Nurse Jackie 6

Do tego, że jest nieobliczalna zdążyła już wszystkich przyzwyczaić. Ale w szóstej odsłonie perypetii pielęgniarki Jackie Peyton – choć pozornie stonowanym i monotonnym – wkraczamy na nowy poziom nałogowej beznadziei.
<spoilery>

Już w finale poprzedniej serii wiedzieliśmy, że nie będzie dobrze. Nigdy w zasadzie nie było, ale w ramach upływu lat, to, co zdawać się mogło zabawnym wybrykiem, stało się procederem konstytuującym codzienność Jackie. A ta obiektywna codzienność ciągle się zmienia – Frank (kolejny porządny mężczyzna w życiu Jackie) planuje się wprowadzić, starsza córka nie chce z nią rozmawiać, a były mąż bierze ślub z uroczą damą spodziewającą się jego dziecka.
Jackie jednak nie potrzebuje powodu. Bierze, co może, kiedy może i tak dużo jak może, dopóki rzeczywistość względnie jeszcze trzyma się kupy.
Jedynie pasja Jackie do pracy się nie zmienia. Choć i tu pojawia się znużenie, bo mówione stoickim głosem „skarbie” i „kochanie” do pacjentów nie brzmi już tak przekonująco jak wcześniej. Trzeba też zauważyć, że dostajemy w tym sezonie wyjątkowo mało historii pacjentów: wątki rozpoczynają się i bezpuentowo urywają, innym z kolei twórcy poświęcają zastanawiająco dużo czasu (śmierć sklepikarza). I mało jest w zasadzie wszystkich: Eddiego, Franka czy Zoe. Dużo jest wszechobecnej Jackie, którą coraz częściej widujemy samą lub w towarzystwie przypadkowych (chłopak z klubu) lub podobnie do niej toksycznych osób (nowa bohaterka – sponsorka Jackie). Trochę więc brakuje oddechu i świeżości, anegdot, które miałyby czas wybrzmieć i drobnych przygód (może poza helikopterowymi przygodami Coopa), które mogłyby urzec widza. A i sama Jackie jest coraz mniej krnąbrna, raczej męczliwie znużona własną egzystencją, z której ma coraz mniejszą ochotę komukolwiek się tłumaczyć. 
Na szczęście nie jest już tu tak bezsmakowo, jak w sezonie piątym, ale i tak sporo tu styropianu i żal tych drobnych perełek, które na początku pozwalały plasować ten serial wśród najbardziej błyskotliwych produkcji.
Próba racjonalizacji zachowań Jackie skazana jest na porażkę. Proste opozycyjne definicje dobra i zła pozwalające kategoryzować i opisywać rzeczywistość już jej w zasadzie nie dotyczą. Kara, czy też nawrócenie, na które czeka wierny widz od pierwszego odcinka – być może nie nadejdzie. Już wszystko miało być, bo powtarzamy zresztą wszystko, co już poznaliśmy: odwyk, krzywdzenie bliźnich, zdrady, oszustwa, kłamstwa i okaleczanie (1. tłuczenie palca młotkiem, 2. podkładanie stopy pod parkujące auto), z tym że główna bohaterka wydaje się coraz bardziej obojętna i wyalienowana. Pytanie na ile świadomie Showtime buduje taką repetytywną narrację, a na ile twórcom zaczyna brakować weny.
Gdyby to wszystko było celowe, Nurse Jackie byłaby jedną z bardziej intrygujących opowieści dotyczących kobiecego uzależnienia. Uzależnienia, z którym normalnie się funkcjonuje – pracuje, robi zakupy, wyprowadza psa na spacer. Tylko z uwzględnieniem systematycznej eliminacji bliskich mogących zaingerować w przynoszący ulgę proceder. Jackie to opowieść o pogłębionym w nałogu człowieku, który z owego nałogu wychodzić nie chce, nie zamierza i nie widzi powodu. Życie bohaterki toczy się w swoiście amorficznej przestrzeni – pozbawionej normatywnie akceptowanych potrzeb. Jackie zawsze wybierze narkotyk, a nie córki. I to pewnie w oczach wielu widzów jest jej największy grzech. Istotna jest jednak tylko kolejna pigułka – jak powrót do domu, jak przyjemny cień w upalne popołudnie.

Girls 3

W romantycznym finale drugiego sezonu Adam, targany uczuciem i troską o Hannah, biegnie do niej przez pół miasta, aby ukoić skołatane nerwy i emocje ukochanej. Teraz już nikt biegać nie musi – mieszkają razem.

