Miasto Kobiet

Miasto Kobiet poznałam już dawno temu, w trakcie studiów. Niedawno pojawiłam się ponownie, zaproszona przez redaktor naczelną – Anetę Pondo. I tak przed Wami – letniowiosenne Miasto a w nim o kobietach pracujących dla pieniędzy, co – jak powszechnie wiadomo – przystoi tylko mężczyznom. Korpokobiety w natarciu!

Continue reading “Miasto Kobiet”

KORPO

KORPO dowodzi, że zbieractwo twarzy, tak popularne w marketingu wielkich brandów (patrz Play) nie zawsze jednak popłaca. Występujący w serialu KORPO  Youtuberzy nie tylko nie pociągnęli za sobą fanów (średnia ilość odsłon KORPO to ok. 50 000, u samego Mietczyńskiego to ok. 250 000; Czarne Owce Show – ok. 100 000), ale i zrezygnowali z tożsamości, które budowali na własnych, samodzielnych kanałach.

KORPO czyli serial internetowy zrealizowany w formie paradokumentu (jak np. Trudne sprawy). Jesteśmy w Korpopolu – spółce o cechach korporacji, o której wiemy niewiele ponad to, że jej pracownicy zajmują się fakturami, pisaniem artykułów i wszystkim innym, co może zlecić szef. Jest tu grupa osób udających, że pracują, zestresowany i naćpany kierownik, szef którego nikt nigdy nie widział, umowy śmieciowe, pan techniczny, który więcej psuje niż naprawia i oczywiście ksero. Nic więcej, nic mniej. Dość hałaśliwie, nudno i przede wszystkim nieszczerze.

Korpo eksploatowane jest tu jako skrajnie oniryczny twór, pozbawiony realnej tożsamości, zbudowany jedynie z kilku stereotypowych elementów (brak umów o pracę, kierownik idiota). Świat pracy w biurowcu to rzeczywistość absurdalna, reprodukująca schematy i tymi schematami jedynie się żywiąca. Miałką magmę powtarzalności zarówno ideowej jak i formalnej rozbijają nadzwyczaj częste wulgaryzmy i dowcipy fekalne. Jedynym ciekawym elementem estetycznym są pojawiające się co jakiś czas ujęcia z kamer przemysłowych – do dziewiątego odcinka włącznie nie zostało to jednak w ogóle wykorzystane, choć ma to potencjał przynajmniej kryminalny…

Formuła docusoap czyli serialu paradokumentalnego okazuje się w Internecie jeszcze bardziej nie do zniesienia niż w bezpiecznych ramionach Polsatu czy TVNu, gdzie mięsne jeże przynajmniej co jakiś czas przerywane są reklamami pieluch albo kabanosów. Na youtube pozostaje naga beznadzieja fatalnych scenariuszy i gwałcenia medium za pomocą potwornie długich ujęć. Przede wszystkim jednak z KORPO wyziera smutna konstatacja, że obrabiając wciąż ten sam korporacyjny, stereotypowy kontent niewiele można zdziałać, a z niespójności autorstwa, treści i formy wyziera już nie post-ponowoczesność tylko bałagan i zwyczajna nuda. 
Pan Yapa w KORPO jako Pan Andrzej

Minutki I i Musica Electronica Nova

Czyli Wrocław odsłona 1.

