Miasto cudów 2

Mając w pamięci estetyczne, acz męczliwe seanse pierwszego sezonu, do drugiej serii Miasta cudów zasiadłam bez entuzjazmu. Tak jak sądziłam – niewiele się zmieniło. Na szczęście jednak to zaledwie 8 odcinków.

Dla niezorientowanych (spoilery) – pierwszy sezon kończymy dramatycznym aresztowaniem Ike’a, właściciela hotelu Miramar. Do tego, emocjonującego, wydarzenia prowadzą nas rozliczne kłopoty, knowania i problemy, z którymi główny bohater boryka się cały pierwszy sezon. Niestety, już na początku drugiego całe napięcie ulatnia się, ponieważ Ike – w zasadzie bez większych komplikacji – szybko opuszcza mury więzienia. I to zdaje się być zasadą dla całej drugiej serii.
Wątki trwają dwa, trzy odcinki, aby potem zniknąć właściwie bez komentarza. Butcher grozi żonie, że jeżeli nie przyprowadzi najbliższej nocy Steve’ego do łóżka – zabije ją. Dwa odcinki później już o tym nie pamięta. Żona Ike’a, Vera, nagle powraca do tańca, który rzekomo ją wyczerpuje (nie widzimy tego, bo cały czas pięknie i świeżo wygląda). Zaczyna wspomagać się „zastrzykami wzmacniającymi” (wzorując się na Jackie Kennedy). Widz ma prawo podejrzewać, że ten proceder dokądś prowadzi. Czeka, aż pojawi się problem, uzależnienie, zmiany nastroju – cokolwiek. Niestety nie dzieje się nic (a jeszcze mniej się dzieje w aktorstwie Olgi Kurylenko). W pewnym momencie temat zwyczajnie znika, a widz czuje się oszukany. Pod koniec sezonu dowiadujemy się, że Vera nie może mieć dzieci i desperacko próbuje zaadoptować (czy też raczej przejąć) dziecko znajomej. Problem pojawia się znikąd i wydaje się, że został wprowadzony jedynie w roli zmiennika po wygaszonym temacie zastrzyków.
Brak spójności, ciągłości wątków i aspiracji bohaterów to największy mankament Miasta cudów. Wątki rozmywają się i mnożą, prowadzone są w powierzchowny, niejasny sposób. Wiele sytuacji pojawia się znienacka, nie znajdując w dalszej części stosownej kontynuacji. Temat przewodni, czyli legalizacja hazardu prowadzony jest chaotycznie, chwilami trudno pojąć, jaki jest stan faktyczny intrygi. Wydarzenia, na które czekamy – nie mają miejsca. Brak konsekwencji, logiki i ciągów przyczynowo-skutkowych były dla mnie niezwykle irytujące, a wrażenie, że widz lepiej pamięta akcję niż scenarzyści mocno niepokojące.

Ciekawym dodatkiem formalnym są oniryczne sceny Ike’owych snów. Pojawia się nawet nawiązanie do klasyki “kina pamięci” Dawno temu w Ameryce – Ike zamknięty w budce telefonicznej pogrąża się we wspomnieniach przy towarzyszącym mu natrętnym dźwięku telefonu. To wszystko jednak zdaje się być pustym zabiegiem, nie dopisującym zbyt wiele do stworzonego wcześniej obrazu bohatera. Wszyscy tkwią w ustalonych rolach i wyznaczonych torów charakterologicznych się trzymają: Butcher jak był zły takim pozostaje, podział na dobrego i złego syna jedynie się pogłębia, a niemrawe próby wzbogacenia postaci żony zakończyły się porażką. 
Miasto cudów uderza sztucznością, oglądamy piękne kostiumy czy stylizacje wnętrz na wysokim poziomie, ale nie ma tu, tak perfekcyjnie zrealizowanego w Mad Men, zespolenia bohaterów, fabuły i czasu. W Mad Menach kostium jest przylepiony do postaci, naturalny i, choć zachwycający, w zasadzie neutralny. W Mieście cudów wszyscy poruszają się, jak nakręcane laleczki poprzebierane w kostiumy, których nie chcą nosić, palą papierosy, których nie chcą palić i opowiadają historie, które nikogo tak naprawdę nie obchodzą. 

Marchlands, Lightfields

Nawiedzone domy na odludziu. Skrzypiące schody, rodzinne tajemnice i grzechy niezadośćuczynione pokrzywdzonemu.