Ewolucja i perypetie tego związku są osią trzeciego sezonu Girls. Poza tym dzieje się sporo. Hannah przeżywa kolejne pisarskie rozczarowania: zostaje zatrudniona jako copywriterka, a książka, którą miała wydać, okazała się obciążona korporacyjną umową o wyłączności dla innego wydawnictwa na…trzy lata. Marnie wciąż próbuje śpiewać, przez co wikła się w dziwną relację z dwójką mężczyzn. Jessa pogrąża się w narkotykowym nałogu, a Shoshanna, w oparach akademickiego szaleństwa, traci kontakt z rzeczywistością. Spotkania stają się coraz rzadsze, a coraz więcej spraw zaczyna toczyć się poza bezpiecznym kręgiem związku tej czwórki. Związek się rozluźnia i nawet „dziewczyński” wypad na weekend nie ratuje sytuacji. Każda z nich zajmuje się sobą, coraz bardziej nerwowo szukając recepty na dojmujące niezadowolenie z egzystencji.
Tętniące kolorami lakierów do paznokci mieszkanie Hannah, choć nadal nieuporządkowane i pełne dziwnych bibelotów, stało się mieszkaniem pary zdanej na tej przestrzeni już tylko na siebie lub niepowołanych gości (siostra Adama). Pary, która, w obliczu zawodowych aspiracji i zaangażowań, nie zauważyła, że się zmieniła, nie wypracowując nowego sposobu na wspólne życie. Zresztą to, w ciągu kilku chwil, zauważa mama Hannah (znakomity odcinek 9, w którym oglądamy Hannah i  trzy pokolenia kobiet z jej rodziny). Mówiąc córce kilka przykrych, lecz trafnych, słów na temat Adama (nie chcę, abyś całe życia musiała go socjalizować i dbać o jego dobre samopoczucie) daje jej perspektywę, na którą Hannah nie było do tej pory stać. Żeby jednak nie pogrążać widza w ostatecznym zasmuceniu, Hannah jednocześnie słyszy od babci: Kiedy nie będziesz mogła już na niego patrzeć i będziesz mu życzyć śmierci w potwornych męczarniach – nie martw się, to minie
Cały sezon jest więc konsekwentnie podobny do poprzednich – trochę dowcipny i zabawny, a trochę melancholijny. A kiedy robi się zbyt poważnie – kiedy zawodowe i prywatne życie dziewcząt zaczyna być nie do zniesienia, a widmo porażek i konsekwencji złych decyzji zbyt dojmujące – nagle pojawia się promyk nadziei. Pojawia się tęcza, dziecięce szczęście, uśmiech losu. Kiedy Hannah już prawie zaczyna być dorosła, kiedy prawie mogłaby zacząć odczuwać konsekwencje porzuconej w młodzieńczym geście pracy i kruszącej się relacji z partnerem – pojawia się zaproszenie na warsztaty literackie. W Iowa. Czyli daleko. Tam gdzie wszystko zacznie od nowa.
Hannah dostaje więc drugą szansę na nowe przyjaźnie czy związek budowane w duchu realizacji pokrewnych marzeń. Przede wszystkim jednak dostaje potwierdzenie, że jej aspiracje są słuszne. Lena Dunham, autorka Girls, podkreśla, że widz nie stawia przy Girls pytania: “z kim ona w końcu będzie, za kogo wyjdzie za mąż”. Zdaniem Dunham pytanie, jakie pojawia się w przypadku Girls to „czy zacznie w końcu pisać, czy dorośnie”.

I niewątpliwie trudno odmówić jej słuszności. Żałuję jednak trochę, że wysyła Hannah do Iowa. Że być może znów wrócimy do punktu wyjścia, zamiast obserwować, czy bohaterka w trybie tzw. normalnego życia jednak da radę coś ze sobą zrobić. Choć kto wie, w jakim punkcie życia zastaniemy bohaterki w kolejnym sezonie, zapewne ciągle gdzieś pomiędzy finałem Frances Ha, i początkiem Tiny Furniture.

Orange is the new black 2

Pierwszy sezon zakończył się klasycznym cliffhangerem – Piper, wyzwalająca się z okowów wychowania i własnych o siebie trosk, bije na oślep otumanioną religią współwięźniarkę. Bije, żeby zabić. Bije pewnie pierwszy raz w życiu. Na ile skutecznie powinniśmy dowiedzieć się w drugim sezonie.

