potęga USA, sypią się w obliczu jednostki, która działa inaczej niż powinna. Słabe ogniwo dość szybko poznaje widz, jednak wszechmocne CIA okazuje się w tym przypadku wyjątkowo bezradne. 
Wątki sensacyjne plotą się perfekcyjnie, „na zakładkę” mijamy kolejne katastrofy, żeby za chwilę trafić na kolejną minę. Nie dając widzowi ani chwili odpoczynku Homeland 4 staje się wzorcowym (może poza 24h) serialem z fabułą sensacyjną. Narracja, pozbawiona jarzma fatalnej romantycznej relacji Carrie i Brody’ego, jest prawdziwą perełką. Akcja trwa nieprzerwanie, co i rusz bombardując widza coraz gorszymi wydarzeniami, z których – wydawałoby się – nie ma już wyjścia. 
To, co znajduję w Homeland 4, zupełnie wyjątkowym to wątek macierzyństwa Carrie. Bohaterka, przyzwyczajona do balansowania na krawędzi życia i śmierci, życia, które wydała na świat nie chce i nie akceptuje. Mała ruda dziewczynka jest nie tylko przypomnieniem traumatycznego związku z Brody’m i jej własnej śmiertelności, ale przede wszystkim jest dla niej bytem nieznanym, niepotrzebnym i nieakceptowanym. Jednak z perspektywy amerykańskiego przedmieścia, gdzie wszystkie kobiety kochają dzieci, postawa dziewczyny, która od tej relacji woli strzelaniny na kabulskich ulicach jest zupełnie niezrozumiała. 
I nie chodzi tu nawet o negocjacje z „rolą matki” – niechęć Carrie to coś więcej niż odrzucenie społecznych zachowań postrzeganych jako opieka nad dzieckiem, to więcej niż tzw. baby blues. Bohaterka realizuje badinterowski „brak instynktu macierzyńskiego”, bo nie czuje względem córki nic poza ciężarem społecznych oczekiwań.  
Ten brak miłości wydaje się największym grzechem bohaterki. Jej bliscy nie rozumieją, dlaczego dziecka nie chce (siostra oskarżycielsko mówi: Nawet nie ma definicji tego, jak bardzo jest z tobą coś nie tak!). I widzom też zapewne łatwiej przychodzi akceptacja pozaprawnych działań Waltera White’a czy Tony’ego Soprano, niż Carrie – dziwnej i nienormalnej baby, która nie zachwyca się własnym niemowlęciem. Najmocniej Homeland 4 przekracza tabu, nie wtedy gdy terroryści palą amerykańską flagę albo gdy żona akceptuje samobójcze plany męża, ale gdy Carrie kąpie własne dziecko. Kąpie i podtapia. Przez długie, bardzo długie i ciągnące się sekundy widz patrzy z przerażeniem, jak Carrie bije się z myślami, co robić z duszącym się bobasem. Czy to forma testu dla jej psychiki? Dramatyczna próba obudzenia w sobie instynktu macierzyńskiego? Sama Carrie ma do siebie więcej pretensji o brak miłości do dziecka, niż o chybione strzelaniny z drona czy inne, okupione krwią postronnych osób, działania. Dlatego też z taką przyjemnością leci do Islamabadu, zostawiając za sobą najbardziej przerażającą istotę na ziemi – własną córkę.
Z rozczarowaniem przyjęłam więc finał sezonu – nagły przypływ uczuć rodzinnych głównej bohaterki to zaskakujący i nieumotywowany kierunek. Wprawdzie przyczynkiem staje się śmierć ojca, a nie uczucia macierzyńskie (chyba bardziej performowane niż autentyczne), ale to wciąż niezrozumiały kierunek. Pojawiająca się też znienacka postać matki, to zwrot w kierunku rozterek freudowskich, które nie są mocną stroną tego serialu. Na szczęście jednak, ostatnie sceny 12 odcinka dają już mocny asumpt do kolejnych perturbacji zawodowych Carrie Mathison, na które przyjdzie nam poczekać do jesieni tego roku.

Roswitha Schieb

Dziś, w ramach drobnej zmiany, a także prywaty, nieserialowo. Albo tylko troszkę serialowo. Bo niedawno ukazał się kolejny numer Zadry a w nim kilka moim słów o Masters of sex. Ciekawa, nienachalnie stylowa opowieść o czasach, w których o seksie i tożsamości, którą współtworzy, po prostu się nie mówiło.

A teraz już nieserialowo. W ostatni wtorek, w księgarni De Revolutionibus, na Brackiej, odbyło się bardzo ciekawe spotkanie organizowane przez, wspomnianą już, Zadrę, z niemiecką pisarką – Roswithą Schieb. Roswitha jest córką polskich emigrantów, przesiedlowych w latach ’40 ze Śląska do Niemiec. Kilkanaście lat temu zabrała rodziców w podróż po Polsce, a wrażenia opisała w literackim reportażu Podróż na Śląsk i do Galicji. Książka na razie dostępna w Polsce nie jest, ale Beata Kozak, redaktorka naczelna Zadry, przeczytała kilka, przetłumaczonych przez siebie, fragmentów.
Książka Schieb ukazała się już ponad dekadę temu, jednak,  jak podkreśla autorka, dopiero teraz problematyka drugiego pokolenia (czyli dzieci-wnuków uczestników i ofiar wojny) zaczyna pojawiać się w powszechnym dyskursie. Tekst Roswithy Schieb nie jest tekstem socjologicznym, autorka rozprawia się z problematyką pamięci społecznej i post pamięci w sposób praktyczny, lecz i poetycki.
Mam nadzieję, że na polski przekład całości nie trzeba będzie bardzo dlugo czekać 🙂