Nie wiedziałam, że dojazd do Wrocławia może trwać tak długo. I choć w każdej minucie wierzyłam, że to ostatnia – ponad siedmiogodzinna podróż Polskim Busem nie chciała się skończyć. Zamiast więc we wrocławskiej filharmonii spędzałam czas na drodze 94 w towarzystwie kilku pijanych panów, z których jeden zakończył dzień na komisariacie.
Taki był początek, a potem na szczęście już tylko lepiej.
Bo we Wrocławiu już wszystko było dobrze. Dobre było powietrze, pogoda i wydarzenia. Dobre było piwo w Mleczarni, taksówkarze i chodniki. Przede wszystkim jednak dobra była Musica Electronica Nova (VI edycja, 15-23.05). Czyli święto obrazu i dźwięku, bo festiwal organizowany przez NFM celebruje związki muzyki i sztuk wizualnych.  Dzięki temu, że w tym samym czasie organizowane jest Biennale Sztuki Współczesnej Wro – majowy Wrocław staje się fenomenalnym centrum sztuki audiowizualnej, po którym można krążyć wiele dni i wciąż czuć nienasycenia znakomitością dostępnych wydarzeń, pokazów, koncertów i seansów.
Na Electronicę Novą przywiodła mnie jednak nie tyle ciekawość, co praca. Wraz z Franciszkiem Araszkiewiczem gościliśmy na festiwalu jako uczestnicy jednego  z pokazów. Zaprezentowaliśmy Minutki I na cztery wiolonczele, elektronikę i wideo (minutka czyli w korpomowie zapis wniosku, postanowienia ze spotkania).
Kompozycja składa się z warstwy instrumentalnej (4wiolonczele, a tej roli znakomite Polish Cello Quartet), elektroniki w formie utrwalonej ścieżki audio (dźwięki elektroniczne i nagrane/przetworzone dźwięki open space’u) oraz elektroniki generowanej na żywo przez instrumentalistów za pomocą systemu opartego o mikrofony kontaktowe podłączone do wiolonczel. Warstwę obrazową tworzy generatywna animacja fraktalna oraz elementy przestrzeni biurowych poddane przetworzeniom, zarówno na etapie filmowania (poprzez nienaturalne kadrowanie, duże zbliżenia, oddalenia lub zachwianie proporcji) jak i postprodukcji poprzez odbarwienia, pojedyncze filtry, poliwizję ekranu. Poprzez te zabiegi obserwowanym rzeczom i przestrzeniom zostaje odebrany ich charakter, a tym samym znaczenie i sens. Stają się – niczym twory fraktalne – detalami współtworzącymi większą całość, które na co dzień pozostają ukryte, niezauważone i nieobecne.

To tak w skrócie i kilku słowach o tym, co zrobiliśmy. Koncert (a na nim także pokazy Thierry de Mey’a, Agaty Zubel i Damira Ocko) odbył się 18.05 w Kinie Nowe Horyzonty – zobaczyć swoje nazwisko na TYM ekranie to dla mnie sprawa absolutnie wyjątkowa i niezapomniana. 
Tu jeszcze duże podziękowania dla opiekunów i producentów koncertu – Alicji Pogłódek i Pierre’a Jodlowskiego, dzięki którym wszystkie możliwe elektrokatastrofy nie wydarzyły się 🙂