I dowiadujemy się. W pierwszym odcinku blondwłosa bohaterka znajduje się niewiadomo gdzie, niewiadomo na jak długo i do końca nie wiadomo za co. Przekonana, że z nieogarniętej narkotykowej oszustki zmieniła się w morderczynię, ląduje w więzieniu-koszmarze – więzieniu koedukacyjnym. Chapman odbiera niechciane zaloty namolnego adoratora, zmaga się z towarzystwem dziwnych i napastliwych kobiet, a w dodatku kilka cel dalej mieszka…Alex. I tu następuje zwrot akcji, czyli sąd i rozprawa, podczas której Piper, znów trzymając stronę Alex, pakuje się w kłopoty.
Nie są to jednak kłopoty obarczone dużymi konsekwencjami, bo Piper wraca do domu. Czyli do Litchfield. Tu jest wszystko na swoim miejscu – Red, Rosa, Nicky, Taystee i Crazy Eyes. Widz może odetchnąć z ulgą – nie będzie skazany na powtórne oglądanie socjalizacji więziennej nierozumnej Piper.
W pierwszym sezonie świadkowaliśmy niełatwej przemianie głównej bohaterki z bezmyślnej „Pipes” w świadomą siebie więźniarkę – przemianie, którą wieńczy wspomniana już bójka, bójka, w której WASPowa, dobrze wychowana Piper nigdy by nie uczestniczyła gdyby nie więzienie, które zmienia, bo w końcu nikt „nie wychodzi stąd taki, jaki przyszedł”.
Zagłębiamy się w historie kolejnych bohaterek, coraz ciekawsze, bardziej intrygujące i złożone. Na postać wyjątkowo poruszającą wyrasta Rosa, której historia życia i namiętności są najbardziej romantycznym wątkiem całego sezonu. Przede wszystkim jednak obserwujemy szekspirowski niemal dramat, za sprawą zupełnie nowej bohaterki, Vee, która rujnuje hierarchię i ustalone zwyczaje Litchfield. Pojawia się pożądliwe pragnienie władzy i konsekwentna droga po jej zdobycie. Pojawiają się emocjonalne szantaże a także te zupełnie zwyczajne – pełne agresji i przemocy.

Historia upomina się tu też wreszcie o te najbardziej pomijane bohaterki – stare kobiety, które, jak pięknie pisał Różewicz, są “solą ziemi” i “tylko głupcy śmieją się ze starych kobiet; brzydkich kobiet; złych kobiet”. Stare więźniarki mówią o sobie “niewidzialne”, bo nikt się z nimi nie liczy. To jedyna grupa społeczna, w której kolor skóry przestaje mieć znaczenie. Przynależność wyznacza wiek i siwe włosy. I dbałość o dobre maniery.

(Trzeba jednak zaznaczyć, że choć w samym serialu o sprawiedliwość dla starych kobiet się upomniano o tyle już w rzeczywistości z tym jest nieco gorzej – bardzo trudno znaleźć bowiem jakiekolwiek materiały promocyjne z udziałem starych bohaterek.)
Orange is the new black już nie tylko cieszy się i chwali różnorodnością – ta została w pełni ukonstytuowana poprzez zepchnięcie Piper na drugi plan. WASPowa dziewczyna już się zmieniła, wtopiła w wielobarwność więzienia. I choć twórcy konsekwentnie budują narrację drugiego sezonu w oparciu o banalny schemat konfliktów pseudo-rasowych, wychodzą z nich jednak obronną ręką i wynoszą opowieści i emocje bohaterek w rejony zgoła odmienne i bardziej pogłębione. Mafijna niemal historia o dorastaniu, którą momentami nam serwują jest jedynie kliszą, wytrychem użytym ku budowie dramaturgicznej drabiny.

Drugi sezon Orange is the new black, choć rozpoczynający się słabym odcinkiem pierwszym (przeniesienie Piper do innego więzienia jest tylko chwilową reakcją na dramatyczne zamknięcie pierwszej serii, natomiast niewiele wnosi w historię sezonu drugiego), okazuje się produkcją znakomitą. Historie i emocje bohaterek zachwycają dojrzałością opowiadania, powolne wzrastanie napięcia i konsekwentne budowanie konfliktu aż do ostatniego odcinka mogą budzić podziw i stanowić wzorzec dla niejednej produkcji. Nie zabrakło tu także smaczków w postaci zmagającego się z własną niemocą Healy’ego, piorunująco krótkiej (szkoda) obecności Pornstasha czy absolutnie znakomitej Pennsatucky zastanawiającej się nad tym, jak lesbijki przejmą w końcu władzę nad światem…

Devious Maids

Gotowe na wszystko raz jeszcze? Prawie się udało.