Kiedy nie wiadomo, co obejrzeć, zawsze można sięgnąć po brytyjski serial. Cokolwiek. Na 90% będzie to produkcja przynajmniej dobra. Tak było też i tym razem. Przyszła pora na dwa zalegające już chwilę na dysku mini seriale i oczywiście – nie zawiodłam się. Marchlands i Lightfields to przykłady znakomitej, rzemieślniczej pracy serialowej, mogącej być miłym odpoczynkiem od, eksploatującego podobny motyw przewodni, American Horror Story.
Schemat jest wspólny: trzy epoki, trzy grupy bohaterów, jeden dom, który ich wszystkich łączy. Dom i jego tajemnice. Dom, do którego wprowadza się ktoś nowy i poprzez dziwne zdarzenia musi odkryć prawdę o dawnych mieszkańcach. Prawdę trudną, a nieraz i zbrodniczą. Domy są miejscami pamięci przeszłych wydarzeń, a także siedliskiem zbłąkanych dusz, które nie znalazły ukojenia.
Marchlands
W Marchlands historia domu zaczyna się od utonięcia małej dziewczynki. Oglądamy jej bliskich żyjących w latach 60, potem jesteśmy w latach 80 obserwując „zwykłą, angielską rodzinę”, aby dotrzeć do XXI wieku do losów młodej pary oczekującej dziecka w nawiedzonym domu. Dlaczego dziewczynka zginęła – nigdy nie wyjaśniono. Policja uznała to za wypadek, matka nigdy tej wersji nie zaakceptowała. Duch dziewczynki oczywiście domaga się wciąż własnej prawdy i stąd pojawienia, objawienia i dziwne znaki. W Lighfields schemat jest podobny. Zaczynamy w latach 30 i poprzez 70 docieramy do współczesności. Tu z kolei zginęła w pożarze nastoletnia panna. Wypadek? Podpalenie? Zemsta? Odpowiedź poznajemy dopiero w ostatnim odcinku.  
Marchlands i Lighfields, choć tak podobne, oparte są na nieco innej konstrukcji. W Marchlands dom łączy losy przypadkowo zetkniętych ze sobą ludzi. W Lightfields, także w najnowszej części, biorą udział bohaterowie pierwszych wydarzeń – możliwi winni, poszukujący wybaczenia. W Marchlands tragedię wygenerował przypadek działający jak efekt motyla. W Lightfields winnych jest wielu. Choć nie wszystkie elementy zostały rozwiązane (wina pisarki w Lightfields) w obu opowieściach dochodzimy finalnie do oczyszczenia i uwolnienia: duchów, pamięci, wreszcie – budynku.
Lightfields
Obie historie opowiedziano z dużą świadomością zarówno materiału fabularnego jak i filmowego. Oczywiście – niewiele kwestii może tu zaskoczyć. Jest wiec i kiwająca się kołyska, skrzypiące schody, drzwi, które same się otwierają. Jeżeli pojawia się duch, to objawia się dziecku. Napięcie rośnie powoli, acz konsekwentnie. Intrygę kryminalną utkano dość ciekawie i w nieoczywisty sposób.
Marchlands i Lightfields mają wszystko to, co kochamy w angielskich serialach. Znakomitą realizację, rzetelnie opowiedzianą historię, pieczołowicie dobrane kostiumy, scenografię, plenery i charakteryzację. Piękne angielskie pagórki i nastrojowe zaułki elegancko filmowane. Ciekawie potraktowano wątki kryminalne, tworząc z nich jedynie punkt wyjścia do opowieści o ludzkich koszmarach, niespełnieniach i kompleksach prowadzących do „grzechu”, w którym udział bierze wielu, nikt nie jest do końca winny, a ktoś traci wszystko.

Carrie Diaries


HBO, czyli matka jedynego, prawdziwego Seksu w wielkim mieście, nie miała nic wspólnego z produkcją Carrie Diaries. Łącznikiem w tym przypadku okazała się Candace Bushnell, autorka książek o perypetiach Carrie Bradshaw. Stacja CW ma na swoim koncie takie tytuły jak Plotkara i Pamiętniki Wampirów, zatem seriale adresowane do młodszej publiczności. 

Dwa dni temu minęło 15 lat od emisji pierwszego odcinka Seksu w wielkim mieście. Serialu przeze mnie uwielbianego, kochanego, serialu, który znam prawie na pamięć. Nie wiem, jak do tego doszło, że tę wiekopomną rocznicę świętowałam z Carrie odmłodzoną o ponad 15 lat, czyli z Carrie Diaries.

Carrie „pamiętnikowa” ma 16 lat. Kilka miesięcy temu straciła mamę (zmarła na raka), mieszka więc teraz z łagodnym i nijakim ojcem i siostrą o uczernionych kredką oczach. Ma dwie przyjaciółki – leniwą – która nie znosi wszelkiej pracy i chętnie uprawia seks z okolicznym policjantem na tylnym siedzeniu samochodu oraz kujonkę marzącą o Harvardzie. Jest tu też niejaki „Nowy”, czyli szkolny przystojniak, za którym Carrie szaleje. Dziewczyna trafia na Manhattan w ramach stażu w kancelarii prawniczej (ma być prawniczką, jak jej ojciec), a tam przypadkowo poznaje niejaką Larissę, redaktorkę magazynu modowego Interview. I tak wszystko się zaczyna. 
w domu
z Larissą i plastikowym kubeczkiem
Larissa dokonuje wielkiego „otwarcia umysłowego” Carrie – opowiada jej o szukaniu własnej drogi, seksie i równości płci. Sama proponuje nastolatce staż w redakcji, możliwości publikacji i szybko nazywa ją utalentowaną pisarką. Z ekranu co chwilę padają oczywistości godne filmów edukacyjnych z czasów zamierzchłych. Nie wiem, czy dzisiejszym nastolatkom trzeba powtarzać, że kobiety także rozmawiają chętnie o seksie. Chyba nie, skoro wiek inicjacji stale się obniża. 
Ciekawe w ogóle skąd pomysł, aby tak istotnym wątkiem serialu uczynić kwestię dziewictwa, którą dorosła Carrie skomentowała w jednym z odcinków:
– Pół jointa, trzy pchnięcia i po krzyku. Aaa, i było to na stole ping pongowym. 
Nie mogła zatem być tą Carrie, która cały czas mówi o tym, że pragnie by było „wyjątkowo”, nastrojowo i romantycznie. I z kimś dla kogo jest ważna. Autorzy Carrie Diaries dość lekko podchodzą jednak do spójności z oryginałem, w którym Carrie wspomina, że ojciec porzucił ją i siostrę – w nowym serialu ojciec jest całkiem w porządku, a mama umarła.
moda lat 80 wg Carrie Diaries
Młoda Carrie nie zna i nie potrafi wymówić „Manolo Blahnik” w sposób poprawny, a zgodnie z dominującą retoryką nazwalibyśmy ją w ogóle przyszłym słoikiem na dorobku. Carrie imponuje wszystko co znajduje na Manhattanie, tylko dlatego, że jest na Manhattanie a nie w rodzimym Connecticut. Wstydzi się tego, kim jest, zaczyna więc kłamać. Kłamie – na Manhattanie, w domu, w szkole – wszędzie (i to chyba jedyna spójna rzecz z dorosłą Carrie).  Marzy o życiu „astistic New York style yuppie”, chodzeniu po wielkomiejskich imprezach, kolorowych drineczkach, fancy ubraniach i jakościowych znajomych. Marzy o tym, aby wpleść się w tłum i zassać obowiązujące zasady. 
Dorosłą Carrie lubiliśmy także za to, że pozostaje w opozycji (przynajmniej częściowo) do tego „nowojorskiego światka” – uczestniczy w nim, ale często krytycznie. Bywa wszędzie, gdzie może bywać, ale często jednak z boku, często przypadkiem i wspólnie z przyjaciółkami i Stanfordem śmieją się z „high style bitches”. Carrie, która notorycznie pali papierosy i permanentnie trafia na jakiś życiowy przypał to nie ta sama ciupciowata dziewuszka, która otwierając umalowane oczka krzyczy „woooow” na widok znaku kierującego na Wall Street, a poczucie sukcesu życiowego osiąga, kiedy ktoś uznaje ją za rdzenną Nowojorczankę. 
Jeżeli jakaś warstwa Seksu w wielkim mieście zestarzała się i zdezaktualizowała, a Carrie Diaries to uwypukla to ta „brandowa”: umiłowanie marek, metek, butów, na które wydaje się pół pensji. Nie jesteśmy w Nowym Jorku lat dziewięćdziesiątych, czyli w czasach kapitalistycznego orgazmu.  Prezentowanie w 2013 roku, kiedy to premierę ma także drugi sezon Girls, bohaterki przyuczającej się do korporacyjnej konsumpcji wydaje się nieco dziwne. Nawet jeżeli iHipsterstwo marki nadal kocha, to inaczej o tym mówi. Nowa stara Carrie patrzy na świat sprzed erupcji konsumpcyjnej i sprzed kryzysu, wielka szkoda, że autorzy serialu tak banalnie postanowili tę postać przepisać na czas lat 80 tworząc z dziewczyny wygłodniałą bogactwa pensjonarkę całkowicie pozbawioną własnej osobowości