Dys(bio)topia lodowego królestwa

Fortitude, czyli miasteczko gdzieś na północy, ukryte między lodowcami, zasypane śniegiem i skute mrozem. Każdy mieszkaniec nosi w sobie tajemnicę, która przywiodła go w ten zmrożony śniegiem świat, łudząc się nadzieją na zapomnienie krzywd wyrządzonych w przeszłości.Wkraczamy więc rzeczywistość pełną znanych kodów – małe miasteczko, ponura północ, nie wiadomo gdzie i pod jaką jurysdykcją. 
Wszystko zmienia się wraz z wydobytym z lodu ciałem mamuta. Ten drobny z pozoru incydent wywołuje lawinę nieprzewidzianych zdarzeń i reakcji, a życie w miasteczku staje się niemal nie do zniesienia. Z każdym odcinkiem pojawia się kolejny trop, zazwyczaj ocierający się nawet o banał i stereotyp, jednak jego eksploatacja daleko wykracza poza standardowe rozwiązania fabuł kryminalnych. W połowie serii z kryminału przesuwamy się w stronę thrillera, by finalnie dotrzeć aż do epickiej narracji apokaliptycznej. Bohaterowie odsłaniają się poszukując winy nie we własnym postępowaniu lub splocie okoliczności, lecz zawsze chcąc nadać winie konkretny wizerunek – czy wielkiej korporacji szukającej zysku kosztem dóbr naturalnych, czy w czarnoskórym (jedyny) weteranie, grubasce czy robotniku. Zło potrzebuje twarzy krzyczało z ekranu przez cały sezon, a tę twarz najszybciej zobaczyć można w Innym, nigdy w sobie.
I choć prostota przekazu i moralizatorski wydźwięk opowieści stały się w pewnym momencie wręcz nieznośne – warto dotrwać do końca. Fortitude okazało się konsekwentnie budowaną narracją serialową, z wybitnie pięknymi zdjęciami pięknych, zimowych plenerów. Fortitude to świat zasad złamanych lub wręcz zasad anulowanych. Próżno doszukiwać się tu logiki (jeden z bohaterów kradnie wielkie wiertło, ale nikt tego nie zauważa) lub etyki (jedno życie jest mniej warte niż potencjalne uratowanie wielu innych) – nad bohaterami ciąży fatum, które – bez względu na starania i zaangażowania – prędzej czy później sprowadzi na nich i na całą zastaną rzeczywistość – katastrofę totalną. 

Gra o tron – wielki przeciek

Czyli Gra o tron ok. 20godzin przed premierą w sieci.

I to nawet nie odcinek premierowy, ale aż cztery. W ciągu pierwszych trzech godzin pobrało je ponad 100000 użytkowników, co nikogo nie dziwi, bo Gra o tron od początku była najbardziej piraconym serialem w historii. Po godzinie 10 rano naszego czasu GoT znalazło się już na naszym, swojskim Chomiku (i wbrew temu, co pisze Łukasz Orbitowski nie są to fatalne kopie), a ok. 16 pojawiły się pierwsze polskie napisy. Jak HBO ogłosiło kilkadziesiąt minut temu, pliki wyciekły od jednego z dziennikarzy, który otrzymał egzemplarz recenzencki serialu.
HBO, wierne do tej pory, tradycyjnej, czasem może nieco oldskulowej telewizji, było dostawcą niejednokrotnie znakomitego kontentu, ale już nie pionierem w sposobie komunikacji z widzem i kształtowania praktyk oglądania. W tej dziedzinie wyprzedził go Netflix udostępniający swoim abonamentowcom seriale w całości od razu. Premierę piątego sezonu Gry o tron poprzedziło uruchomienie nowej usługi z gatunku vod, czyli HBO Now (do którego promocji ściągnięto także inne gwiazdy stacji, np. LenęDunham ), pozwala ona – za abonament uzyskać dostęp do wszystkich materiałów stacji HBO, bez jakiegokolwiek mariażu z telewizją (bo tego ostatniego wymaga już znane HBO Go).
Buzz wokół Gry o tron był intensywny już od dłuższego czasu, do lokalnej akcji na facebooku “Nie śpię, bo Gra o Tron” zapisało się kilkadziesiąt tysięcy polskich użytkowników. Dziś jednak ilość share’ów w serwisach społecznościowych, artykułów, lamentacji lub głosów podziwu dla PRowców zapewnie bije rekordy. Jeżeli nagłe pojawienie się w sieci aż czterech odcinków serialu ma być formą zachęty i przedsmaku nadchodzącego „nowego oblicza stacji” to wkraczamy w intrygujący etap marketingu, którym będzie bazowanie na nielegalnych (a przynajmniej tak definiowanych przez duże korporacje) praktykach odbiorców. 
Jeżeli jednak całe wydarzenie jest wpadką, to mamy do czynienia z wielką korporacyjną katastrofą. I z kresem istnienia jakichkolwiek egzemplarzy recenzenckich. Oczami wyobraźni widzę managerów dostających zawału przy niedzielnych, amerykańskich śniadaniach. I wszystkich pracowników HBO, którzy będą mieć jutro piekło w pracy. Widzę popłoch i załamanie korporacyjnego boga, czyli PROCESU, co jest nawet zabawne. Widzę też, że w polskim oddziale HBO panuje zupełny spokój (cisza na Twitterze i unikanie tematu na fb) i brak zarządzania kryzysowego.
Taka w tym wszystkim pociecha, że nie czuję już palącej powinności zrywania się o trzeciej nad ranem, by obejrzeć pierwszy odcinek. Rano Internet i tak zaleje fala recenzji, opinii i spoilerów. I choć to już pewnie niechybna oznaka starości, wizja niezarwanej nocy budzi we mnie pewne zadowolenie.