Kiedy Marc Cherry, producent Gotowych na wszystko, wraz z m.in. Evą Longorią oznajmili światu, że oto zamierzają wyprodukować amerykańską wersję meksykańskiej telenoweli Ellas son la Alegría del Hogar, zawrzało. Serial jeszcze nie powstał, a już posypały się na niego gromy za rasizm, szowinizm i różny inny „izm”.
Bohaterkami Devious Maids są cztery, pracujące jako pokojówki/opiekunki domów, kobiety latynoskiego pochodzenia. Pracowite, urodziwe, cierpliwe względem dziwnych kaprysów ludzi, dla których pracują. Są nie tylko „pokojówkami” i sprzątaczkami, ale de facto prawdziwymi gospodyniami domów. To one sterują losami wszystkich mieszkańców. I są dla nich naprawdę cenne, jak mówi jedna z bogatych dam: “ukraść komuś męża, to nieelegancka sprawa, ale ukraść pokojówkę to prawdziwa zbrodnia!”. 
Devious Maids zarzucano przede wszystkim stereotypowość. Banalne postaci obleczone w równie banalne historie. I poniekąd rzeczywiście – charakter każdej bohaterek można zawrzeć w dwóch określeniach: Carmen – seksowna, cwana; Marisol – wykształcona, fałszywa; Rosie – pobożna, z wyraźnym akcentem; Zoila – mądra – matka. W fabułę zaplątana jest jeszcze jedna bohaterka – zamordowana Flora – (śledztwo jest osią fabularną pierwszego sezonu), która kolei marzyła o dziecku z milionerem, co dałoby jej szansę życia z alimentów (i oczywiście doprowadziło ją do zguby).
Jeszcze bardziej stereotypowi i uproszczeni są „biali państwo”. Są w znakomitej większości głupi, złośliwi i nieszczęśliwi (bo bogaci) oraz myślą przedmiotowo o podwładnych mówiąc np. „potrzebuję służącej, która umie odmieniać angielskie czasowniki” czy „przecież ta kobieta żyje z czyszczenia fug, z pewnością ją przechytrzysz”. W wersji oryginalnej pracodawcami również byli Latynosi, w amerykańskiej – wraz z podziałem zamożności doszedł rozdźwięk narodowościowy. Ten prosty schemat załamuje się jednak za sprawą piosenkarza – Alejandro – dla którego pracuje Carmen. Mężczyzna zatrudnia ją u siebie ze słowami „mam nadzieję, że nie ukradniesz sreber”.
I może się wydawać, że główny ciężar „izmów” i uprzedzeń nie tkwi jednak w pochodzeniu ale klasie finansowej. Wtedy w lokalnej gazecie pojawia się notka o zamordowaniu Flory, słyszymy komentarz „Strona 43. Gdyby była biała, trafiłaby na okładkę”. 
Argumenty przeciwników serialu o tym, że Devious Maids to „stracona szansa”, że latynoska społeczność nie doczekała się tu niczego więcej ponad standardowe, mainstreamowe reprezentacje, trudno stanowczo odeprzeć. Tę średniej klasy medialność czuć także w samej fabule, która nie porywa, perypetie bohaterek są niestety przewidywalne i standardowe (mamy tu bowiem i romans z białym, żonatym szefem, ślepą miłość do młodego, białego panicza czy marzenia o celebryckiej karierze).  Serial niewątpliwie ogląda się z przyjemnością, aczkolwiek pod koniec staje się już nużący, a bohaterki zbyt przewidywalne, aby utrzymać w pełni uwagę i zaangażowanie widza. Wyjątkowo męcząca jest także ścieżka dźwiękowa (również wzorowana na Gotowych…), z której wciąż powtarzany jest jeden kilkusekundowy akord/jingiel.