Cranford (Życie w Cranford, Powrót do Cranford)


Aby ukoić tęsknotę za spokojną, acz buzującą emocjami angielską prowincją – dotarłam do małego, urokliwego miasteczka. Do konserwatywnego, ale dzielnie stawiającego czoła nowoczesności, Cranford, opisanego piórem Elisabeth Gaskell. 

Początek lat 40 XIX wieku. Małe angielskie miasteczko. Ciasno zbudowane domki, wąskie uliczki. Z okien można nieomal zajrzeć sąsiadom do salonu. Trzeba przecież wiedzieć, co u nich słychać. Tak bywa między sąsiadami. Między przyjaciółmi. A już zwłaszcza – przyjaciółkami.

Główną obserwatorką życia w niewielkim Cranford jest panna Matty Jenkyns. Dojrzała kobieta, lubi robótki ręczne, nie znosi zielonej herbaty, a jej opoką i największym autorytetem jest starsza siostra Deborah. Od zawsze mieszkają razem, a od niedawna gości u nich młodziutka kuzynka Mary. Otacza je grono wiernych acz kapryśnych przyjaciółek. Spędzają wspólnie popołudnia, konsultują pojawienie się nowych mieszkańców, pomagają sobie w wybielaniu koronek i we wszelkich innych kłopotliwych sytuacjach, mogących burzyć spokój lokalnej społeczności. 
Cranford, pozornie harmonijne i spokojne, wciąż jest jednak targane dramatami. Elisabeth Gaskell nie stroni od obarczania swoich bohaterów, w przeciwieństwie do kwitnącej spokojem prozy Jane Austen, doświadczeniami tragicznymi. Prawie w każdym odcinku serialu ktoś umiera, a jeżeli nie, to w zasadzie możemy być pewni, że w kolejnym, ziemski padół opuszczą przynajmniej dwie dusze. Autorka nie ma skrupułów w pozbawianiu swoich bohaterów tego, co najbardziej kochają i w czym pokładają nadzieje. W zamian za osobiste niepowodzenia i małe klęski, daje im jednak możliwość zwycięstwa we wspólnocie. To przyjaźń i działania w grupie daje bohaterkom siłę i wsparcie w potyczkach z codziennością. 
Dziarskie panie z Cranford wciąż borykają się z nadciągającymi nieuchronnie elementami nowoczesności. Czy będą to tory kolejowe (więc w dalszej kolejności i transformacja miasteczka), czy samotna kobieta krocząca za trumną bliskiej osoby (tylko mężczyźni powinni bywać na pogrzebach) – nie ma to właściwie znaczenia. Przekraczanie granic obyczajowych jest dla bohaterek równie wstrząsające i wymagające dzielności. Starsze panie są gdzieś pomiędzy akceptacją i wychodzeniem naprzód zmianom a kurczowym trzymaniem się znanej im rzeczywistości.  
A dzieje się w tej rzeczywistości zaskakująco wiele – wspomniane już rozliczne śmierci, zaręczyny, zawiedzione nadzieje na zamążpójście, nadchodząca powoli emancypacja kobiet czy edukacja najniższych klas społecznych nieomal na grobie odchodzącej już arystokracji. Tak, panie z Cranford mają wiele spraw do przegadania.
Urzekających było tych kilka godzin (Życie w Cranford ma zaledwie 5 odcinków, a Powrót do Cranford 2) spędzonych z damami z Cranford. Esencję opowieści stanowią te nieobecne dziś delikatne gesty, wspólne spędzanie wieczorów przy jednej świeczce (są drogie), oglądanie świeżo sprowadzonych materiałów do sklepu Pana Johnsona czy obgadanie nowych mieszkańców. Serial zrealizowano z najwyższą skrupulatnością – kostiumy, scenografie, zdjęcia i dyskretny montaż. Jest tu wszystko to, za co kochamy angielską prowincję. Delikatne pagórki, dające poczucie bezpieczeństwa domy, spokój i harmonia pomimo przeciwności losu, wiara w otaczających ludzi i niezmiennie krzepiące dobre zakończenia.
Do tego wszystkiego należy dodać wspaniałą obsadę, są tu bowiem: znakomita Judi Dench, Eileen Atkins czy wyjątkowo brawurowa Imelda Staunton. Główne bohaterki są w wieku co najmniej balzakowskim i to one są tutaj najważniejsze. Historia staje się przez to także dużo ciekawsza. Do ostatniego odcinka dowiadujemy się nowych rzeczy o bohaterkach, odkrywamy tajemnicze karty z ich, już dość długiej, przeszłości. Kiedy pięć pań idzie dziarsko przez miasteczko, ramię w ramię, trudno nie mieć przed oczami scen z Seksu w wielkim mieście czy innych tzw. „babskich filmów”. Tu jednak mamy starsze panie, zamiast trzydziestoparolatek. Wreszcie.
Pojawiają się oczywiście i młode dziewczyny – służące czy panny na wydaniu, którym historia także poświęca nieco uwagi. Tutaj jednak pełnią role drugoplanowe, są ozdobnikami, dodatkami. Starsze kobiety wpływają na ich życie – doradzają, pomagają, czasem knują za ich plecami. 
Czepeczki, robótki na drutach przy świetle świec, koronkowe mitenki, spacery po niewybrukowanych drogach i wszechobecna uprzejmość. I niech ktoś powie, jak się w tym nie rozpływać 🙂