A poza tym w tym czekaniu i nieściągnięciu tego, co dostępne, jest też jakaś perwersyjnie zapomniana przyjemność. 

Helnwein/Fast/Vienna Art Fair

Znowu był Wiedeń, już niby dawno i nieprawda, ale szkoda, żeby kilka ciekawych spraw umknęło. Wiedeń oczywiscie znów piękny, elegancki, trochę egzotyką owiany z powodu napływających, razem z zimową porą, Rosjan. Weekendowe tłumy na Kärtner Strasse i Graben jak zawsze nie do zniesienia, a metro bardziej czyste niż zazwyczaj (na Stephansplatz już nie śmierdzi!).
Gottfried Helnwein

W czołówce tegowiedniowych wrażeń pozostaje wielka wystawa Gottfrieda Helnweina w Albertinie (w tym samym czasie, w niewielkiej galerii fotografii –Preiss Fine Arts – także można było zobaczyć prace Helnweina, m.in. portrety Burroughsa, Bukovskiego czy M. Mansona). Malarz koncentruje się na portretowaniu dzieci poddawanych przemocy lub ową przemoc generujących. Są więc cykle dziewczynek w jasnych ubraniach skąpanych we krwi, odrażające, horroryczne kilkulatki z powykrzywianymi twarzami, czy martwe dziecko z buzią w talerzu (tu Helnwein zapuszcza się z twórczością w historię Niemiec – podczas II wojny światowej, żydowskie, lub też po prostu nie-aryjskie dzieci były często otruwane podczas posiłków). Dziecko odbiega od mainstreamowych niewinnych portretów kilkulatków, stając się zbrukane przemocą, której doświadcza, niejednokrotnie staje się równie przerażające jak sama narracja agresji w obrazie. Przemoc jest tu aktem przeciwko kulturze i przeciwko widzowi, teoretycznie przyzwyczajonemu do zapośredniczonych przez media obrazów przemocy. 
Osterwetter, 1969
Zdecydowanie mniej emocji (chyba że tych związanych z krążeniem po mieście w deszczu) zakosztowałam zwiedzając maleńkie (znane już po Vienna Gallery Weekend) miejskie galerie. Tym razem zjednoczenie sił odbyło się pod szyldem Vienna Art Fair, z której to okazji w galeryjkach odbywały się wernisaże, a po mieście krążyli łowcy artystów i dzieł sztuki. Można było obejrzeć prace zarówno rozpoczynających swoją karierę artystów jak i tak uznanych i „drogocennych” jak Herbert Brandl czy Mel Ramos (ceny jego prac dochodzą do kilkuset tysięcy euro).
Mel Ramos
Pod Karolem Boromeuszem, równolegle z Vienna Art Fair, trwało Vienna Content Art – w barakach/kontenerach swoje prace prezentowali rozpoczynający działalność artyści. Na placu znajdowała się jeszcze wielka biała kula – Isphere, której “działalność” można podejrzeć poniżej:
Niezmiennym punktem każdego wyjazdu jest oczywiście Mumok (w czwartki po 18 wejście za 5euro), a tam czekał Albert Oehlen i jego wspaniałe kolażowe prace z wykorzystaniem supermarketowych komunikacji. W obrazy wplecione są moduły gazetkowe, bilboardowe z prezentacją konkretnych produktów czy innych bezpośrednich ofert dla klientów. Z oczywistych względów, razem z A. Svatek i A. Magrot zajmuje więc obecnie czołowe miejsce wśród moich korporacyjnych ulubieńców. Korporacyjne klimaty były zresztą tym razem dość intensywnie reprezentowane, a to za sprawą „The personal effect of Kim Dotcom” Simona Denny’ego. Na wystawie widzimy przedmioty skonfiskowane przez policję podczas aresztowania szefa Megauploadu (i głównych zarządzających): kilkanaście telewizorów plazmowych, motor, potężne szafy/sejfy na gotówkę).