Pani Powell
Najważniejsze chyba jednak jest to, że to pierwsza tak głośna produkcja serialowa, w której cztery główne bohaterki (i aktorki) są pochodzenia latynoamerykańskiego. Narracja została w pełni oddana tej grupie społecznej, a uwaga widza koncentruje się na ich losach. Powiązania z Gotowymi… są dość oczywiste, ale i w uczciwy sposób komunikowane widzowi, który pamięta być może epizodyczny występ Carmen Luny w ostatnim odcinku opowieści o Wisteria Lane. Carmen, pracująca chwilowo jako „maid” u Solis’ów to oczywisty i oficjalny łącznik z nową produkcją. Stąd wszelkie podobieństwa w narracji, sposobie prowadzenia aktorek czy chociażby plakacie stają się tym bardziej uzasadnione.
Co istotne, serialowi udaje się uniknąć etykiety serialu „o służbie” – wszystkie bohaterki są ładne, zadbane (a przecież wiadomo, że jak służba to od razu pot, zmęczenie i niski kapitał…estetyczny), a zajęcie, jakiego się podjęły nie jest definiujące. Nie są także emocjonalnie zdominowane ani przez pracę ani przez ludzi, którzy je zatrudniają. Są niezależne, nakierowane na efekt (finansowy) pracy, a pobłażliwe spojrzenia „państwa” traktują z dużą dozą cierpliwości, którą na spotkaniach we własnym gronie przemieniają w urokliwą złośliwość. 
Wszystkie postaci raczej odgrywają i performują same siebie, tylko momentami pozwalając sobie na zdjęcie maski. Najciekawiej udaje się to w przypadku Powellów – jedynych naprawdę niejednoznacznych i intrygujących bohaterów. Być może jednak mamy tu do czynienia ze świadomą i celową eksploatacją popularnych klisz i pytaniem, czy coś nowego może jeszcze za nimi iść. I, jak przekonuje Eva Longoria, najważniejsze w całej produkcji jest oddanie głosu latynoskim bohaterkom, a cała opowieść jest odzwierciedleniem sytuacji społecznej współczesnej Ameryki, gdzie większość posad niań, kucharek, sprzątaczek czy opiekunek zajmują właśnie kobiety pochodzenia latynoamerykańskiego. Przypomina to trochę przypomina argumentację “lepszy rydz niż nic”, ale Devious Maids to całkiem przyzwoita produkcja, której oddać trzeba, że w mainstreamowy sposób ściąga uwagę widza tam, gdzie nie jest nawykły patrzeć. 

I bardzo jestem ciekawa, czy doczekamy się kiedyś serialu o polskich „devious maids” – Ukrainkach, opiekujących się polskimi staruszkami i dziećmi (to rzadziej, bo rodzice boją się wychowywać dzieci w obecności “obcego akcentu”), czyszczącymi podłogi na kolanach (bo gospodarze nie życzą sobie inaczej), bez dni wolnych, bez umów, a przede wszystkim bez spokoju, bo „zaproszenia”, które na Ukrainę trzeba wysyłać, mają coraz krótszy czas obowiązywania. 

Rząd

Na razie widziałam dwa sezony i szykuję się na trzeci. Polityczne perypetie z dodatkiem szerokich planów pięknej Kopenhagi przykuwają do ekranu.
<spoiler alert>

Poznajemy Birgitte Nyborg tuż przed wyborami do duńskiego parlamentu. Otoczoną szczęśliwą rodziną, wychodzi z pełnego ciepła domu i staje do walki, którą, ku własnemu zaskoczeniu, wygrywa. Obejmuje stanowisko premiera i tworzy rząd, potem jest już tylko coraz trudniej. Nieufność opozycji, wrogość kolegów z koalicji, reformy, dla których brakuje jej poparcia. Od tej codziennej walki nie ma chwili wytchnienia. W tym czasie jej życie osobiste, systematycznie, powoli i z nieubłaganą konsekwencją rozpada się na kawałki.  
To jednak nie Birgitte jest najbardziej fascynującą postacią Rządu. Mnie najbardziej frapuje jej najbliższy współpracownik, wizerunkowy (a czasem i nie tylko) doradca – Kasper Juul. To bohater wielowymiarowy, umykający prostym ocenom czy definicjom. Widz poznaje go jako oddanego szefowej pracoholika, ale i nieuczciwego, okrutnego dla kobiet mężczyznę, bezradnego wobec emocji i oczekiwań partnerki. Postać jest tak złożona i niejednoznaczna, że nawet kiedy widz poznaje traumatyczną historię jego dzieciństwa, staje się to już tylko dopełnieniem charakteru, a nie jedyną przyczyną i uzasadnieniem trudności życia dorosłego Kaspera. To jedna z najlepszych rzeczy, jaka udała się twórcom serialu. Dość ciekawe, choć raczej przewidywalne, są także postaci dziennikarek – Hane i Katrine (pozostającej w skomplikowanym związku z Kasperem). Warto dodać, że pracują w telewizji i prasie. Internet służy jedynie jako sposób rozszerzenia działalności brukowego czasopisma, nie ma więc wątpliwości, że “nowoczesne” środki przekazu prezentowane są w wątpliwie sympatyczny sposób.