Downton Abbey


Przenieśmy się w miejsce, gdzie wszystko jest uporządkowane, a każda pora oznacza inną czynność. Zaplanowaną, której wykonanie poprzedza stosowne przygotowanie. Witajcie w Downton Abbey.

Słychać dzwoneczek zwiastujący pobudkę. Potem imbryk parzący kawę. Srebrne tace powoli zapełniają się porannymi smakołykami – jajkami na miękko, wędlinami, chrupiącym pieczywem. To wszystko otoczone szelestem spódnic i fartuszków. Właśnie rozpoczyna się poranek w Downton Abbey. Ogromnym domu rodu Crawley’ów. 
Dla kucharek, pokojówek i lokajów ten poranek rozpoczął się dużo wcześniej. Trzeba przecież posprzątać i przygotować domostwo nim państwo się obudzą. I wszystko idzie dobrze, spokojnie i w rytualnie znajomy sposób, aż do pewnego kwietniowego dnia, kiedy przychodzi wiadomość o śmierci dziedzica Downton. Tak się złożyło, że jaśnie państwo mają trzy córki – Mary, Edith i Sybil – i tak jak znamy doskonale z powieści Jane Austen – żadna z sióstr odziedziczyć majątku i tytułu bezpośrednio nie może. I wtedy pojawia się on – nowy dziedzic, Matthew.
I wcale nie chodzi o to, że jest nikczemny i niegodny pozyskania rodzinnego majątku. Wbrew obawom okazuje się odpowiedzialnym, młodym człowiekiem. Ale jego nadejście oznacza początek zmian. A to właśnie jest najtrudniejsze dla mieszkańców Downton  – dostosowanie do nowej sytuacji, akceptacja zmiany. Życie oparte do tej pory na porządku, regularności i stabilizacji powolutku zaczyna się sypać. Począwszy od braku dziedzica, przez wewnętrzne skandale i niesnaski (Mary, Edith), przemiany technologiczne i emancypację kobiet (elektryczność; spodnie Sybil)  i coraz bardziej niespokojną służbę (O’Brian, Rose), aż do totalnej katastrofy wszystkiego, czyli I wojny światowej ingerującej w życie Downton we wręcz chirurgiczny sposób.
Obraz przemian społecznych, grupowych zachowań, obyczajowości, konfrontacji dawnego i nowego świata to zdecydowanie najznakomitsza strona Downton Abbey. Opowieść, poskładana z wielu drobnych katastrof, toczy się w oszałamiająco wciągający sposób. Delikatne gesty, drobne słowa czy subtelności, jak ton głosu, jakim porozumiewają się bohaterowie przyciąga i wyostrza uwagę widza. Twórcy serialu w znakomity sposób pokazują delikatne, kawałek po kawałku, odchodzenie tzw. „dawnego świata”  – świata porządku, ustalonych reguł, pozycji i zachowań. Świata, który, „ułatwia” egzystencję, zapewniając człowiekowi stałą i niezmienną pozycję społeczną.
Kulejącym czasem punktami Downton Abbey są portrety psychologiczne bohaterów. Są niestety niekonsekwencje, niedociągnięcia, a czasem i zaskakująco ograne uproszczenia. Dlaczego żona Batesa musiała być aż tak podła i zła – wyjęta wprost z latynoskiej telenoweli? Podobnie Thomas i O’Brian, choć nie osiągają oni oczywiście tego poziomu nikczemności i małości. Rozumiem, że opowieść wymaga intryg, ale czy twórcy nie używają w tych przypadkach zbyt prostych metod? Wielokrotnie także np. Mary zachowuje się w niekonsekwentny, niezrozumiały sposób, ale nie będę teraz tego punktować, aby nie spoilerować 🙂
Downton Abbey ogląda się z wielką niecierpliwością, ciekawością i niczym niezmąconą przyjemnością – Maggie Smith zachwyca, balansując gdzieś na granicy eleganckiego zmagania z zaskoczeniami nowego świata a zniesmaczeniem ową rzeczywistością. Hugh Bonneville, Elisabeth McGovern – są wspaniali. Po prostu wspaniali. Godni, piękni, subtelni. Do tego cała drobiazgowość scenografii, kostiumów, pieczołowitość odtworzenia rytmu wielkiego domu. 
Rozpływam się w tych feeriach przecudownych kapeluszy, subtelnej acz jadowitej komunikacji między bohaterami, wyprostowanych plecach, uprzejmości i wiszącej aurze tego, co „wypada” lub czego „nie godzi się” zrobić. Już za kilkanaście dni premiera 3 sezonu, można nadrobić zaległości, aby, przy filiżance wytrawnej herbaty, spotkać się ponownie z dystyngowanymi, acz targanymi niepokojem mieszkańcami Downton Abbey. 
A dla wielbicieli i na zachętę dla pozostałych, wspaniała czołówka serialu:

Mad Men 5


No i niestety. Miało być dobrze, a wyszło… inaczej niż zwykle. Piąty sezon Mad Men wieje nudą, a przede wszystkim dziwnym przeobrażeniem bohaterów, których tak dobrze poznaliśmy przez ostatnich kilkadziesiąt odcinków.