Albert Oehlen
Wisienką na torcie tej wizyty w MuseumsQuartier było znakomite video Casting Omera Fasta. Fast jest cenionym twórcą video, jego najnowsza praca Everything that rises must Converge została zaprezentowana w październiku. 
Casting z 2007 roku to video czterokanałowe, wyświetlane po dwa  ekrany – jedne „na plecach” drugich – łączy wspólny dźwięk. Jest to opowieść, rozmowa żołnierza (weterana z Iraku) z twórcą. Na jednej stronie widzimy wywiad w wersji oryginalnej – żołnierz w kraciastej koszuli, obaj rozmówcy siedzą w fotelach, niewiele się dzieje. Na pozostałych dwóch ekranach widzimy inscenizację opowieści żołnierza w formie filmu. Można obejrzeć po kolei obie wersje i dokładnie zanalizować, co inscenizacja do czystej narracji dodaje, co wzbogaca, co się zmienia, kiedy w dyskurs wchodzi „film”. Cały film jest przepięknie zrealizowany w formie niemal statycznych ujęć. Obraz nie zostaje tu przetworzony, ale widz, przez pewien czas, ma wrażenie, że obraz w jednym (lub obu) kadrze jest zatrzymany, kiedy na drugim pojawia się ruch. 
[prace Omera Fasta można obejrzeć na stronie jednej z reprezentujących go agencji artystycznych]
Na koniec jeszcze smutna refleksja o moim ukochanym wiedeńskim miejscu. Miejscu, w którym można było schronić się przed najgorszą pogodą, w ciszy i spokoju pobyć, pokontemplować i w dodatku nie wydawać na to pieniędzy. Ursula Blickle Videolounge. Już pisałam, że Ursula została eksmitowana z Kunsthalle. Obecnie kuratelę nad archiwum sprawuje Belweder i niestety boryka się ze złą organizacją, tak więc obecnie można już uznać miejsca za obumarłe. Bardzo miłe panie z obsługi polecają korzystanie ze strony internetowej, gdzie po uprzednim zarejestrowaniu można oglądać filmy. Tylko, że filmów na razie dostępnych jest ok. 200, co przy dawnych zasobach UBV brzmi dość żałościwie. Niestety, jak widać prawnicy wszędzie popełniają błędy, a w tym przypadku popełnili tak kardynalne, że po przeniesieniu siedziby UBV konieczne jest podpisanie nowych umów z każdym artystą. Tak więc szczerze wątpię, aby kiedykolwiek archiwum udostępniało tak dużo filmów, jak jeszcze ponad rok temu. Czasy intymnych seansów, w towarzystwie kawy z automatu za 90centów odeszły w przeszłość.
I teraz już nie mam co robić z drobnymi. Wróciłam do Polski z kilogramem mikrocencików, których nigdzie nie wypada wydać. Ani w knajpie, ani w sklepie, ani w muzeum. Do tego też służyła Ursula.

[*]

Newsroom 2

Jak znakomicie!