Narracja Rządu prowadzona jest pierwszorzędnie. Przyjęta na początku zasada zamkniętych odcinków pozostaje niezmienna. Na początku każdej części poznajemy tytuł i cytat komentujący wydarzenia, które zaraz będą miały miejsce na ekranie (często będzie to Książę).  Potem krótkie wprowadzenie i zarysowanie tematu np. parytety w zarządach prywatnych spółek, weryfikacja przywilejów emerytalnych czy prywatna służba zdrowia. Po pewnym czasie jednak, do bólu wręcz stabilna konstrukcja zaczyna nieco nużyć. Zwroty akcji można wskazywać z zegarkiem w ręku, gdyż w każdym odcinku następują mniej więcej w tym samym momencie. To, co płynie w mniej usystematyzowany sposób to życie prywatne – zarówno głównej bohaterki jak i Kaspera. Tutaj problemy nie zawiazują i nie rozwiązują się na przestrzeni jednego odcinka.
W Rządzie, tak jak i w House of Cards (lub raczej w HoC jak w Rządzie, bo to duński serial był pierwszy oraz stanowił punkt odniesienia dla twórców serialu z Kevinem Spacey), wizja tzw. „dobra ludu” nie majaczy już nawet na horyzoncie. Gra toczy się na planszy, na której wyborcy nie występują. Ustawy omawia się w kuluarach, a najsilniejszą motywacją jest chęć utrzymania się przy władzy, stałe jej konstytuowanie i podkreślanie własnego znaczenia. Stąd też dość cynicznym, ale i dobrym posunięciem jest wybór na główną bohaterkę reprezentantki Patrii Umiarkowanych. Większość postulowanych przez premier i jej ugrupowanie kwestii to sprawy, którym w otwartej i nowoczesnej Europie nie wypada się sprzeciwiać.

I trochę jest to jednak rozczarowujące. Bo dlaczego postaci kontestujące decyzje rządu Birgitte muszą być tak ostentacyjnie odpychające? Nie mamy wątpliwości, że premier jest pozytywną postacią, nigdy w nią nie wątpimy. Nawet jeżeli względem najbliższych wykazuje się obojętnością lub swego rodzaju okrucieństwem, nawet gdy manipuluje lub zastrasza współpracowników. Widz wie, że to wszystko ma sens, że cel do którego dąży jest chwalebny, wie, że Birgitte naprawdę dba o interes publiczny państwa, a nie o własny. Jakże odmienna to wizja od wspomnianego już House od cards czy Bossa, w których to władza nie tylko demoralizowała bohaterów, ale sama ta władza nie miała innego celu niż reprodukowanie samej siebie. W Rządzie walka toczy się o „dobro”, a Birgitte – choć coraz bardziej surowa, samotna i pewna siebie – pozostaje Don Kichotem walczącym o słuszne sprawy.
Birgitte na stanowisku premiera wykonuje swoje obowiązki bez zarzutu. W tym czasie jej dom rozpada się. Po niecałym roku od wyborów, porzuca ją mąż, dzieci odsuwają się, aby w końcu dorobić się nerwicy (córka). Smutna konkluzja jest taka, że udana kariera bohaterki musi zostać okupiona katastrofą na polu prywatnym, gdyż mąż buntuje się przeciwko wykonywaniu „nieodpłatnej pracy kobiet” i ucieka. Zostaje to tylko raz skonfrontowane z wypowiedzią byłego premiera (mężczyzny), który zapytany czy zaniedbuje dom, odpowiedział:
– Oczywiście, że niestety tak. Wszystko trzyma się dzięki cierpliwości i oddaniu mojej żony.
Pojawia się zatem pytanie, czy postać premiera byłaby tak kryształowa, gdyby nie płeć. Bohaterka zostaje niejako ukarana za powodzenie, za władzę, której pragnie i którą dzierży. Czy jednak – gdyby wzorem HoC czy Bossa – nie tylko byłaby kiepską żoną i matką, ale dodatkowo marnym i interesownym premierem – czy wówczas zabrakłoby uzasadnienia dla obsadzenia na pierwszym planie postaci kobiecej? Bo czyż nie każda kobieta na wysokim stanowisku musi być o wiele zdolniejsza i pracowita od kolegi, z którym staje w szranki?
Wyłania się z tego obraz opowieści uporządkowanej i dość przewidywalnej. Bezpieczne poglądy polityczne, tradycyjny sposób opowiadania, a nawet wewnętrzne medialne narracje zapośredniczone przez zaufane, znane środki przekazu. Jedyną nowością w tym świecie jest premier-kobieta. Mam nadzieję, że w trzeciej serii twórcy pójdą już nieco dalej, zarówno formalnie jak i fabularnie.

Orange is the new black

Zrealizowany na podstawie autobiograficznej (wydanej pod tym samym tytułem) książki Piper Kerman, serial produkcji Netflix wprowadza widza nie tylko w meandry życia więziennego, ale, przede wszystkim, w opowieść o kobiecych relacjach, zależnościach i narracjach.