Kilkadziesiąt odcinków Mad Men obejrzałam z zapartym tchem – obserwując dziwną mieszankę bogatej korporacji, podmiejskiego życia, kobiet szukających awansu i mężczyzn owe kobiety lekceważących. Było znakomicie. Bohaterowie pozostawali niepewni – cały czas miotający się między bezinteresowną podłością, naiwnością, smutkiem popychającym do niegodziwości czy też konwencją narzucającą opresyjne formy. 
Tym razem jednak nie było niczego. Ani emocji, ani katastrof, ani karkołomnych splotów nieudanych decyzji. A przynajmniej było ich niewiele. Rzeczywistość zaczęła płynąć w spokojnym, przewidywalnym tempie. Wraz z rozwodem Dona Drapera uleciała z niego wszelka pasja – ta do pracy i ta do życia (jakkolwiek  autodestrukcyjna ona nie była, to wciąż jednak pasja). 
Najbardziej zaskakujące jest słabe rozegranie dobrych pomysłów. Bo tych ostatnich nie brakowało – Pete Campbell rzucający się w niełatwy, toksyczny romans czy Joan i jej „wietnamskie” małżeństwo. Te dwie historie mogły być najciekawszymi wątkami tego sezonu – w przypadku Pete’a kierując ponownie uwagę widza na zamknięty świat „idealnych” małżeństw z przedmieść, a w przypadku Joan na jednostkowe skutki historycznych zawirowań. Niestety tematy, nie zostają rozwinięte, przez co stają się płaskie i rozczarowujące, a nawet pretensjonalne. Historia romansu Campbella owszem jest ciekawa, ale nie docieramy do tego, co w zasadzie najważniejsze, czyli przyczyn. Pete narzeka na swoje życie, widać, że się miota – nie  wiemy jednak, co go tak naprawdę uwiera. Nie dostajemy nawet kilku soczystych scen z jego życia domowego. A Joan? Historia młodej pary rzuconej na pożarcie historii wojny w Wietnamie, urywa się – małżeństwo rozpada się de facto w ciągu jednego odcinka i to w dość łagodny sposób. 
Kolejna niejasna opowieść to Betty – była Pani Draper, która przytyła i rozmyślanie o tym zajmuje jej właściwie całą uwagę. Jedyne fragmenty z udziałem tej bohaterki, to właśnie kwestie jedzeniowe – niestety nie docieramy do przyczyny tycia. Wątek nie zostaje rozwinięty, nie dowiadujemy się czy to np. efekt depresji (wykluczono zmiany nowotworowe). Sezon mógł się fabularnie wydarzyć bez jej obecności, ponieważ nie wnosi ona zupełnie niczego nowego do opowieści, jej postać nie rozwija historii.
Najdziwniejszy jednak ze wszystkiego jest Don. Nie interesuje go praca, nie interesują romanse, przygody ani w zasadzie nic. Nawet żona. Don nie zmienił się w dobrego męża pod cudownym wpływem prężącej się i rozczulająco zębatej, młodej żony, choć chwilami scenarzyści chyba próbują to widzowi wmówić. Don nie grzeszy uczuciem wobec małżonki – tak samo jak wobec Betty – jest opryskliwy, dokuczliwy, lekceważący. Don staje się karykaturą samego siebie – z upośledzonego emocjonalnie mężczyzny, zmienia się w maszynę do realizacji codziennych zadań i powinności. Nie emocjonuje go praca, ani małżeństwo ani zewnętrzne presje, którym dawniej podlegał. Uwolnił się, ujawniając tym samym całkowitą pustkę. 
Nie wiem, czy to chwilowe wypalenie tematu, czy chęć przetrzymania widza przed dokonaniem totalnej masakry w kolejnej serii. Zdecydowanie mam nadzieję, że to drugie. Byłoby mi bardzo żal kilkudziesięciu godzin zaprzyjaźniania się z bohaterami, aby zakończyć sprawę w tak miałki i bezpłciowy sposób. Liczę, że w kolejnym sezonie powróci ruch, pojawi się zmiana – i to nie tylko ta, sprowadzająca się do złapania kolejnego klienta czy poznawania zakamarków nowego biura. Mam nadzieję, że bohaterowie powrócą do dawnej formy, w jeszcze ciekawszym, dojrzalszym, nowym wydaniu.

Gra o tron 2

Czekałam z niecierpliwością. Pozwoliłam odleżeć się wszystkim dziesięciu odcinkom – leżakowały w otchłani przepełnionego dysku i dojrzewały. I niby było dobrze, oglądało się płynnie, ale jednak jakiś niedosyt i mętny brak satysfakcji nie dają mi spokoju.