Tym razem, do biura redakcji wiadomości zaglądamy przez dziewięć odcinków. Tyle wystarczyło do opowiedzenia kilkunastu fenomenalnych historii.
McKenzie przestała machać rękami, a Will zdecydowanie rzadziej bywa obrażony. Gros opowieści ponownie zajmują wątki autentyczne wyjęte z najnowszej, najświeższej historii USA (np. wybory prezydenckie 2012). Tym razem jednak wątki autentyczne mieszają się z historią fikcyjną (Operacja Genua), który okazuje się być tematem przewodnim dla całej narracji. Fakty zostały nanizane na prawdziwie filmową, stworzoną przez twórców opowieść. To duża zmiana względem pierwszego sezonu, który z reporterską precyzją i puryzmem relacjonował wydarzenia, niejednokrotnie niezbyt interesujące dla widza spoza USA. Tym razem główny wątek chwyta za i serce i za rozum – możliwa akcja wojskowa z użyciem broni chemicznej przez „amerykańskich chłopców” to nie tylko opowieść o tworzeniu i przetwarzaniu prawdy dla widza, ale także komentarz do działań militarnych USA.
Newsroom 2 to mistrzostwo narracji. Opowieść przeskakuje, bez żadnych uprzedzeń, między oddalonymi od siebie o kilka miesięcy wydarzeniami. Do przeszłości nie trafiamy bezpośrednio, ale poprzez relacje kolejnych bohaterów, którzy te wydarzenia relacjonują z kolei grupie prawników, z którymi się spotykają. Dokładne przyczyny i wyjaśnienie, o co z tymi prawnikami właściwie chodzi pojawia się de facto około połowy sezonu – wtedy widz zaczyna w pełni rozumieć intrygę i całą narracyjną drabinę. A kiedy już się to w całości ogarnie, nie pozostaje nic innego, jak wstać z legowiska i ukłonić się twórcom za znakomite opowiedzenie ciekawej historii.
Przekaz pozostał ten sam – zaangażowani dziennikarze bez skazy dążą do prawdy i do sprawiedliwości. Nawet na drinka po pracy już za bardzo nie wychodzą, bo ciągle są w biurze. Trzeba podkreślić, że patrzą na rzeczywistość jedynie z perspektywy tego biura i ledwo zauważyli jak bardzo się ona na zewnątrz zmieniła. Redakcja nadal gardzi „nowymi mediami”. Choć z Twittera czerpią informacje, blogerzy to dla nich niewiarygodne źródło i tkwią więc w przekonaniu o wszechwładzy telewizji. Telewizji i normatywności, której w zajadły sposób bronią kontestując np. ruch OccupyWallStreet. Wątek Occupy ciągnie się przez kilka odcinków, a Will, w typowo dominujący, WASPowy i nieznoszący sprzeciwu patriarchalny sposób, wykazuje „okupującej” błędy ruchu i przyczyny jego niepowodzenia.  
Wątek “Operacji Genua” to główny konflikt tego sezonu. Nie chcąc zdradzać szczegółów ani spoilerować, napiszę jedynie, że pojawia się konflikt z Prawdą, Rzetelnym Dziennikarstwem i Korporacją (celowo dużymi literami. Zasady etyczne bohaterów są trwałe niczym skały, nie można zatem takich Wartości zapisać inaczej jak dużą literą). Najważniejsze jest, że tym razem, co i polityczne i symboliczne – wielka korporacja, którą reprezentują bohaterowie staje z nimi po tej samej stronie, kiedy przychodzi zagrożenie z zewnątrz. W pierwszym sezonie dziennikarze byli nie tylko pod własną presją, presją prawdy, presją widzów, ale i presją szefostwa, grożącą zwolnieniami za niewielką oglądalność. Konflikt był w środku, kiedy wyprowadzono go na zewnątrz bohaterowie stali się tym mocniejsi i moralnie imponujący.
Tym razem okazuje się, że wielka korporacja ma serce, rozsądek i honor. Tym bardziej więc, serialowe Occupy wypada wyjątkowo blado, bo korporacje też mają jak widać serce i kierują się dobrem jednostki. Konstrukt o tyleż intrygujący i pociągający, co trudny do wyobrażenia, ale Newsroom nigdy nie udawał apolitycznej opowieści.