Piper Chapman to trzydziestoparoletnia, biała (co istotne), świeżo zaręczona mieszkanka Nowego Jorku. Poznajemy ją kilkanaście godzin przed stawieniem się w ośrodku penitencjarnym. Ta niewinnie wyglądająca blondyneczka jeszcze dziesięć lat temu przemycała narkotyki. Za namową partnerki. Teraz jednak kroczy prostą drogą praworządności, z której jednak los ją wyrzuca.
Bohaterka, nowy, więzienny, etap życia, rozpoczyna od katastrofy (krytykuje jakość jedzenia przy szefowej kuchni), po to by co jakiś czas wciąż popełniać mniejsze, bądź większe szkody i gafy. Spotyka tu morderczynie, narkomanki, siostry zakonne, kobiety szalone, agresywne albo podejrzanie milczące. Piper, jako nowa postać w zamkniętym świecie, przykuwa uwagę, a nawet dość szybko zyskuje adoratorkę (przepiękna postać – Crazy Eyes). Większość jednak na Chapman spogląda jak na rozpieszczoną, dobrze żyjącą reprezentantkę WASP. Nie wiedzą, że Piper nie jest majętna (próbuje rozkręcić z koleżanką firmę zajmującą się ręczną produkcją mydeł), a jej „wymarzony narzeczony” żyje z pieniędzy od rodziców jako niespełniony pisarz i niezatrudniony dziennikarz. Pewne uprzedzenia są zatem obustronne, bardziej jednak silne u Piper, która przez długi czas utwierdza samą siebie w przekonaniu, że jest inna, a do więzienia trafiła w zasadzie przez przypadek.
Crazy Eyes
Na tle więźniarek obarczonych niejednokrotnie ciężkimi przewinami i doświadczeniami, Piper rzeczywiście wydaje się księżniczką z innego świata. Kiedy krzywdzi innych, rozgląda się dookoła, aby wskazać na kogoś palcem wołając „to nie ja”, kiedy ktoś próbuje ją skrzywdzić, odwołuje się do instytucji, które z samej racji swojego i jej istnienia powinny objąć ją opieką. Główna bohaterka, pozbawiona własnych korzeni (rodzina, poza narzeczonym, nie jest dla niej punktem odniesienia), a więc i tożsamości wpada w tygiel więziennych spraw kompletnie nieświadoma i jakby intelektualnie spowolniona. 
Serial ogląda się znakomicie. Każdy odcinek ma swój temat główny, ale narracja rozpada się na wiele drobnych opowieści snutych przez pojedyncze więźniarki. Czasem zaglądamy w ich przeszłość – nie zawsze po to, aby poznać zbrodnię, czasem tylko po to, aby podejrzeć ich życie, uwarunkowania, które przywiodły je do zakładu karnego. Kiedy jedna zostaje warunkowo zwolniona – kamera podąża za nią, sprawdzając, co tam na nią czeka. Warto dodać, że Orange is the new black w pierwszym tygodniu biło oglądalnością nawet House of cards, a trzeci odcinek wyreżyserowała Jodie Foster.
Orange is the new black jest także chwalony jako znakomita produkcja poruszająca wątki lesbijskie. Jeżeli w ogóle można użyć takiego sformułowania, bo sugeruje ono jednak, że nadrzędny jest wątek heteroseksualny. A nie jest. Związek Piper z narzeczonym jest nieudany, mdły i nijaki. Trzyma go w ryzach wizja wspólnej przyszłości, dom i miły porządek. Wracając do świata kobiet, w którym Piper już funkcjonowana, zyskuje szansę konfrontacji z samą sobą i własnymi wyborami. Jak wiele lat minęło już od Słowa na L, w którym homoseksualność kobiet trzeba było zapisywać dużymi, drukowanymi literami, gdzie lesbijka była albo onirycznie delikatna i pragnąca dzieci, albo sportowa i testosteroniczna. W OITNB jest po prostu różnorodnie. Pod każdym względem. I ta różnorodność jest pokazana jako neutralność. Seksualność nie jest tu elementem determinującym bohaterki, ich charakterystyka idzie dużo dalej, subtelniej i zdecydowanie bardziej wieloznacznie.
Elementy komediowe i dramatyczne, umiejętnie splecione z interesującymi, choć nienachalnymi obserwacjami społecznymi to chyba najmocniejsza strona Orange is the new black. Zaraz po bohaterkach, które tworzą fenomenalny tygiel emocji i osobowości. Wprawdzie Taylor Schilling w roli głównej nie była w stanie wzbudzić we mnie zbyt wiele sympatii, ale drugi plan skrzy się i mieni od brawurowo zagranych i opowiedzianych postaci. Red, Taystee, Miss Claudette czy Crazy Eyes są fascynujące, złożone, dopiero „otwierające” się przed widzem, tak więc z niecierpliwością czekam na drugi sezon. 
Świat więzienia rozpływa się wśród codzienności bohaterek. Kiedy siedzą razem, planują fryzjera czy zakup klapek pod prysznic, miejsce, w którym to robią traci częściowo na znaczeniu, choć jednocześnie tak bardzo je uzasadnia. Ich opowieści równie dobrze mogłyby być snute gdzieś, w jakimś barze przy kolejnych drinkach.
Tylko bohaterki nigdy nie spotkałyby się na wolności w tym samym barze… 
Pomimo opresji, bohaterki Orange is the new black żyją w wielkiej intymności. W przestrzeni bezpiecznej i usystematyzowanej. Kiedy wkracza tam Piper Chapman – zachowując się jak osoba uprzywilejowana, mająca poczucie „normatywnej dominacji” nad towarzyszkami – zaczyna tę przestrzeń naruszać. I musi minąć wiele czasu i wiele doświadczeń, zanim zacznie się to zmieniać, a bezbarwna niewinność „Chap” zacznie nabierać kolorów.