Jestem po prostu trochę rozczarowana. Rok czekania, setki pochłoniętych stron pióra G. R. R. Martina, pełna gotowość bojowa do niekończącego się seansu i co? I dostaję 10 przegadanych odcinków. Odcinków, w których twórcy nie wiedzą, co w zasadzie opowiadają. W których ewidentne cięcia w postprodukcji zachwiały logikę i sens historii. Bohaterowie zostają spłaszczeni, pozbawieni  przemian emocjonalnych. 
Żeby było jasne – nie jestem ekspertką prozy Martina. Brnę powolutku przez kolejne tomy, co nie jest takie proste, zwłaszcza, że czytam zazwyczaj w autobusie przemieszczając się między pracą i domem. Nie pamiętam każdego centymetra historii ani każdego nazwiska, herbu czy powiedzenia zapisanego przez autora. Nie wymaga jednak szczególnej bystrości zauważenie pogłębiającej się w Starciu królów ciemności i mroku nad Westeros, rozpadu całej znanej wszystkim narratorom rzeczywistości; faktu, że uciekająca Arya, której wszyscy chyba kibicują, nie ma już właściwie dokąd powrócić. 
Autorzy serialu chcieli opowiedzieć wszystko, a jednocześnie dodali do opowieści nowe wydarzenia i postaci, tak jakby na kilkuset stronach książki czegoś mogło zabraknąć. 
Już w drugim odcinku pojawiają się niezrozumiałe przeinaczenia i nielogiczności. Rozpoczyna się on od rytualnego spalenia starych bogów i oddania czci R’hllorowi przez Czerwoną Kapłankę – scenarzyści nie pokusili się o wyjaśnienie kim owa bohaterka jest, komu sprzyja, a kogo próbuje unicestwić. Nie ma także odniesienia do dominanty symbolicznej całego tomu, jakim jest czerwona kometa – kometa, którą bohaterowie widzą, obserwują, budzi powszechny niepokój, nie wiedzą, co zwiastuje. Kometa pojawia się w pierwszym odcinku (widzi ją Bran), potem jednak znika. 
Robb poznaje tajemniczą sanitariuszkę (w książce żadnej sanitariuszki nie było, była inna dama, gdzie indziej i w innych okolicznościach): wątek miłosny poprowadzony zostaje w sposób wyjątkowo nachalny – dziewczyna jest bowiem piękna, ale i mądra. Tak mądra, że jako dziewczynka gardziła rozmowami o wstążkach i tańcach (to chyba miało być feministyczne, ale niestety nie wyszło), postanowiła, że będzie ratować świat. W związku z tym prowadzi konwersacje z Lordem Winterfell, Królem Północy – o tym, że kończą się jej nici operacyjne. Wkracza także niezaproszona do jego namiotu, aby, nie mając pretekstu do rozmowy, przerwać jego naradę strategiczną. 
Daenerys, która występuje w tej części książki w dość znikomym stopniu – w serialu gra niemal pierwsze skrzypce. Los Theona, jednego z najbardziej dramatycznych bohaterów, poprowadzony zostaje w skrajnie uproszczony sposób.
Można się oczywiście sprzeczać, czy zmiany były słuszne, czy nie. Ponieważ jednak nie oglądałam serialu sama, wiem także, że pewne wydarzenia są zwyczajnie niezrozumiałe dla osoby nieznającej pierwowzoru (wydarzenia między Jonem Snowem i Qhorinem Półrękim).
Ale wracając do samego serialu. Większość odcinków sprowadza się do filmowanych w półzbliżeniach twarzy konwersujących w podniosłym tonie o temat Ważnych Spraw. Co jakiś czas zmieniamy tylko scenerię, przenosimy się z sali do sali. Nie ma tu MIĘSA, dziania się, wiru, zasysającego po kolei wszystkich bohaterów. Oczywiście, nie jest nudno – historia wciąga i trudno oderwać się od ekranu, ale brakuje jakiejś iskry, która spajałaby całą opowieść. Zabrakło mi np. wzmocnienia momentu wysłania przez Nocną Straż kruków z prośbą o pomoc, na co żaden król nie reaguje. Wszyscy są zbyt zajęci wojnami o Żelazny Tron, aby zjednoczyć się w walce z abstrakcyjnym przeciwnikiem zza Muru. Być może nadałoby to całości jakiś jednolity wymiar, pozwoliłoby łatwiej ogarnąć sytuację przedstawianego świata skazywanego przez bohaterów na zagładę. 
Liczyłam po cichu także np. że poród Cienia przez Czerwoną Kapłankę i jego późniejsza działalność (Renly) zostaną rozwiązane w nieco bardziej niedopowiedziany sposób… Nie wiem także, po co przeraźliwie długie spojrzenie w oczy Innego w finale serii. Trochę zbędne wydają mi się także sceny łóżkowe w burdelu Littlefingera. Wyglądały, jak wtręt jakiegoś korpo-HBO-managera podkreślającego, że przecież twórcy muszą zachować spójność z wizerunkiem stacji – mocny seks więc być MUSI, bez względu na to, czy cokolwiek do opowieści w tym momencie wnosi. Bez zarzutu pozostaje jednak realizacja techniczna serialu – kostiumy, scenografia, zdjęcia plenerowe (kiedy już się pojawią raz na milion lat), może trochę brakuje statystów…
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórcy stanęli w obliczu jakiejś dziwnej bezradności wobec ogromu książki. Być może selekcja danych zawiodła. Być może należało zdecydować się na (sprzeczne z konstrukcją książki, ale mogło być sensowne w przypadku serialu) wybranie wiodącej postaci i momentu kulminacji, który powinien nadejść. W pierwszej serii był to Edd Stark i jego śmierć. W drugiej, scenarzyści chyba nie ogarnęli już mnogości wydarzeń, postaci i emocji. Wyobrażam sobie, jak siedzą nad laptopami, ogarnięci amokiem myślenia, co jakiś tylko czas podnosząc głowę, aby zawołać smutno „Co my właściwie chcemy opowiedzieć??”.

Miasto cudów

Miami – miejsce dla wyszminkowanych kobiet i bogatych mężczyzn. Bardzo bogatych. To także miasto kilku przestępców, zdrad i zbrodni. I wszystko skąpane w nieznośnie jasnym słońcu i błękicie przydomowych basenów.