Nurse Jackie 4

W ramach wakacyjnego nadganiania coraz większych zaległości, w jeden dzień pochłonęłam Siostrę Jackie, sezon 4. Jackie, pomimo trudności – powraca do formy, odradza się jak feniks z popiołów. Aczkolwiek ilość zgliszczy, które pozostawia za sobą wzrasta w tempie geometrycznym…

Odwyk. Najbardziej znienawidzone słowo przez Jackie. Aż do teraz. Bo w ramach popracowej rozrywki zaprasza do siebie nieznajomego mężczyznę. Piją piwo, flirtują i oczywiście zasysają nosem sproszkowane wyobrażenie szczęścia. Zabawa może nawet byłaby udana, gdyby nie fakt, że nieznajomy imprezowicz…umiera. Jackie dzwoni po pomoc do dr O’Hary. Z zaskakującą bezradnością wykrzykuje do niej „Muszę iść na odwyk!”. Kilka godzin później melduje się w ośrodku. Potem są już tylko: spanie, spanie, spanie, pocenie się, spanie, zajęcia terapeutyczne, pamiętnik. 
A potem znowu upór, brak pokory i wymknięcie na wolność. Do szpitala, gdzie pojawia się nowy zwierzchnik – właściwie korpo-zwierzchnik, gdyż szpital został wykupiony przez większą spółkę. Taką, dla której najważniejszy jest zysk, a All Saints Hospital pragnie zmienić w nowoczesne, dynamiczne i prominentne centrum medyczne. Ten nowy świat, świat korporacji Quantum Bay reprezentuje – Mike Cruz – dyrektor. Dynamiczny, aktywny, uporządkowany. Oszczędny i nakierowany na realizację targetu finansowego. Złote dziecię korporacji, które za wszelką cenę chciałoby pozbyć się Jackie. 
Czwarty etap przygody z Jackie ogląda się naprawdę znakomicie. Są tu wszyscy, których polubiliśmy do tej pory – szalona Zoey w kolorowych fartuchach, Eddie, O’Hara w ciąży, Bóg i wspaniała Akalitus. Akcja, już i tak zagmatwana, z każdą chwilą wydaje się sięgać krańca możliwych katastrof – wisząca nad Jackie wizja rozwodu, coraz bardziej oddalające się córki, własne problemy z odwykiem, przyjaciele, ścigani za ukrywanie jej nałogu. Do tego zacieśniajaca się powoli acz sukcesywnie pętla szpitalnej korporacji i jesteśmy w piekle. Świat Jackie wali się z odcinka na odcinek, a jej jedyną odpowiedzią zdają się być wykrzykiwane słowa – „Kiedy brałam, wszystko się układało!” i trudno w zasadzie znaleźć sensowną ripostę. 
I ze wszystkiego, co ją otacza – pomimo rozmaitych problemów przyjaciół – najsmutniejsze wydają się jednak zmiany w szpitalu, który Jackie tak bardzo kocha. Kocha za swobodę, za nieporządek i chaos, którego nie da się opanować, bo reprezentują świat choroby, zawsze niosący rozbicie i bałagan. Szpital, w którym opiekun rozmawia z pacjentem, pomaga mu, a nie tylko leczy. Teraz zamiast tego pojawią się identyfikatory – niezbędne do przemieszczania pomiędzy salami; maszyna do wydawania leków; bezsensowny remont dachu, aby umożliwić bardzo wizerunkowe lądowanie helikopterów; uniformy; dokładne rozliczanie materiałów medycznych i ewidencja czasu pracy. 
Korporacja wkracza w szpital bezlitośnie skutecznie, eliminuje słabe ogniwa, piętnuje błędy. I zmienia wszystko, już na zawsze. Szpital Jackie już nigdy nie będzie taki sam. I to jest niestety najsmutniejsze, pomimo uśmiechu, z jakim pozostawia widza ostatni odcinek.