Kobieta w Toskanii

I znowu nieserialowo: właśnie nadrobiłam zaległość kinową sprzed, już ponad roku, czyli Zapiski z Toskanii Abbasa Kiarostamiego. To kolejny obraz, po Shirin (składający się z ujęć kobiecych twarzy siedzących w kinie) z udziałem Juliette Binoche oraz pierwszy w całości zrealizowany poza Iranem.

Film opowiada historię spotkania. Ona i on – w toskańskiej miejscowości pełnej zaułków, spokoju i kawiarni ozdobionych słaniającym się już słońcem. On jest pisarzem, ona zajmuje się antykami – spotykają się, rozmawiają, spacerują. Wydają się parą obcych sobie ludzi, ewentualnie dawnych znajomych. Z każdą minutą dowiadujemy się więcej o ich relacji, choć momentami nie wiadomo, czy obserwujemy szczerą rozmowę, czy nieudolny spektakl.
Fabuła przypomina przypowieść z podręczników psychologicznych – oto para zagubionych kochanków w średnim wieku znajduje się w małym miasteczku, z którym wiąże się ich przeszłość. Być może szukają formuły dla swojego związku – nie są ani młodymi kochankami, ani dojrzałymi partnerami. Spotykają archetypicznych Starych Mędrców. Ona rozmawia z pulchną barmanką z kawiarni, żali się jej. Barmanka odpowiada tylko „akceptuj go”. On rozmawia ze starszym turystą – ten mówi „bądź blisko niej”.  I obie te porady mają chyba brzmieć, jak sposoby na uleczenie relacji, bądź recepta na powodzenie.
Równoległa struktura zachowań bohaterów wydaje się mieć na celu wyrównanie ich szans, pokazanie historii z obu perspektyw. To jednak tylko fasadowa konstrukcja. U Kiarostamiego to kobieta występuje w roli inicjującej, aktywnej. To ona zaprasza do zwiedzania, wybiera knajpkę na obiad, próbuje wytworzyć intymną atmosferę, uwodzi. Tu najważniejsza jest kobieta, jej emocje prowadzą film do przodu, ona podejmuje walkę i ryzyko porażki. Mężczyzna staje się, owszem, ostatecznym decydującym, ale postawionym w sytuacji konieczności wyboru i opowiedzenia się „za nimi” lub „za sobą samym”.
Pomimo początkowo zbyt wolnego tempa Zapiski z Toskanii ogląda się bardzo dobrze. Jak zawsze u Kiarostamiego jest tu sporo statycznych ujęć, dużo półzbliżeń, spojrzenia prosto w kamerę. Ciekawe też, że bohaterka nie ma imienia (on nazywa się James). Mimo że reżyser właśnie kobiecie poświęca większą część uwagi.
Podział charakterologiczny bohaterów jest niestety także uproszczony: ona-emocjonalna, chce walczyć o związek, on-zdystansowany, poświęcony karierze. I wprawdzie William Shimell w roli pisarza był chwilami zbyt drewniany, a Juliette Binoche zbyt rozedrgana, to ich melodramat wciąga, a szkatułkowość odsłaniającej się opowieści nie pozwala oderwać się od ekranu. 
Dziś impresyjnie, bez odwołań, analiz i porównań 🙂