Bohaterem nowego serialu emitowanego u nas przez HBO jest właściciel i zarządca wielkiego hotelu Miramar – Ike Evans. Żonaty, po raz drugi, z tancerką Verą, ojciec trójki dzieci. Niezły biznesmen, organizator, wizjoner. W zasadzie wszystko układa mu się idealnie, dopóki… Związki zawodowe nie blokują mu dostawy alkoholu tuż przed wielką imprezę połączoną z koncertem Sinatry. Wówczas Ike korzysta z pomocy  niejakiego Rzeźnika – bogatego i niezbyt łagodnego biznesmena. 
Na Ike’a spada coraz więcej kłopotów – rodzinnych, hotelowych, „biznesowych”. Jego wyprasowana koszula wciąż jednak pozostaje nienagannie biała, a garnitur wyczyszczony. Zresztą wszyscy, pomimo upału, są cały czas elegancko ubrani, kobiety umalowane i ufryzowane, buty zawsze lśniące. Nie można odmówić staranności realizatorom Miasta Cudów – zarówno scenografia jak i kostiumy pozostają cały czas naprawdę na najwyższym poziomie. Nastrój i klimat przełomu lat 50 i 60 oddany został znakomicie, wraz z nieodłącznym dymem papierosowym rzecz jasna.
Pomimo tej wspaniale imponującej fasady, brakuje tu niestety bardzo istotnego elementu. Brakuje bohaterów, a przede wszystkim kobiet. Bohaterek – ciekawych, interesujących, mających samodzielny wpływ na przebieg akcji. Takich, do jakich przyzwyczailiśmy się oglądając Rzym czy Mad Men, nie wspominając o Gotowych…Żadna z kobiet pokazanych w Mieście cudów nie jest ciekawie narysowana – ich dylematy sprowadzają się do realizacji banalnych kwestii: głównym kłopotem Very jest chęć zjedzenia obiadu z Jackie Kennedy, żona Rzeźnika pragnie przeżywać wielokrotne orgazmy z kochankiem za plecami męża. Poza nimi mamy prostytutki, prostytutki i jeszcze raz prostytutki, które również w Mieście cudów nic ciekawego do powiedzenia nie mają. Jedyną nieco bardziej nieoczywistą osobą wydaje się Meg, siostra zmarłej żony Ike’a, której motywacje nie są do końca sprecyzowane. 
Kobiety są w Mieście cudów pięknym i erotycznym dodatkiem: opowieść co jakiś czas schodzi na „drugi plan” zawieszając oko kamery na mniej lub bardziej plastikowej, ale zawsze umalowanej, damskiej buzi. Sprawy kobiet są poza „prawdziwym światem” (światem mężczyzn) – Vera u szamana voo doo lub ewentualnie dotyczą mężczyzn. Kobiety są przedstawione jedynie jako obiekty seksualne, realizatorki męskich pragnień i ambicji. 
Bolączka nieopowiedzianych postaci dotyczy jednak także mężczyzn, bo oni również nie są szczególnie rozbudowani. Wiemy, z czym się borykają, wiemy, co mają zrobić, jak działać. Ale czy tak naprawdę dowiadujemy się o nich samych czegokolwiek? Ike wydaje się bezosobowym, lekko znużonym biznesmenem, któremu na niczym nie zależy – ani na żonie, ani na dzieciach czy biznesie. Z nieuzasadnionych powodów, w sytuacji kryzysowej, staje rycersko w obronie prostytutki Judy – widz nie dowiaduje się jednak dlaczego tak mu na niej zależy. Czy kiedyś ją kochał? Czy miał wobec niej dług wdzięczności? Co łączyło ich w przeszłości? 
O Rzeźniku dowiadujemy się tyle, ze lubi pieniądze i jest BARDZO wręcz zły – jest nawet stosownie do charakteru filmowany, co wydaje się dość studenckim zabiegiem (odbijająca się w lustrze twarz lekko pijanego starszego mężczyzny, z nikczemnym uśmiechem i wielkim cygarem w ustach). 
Synowie Ike’a też są dość łatwi do rozgryzienia –jeden jest „zły” tzn. uprawia seks, pali trawkę i bierze udział w interesach ojca; drugi jest „dobry” – ma grzywkę, studiuje prawo i zakochuje się w służącej. 
Podsumowując – Miasto cudów ogląda się naprawdę znakomicie – akcja poprowadzona jest w zasadzie bezbłędnie, napięcie systematycznie rośnie, pętle wokół bohaterów zaciskają się z odcinka na odcinek – jest super. Liczę, że w kolejnej serii postaci zostaną chociaż trochę bardziej rozbudowane. 
Braku kobiet zupełnie nie rozumiem i jestem bardzo niemile zaskoczona. Czyżby tym razem twórcy naprawdę nie mieli NIC ciekawego do opowiedzenia o sytuacji kobiet w 1958 roku?

Piękni, wojenni chłopcy

Z lekkim opóźnieniem, ale udało mi się wreszcie skończyć czwarty sezon Czasu honoru. I wbrew początkowym wpadkom i obawom –  nie zawiódł. Chłopcy nadal są piękni, dziewczęta dzielne, a Warszawa waleczna. Z pierwszym odcinkiem przenosimy się do 1944 roku. 
Jest wiosna, świeci słońce – stolica jest pozornie spokojniejsza, bo już po powstaniu w getcie, ale wciąż przed powstaniem sierpniowym – trwa chwila zawieszenia i względnego spokoju. Bracia Konarscy są we Włoszech w szeregach II korpusu. Szybko jednak wracają do Polski, ale tylko po to, aby wpaść w czerwone łapska bolszewików. Sytuacja polityczna została odmalowana w pierwszym odcinku, możemy przejść do kolejnych perypetii. Matka Konarskich zostaje nadworną lekarką Złego Niemca (w tej roli oszałamiająco aryjski Robert Kozyra), Wanda zostaje wysłana do robót przymusowych na terenie III Rzeszy, Michał bierze ślub ze Złą Agentką, Janek, a wkrótce ciężarna Lena, zostają aresztowani przez gestapo.
W czwartej serii jest nieco mroczniej, chłopcy zmężnieli, są jacyś poważniejsi. W pierwszej scenie odcinka pilotażowego Bronek i Janek podrzynają gardła niemieckim żołnierzom. Otwarciowa masakra nie przeszkodziła jednak Bronkowi w paleniu papierosa – jest tak zaprawiony w bojach, że nie musi gasić papierosa w trakcie pracy. To już prawdziwy profesjonalizm. Chłopcy stali się mężczyznami – świadomymi zabijania i ryzyka, jakie podejmują. Wojna ich męczy, kolejne działania przestają być wyzwaniem, stają się koniecznością, od której nie można uciec. Zanim pomogą bliskim – muszą spełnić obowiązek wobec Sprawy (ratowanie pani Konarskiej, Wandy i Leny musi poczekać). Sprawy, która staje się coraz bardziej przytłaczająca. Także dla widza, który, świadomy biegu historii doskonale wie, że nic tej ciągle pięknej Warszawy uratować nie może i za chwilę wszystko znajdzie się pod gruzami, a piękni młodzieńcy przeniosą się do kanałów.
Trochę za mało tu powiewu idącego zniszczenia, nadchodzącego wymazania teraźniejszości (mam na myśli powstanie). Nie, żebym się spodziewała czegoś innego, bo jest to spójne z całą wizją historii w Czasie honoru – czyli raczej uskutecznianą ideologicznie grą w policjantów i złodziei, niż próbą oddania prawdopodobnej atmosfery grozy i wszechobecnego umierania. Z drugiej strony – może to i dobrze, że twórcy nie poszli w stronę głębszego przeżywania, bo szczęki Kuby Wesołowskiego i tak są już dość mocno wyeksploatowane od emocjonalnego zaciskania.
Jak w i poprzednich seriach, tak i teraz nie uniknięto oczywiście wpadek. No bo dlaczego bracia Konarscy będąc we Włoszech porozumiewają się z niejakim Benito po polsku, a on ich rozumie? Są też nieskończone wątki, wątki bez konsekwencji, wątki dramatyczne nie mające stosownego wydźwięku (zabicie żony Michała). Widać także, że twórcy za wszelką cenę chcą uniknąć śmierci głównych bohaterów. Nawet jeżeli ich los nieustająco zmierza w stronę katastrofy – udaje im się z niej wykaraskać. Ruda – działająca jako egzekutorka – od początku osuwa się w rozpacz i depresję. Nie może znieść tego, czym się zajmuje, a ja w związku z tym czekam na jej samobójczą śmierć. Oczywiście nic z tego. W przyszłym sezonie pewnie weźmie ślub z Władkiem. Kiedy zaaresztowano Janka, oczekiwałam dramatu i powtórki z akcji pod arsenałem, ale również się przeliczyłam, bo Janek najzwyczajniej w świecie uciekł z siedziby gestapo (:D).
Czwarta odsłona Czasu honoru utrzymała wcześniejszy poziom. Ogląda się dobrze, poza kilkoma dłużyznami, opowieść idzie dość płynnie i zgrabnie. Nadal jest tu wszystko to, co można lubić – klimat dawnej Warszawy, stylowe ubrania, wartości, ideały i ładna muzyka w tle. A wisienką na torcie i cudowną zachętą do oglądania kolejnej serii, której na pewno nie opuszczę, pozostaje dla mnie Komisarz Zawada w niemieckim mundurze, który pojawił się na chwilkę w ostatnim odcinku. 

Te piękne królowe

A więc koniec. Ostatni odcinek czwartej serii Tudorów. Przyzwyczaiłam się, oswoiłam, a teraz koniec. I żal. Przygoda z Tudorami, choć momentami zabawna i rozczarowująca, w ogólnym rozrachunku jest niewątpliwie pozytywna. 
Czwarta seria nie zaskakuje. Tak jak i wcześniej – króluje piękno i młodość, historia dzieje się przy okazji i nadal wybiórczo. Bo nie ma tu chorobliwej otyłości Henryka, tak potężnej, że musiał korzystać z maszyny, która „wciągała” go po schodach.

Nie ma specjalnego konia, który jest w stanie dźwigać  królewską tuszę. Noga gnije niemrawo. Na chwilę pojawia się na ekranie starość, przemiana, odchodzenie.

Być może czwartej serii daleko do sensacyjnych emocji z 1 i 2 sezonu, kiedy to serial wibrował energią trójkąta Katarzyna Aragońska-Henryk-Anna Boleyn, ale wreszcie zmienia się Henryk. Staje się kapryśny, zgorzkniały, histeryczny i nierozsądny. Czy wiek odbiera mu rozum? Bliscy wątpią w jego ocenę sytuacji, tracą zaufanie, kraj pogrąża się w konsekwencjach zdobycia Boulogne. Anglia popada w chaos i kłopoty finansowe. A król coraz bardziej szalony i nieznoszący sprzeciwu, mimo wyraźnej estymy wobec małżonki, Katarzyny Parr, zezwala na jej przesłuchania (oskarżenie o herezję). Henryk, ubrany w znakomite futra, coraz bardziej siwy, ucztujący, wygląda jak baśniowy Sinobrody. 
W miarę zbliżania się do śmierci, Henrykowi objawiają się byłe żony. Katarzyna wyrzuca Henrykowi zaniedbanie córki, jej staropanieństwo. Potem Anna Boleyn, która z niewiadomych przyczyn mówi, że ona i Katarzyna Howard zostały niewinnie skazane. Czego jak czego, ale Katarzynie Howard trudno  przypisać wierność, natomiast co do Anny Boleyn sprawa nie jest oczywista. Potem król spotyka Jane Seymour wieszczącą rychłą śmierć małego Edwarda. Czy to konieczne? Nie, ale względnie znośnie udało się wpleść w fabułę odcinka. Henryk żegna się z żywymi (odprawia córki i żonę do innego zamku, aby sam dokonać żywota), za towarzystwo pozostają mu wspomnienia, wyrzuty sumienia i oczekiwanie śmierci. 
No i spotyka tę śmierć. Dosłownie. Na białym koniu, w zwolnionym tempie, jedzie ku Henrykowi śmierć. Pomimo wielkiej życzliwości, z jaką oglądałam wszystkie cztery serie i znosiłam najrozmaitsze bzdury serwowane przez twórców, wizja kostuchy na białym koniu trochę przekroczyła moje możliwości poznawcze. Nie jest to jednak moment ostatecznej śmierci króla, tylko sen. Przepowiadający. Potem mamy jeszcze chwytający za serce skrót co ładniejszych kadrów z całego żywota Henryka, od uniesień młodości aż do pochmurnego i samotnego końca. I choć to bezgranicznie kiczowate i pretensjonalne, w jakimś stopniu może nawet chwycić za serce. 
I mimo tych ślicznotkowatych kobiet z rozpuszczonymi włosami, mimo Henryka za chudego i wiecznie młodego, mimo skrótów historycznych i kiczowatego finału, miłe mi były te cztery serie Tudorów. Oglądało się dobrze, lekko i przyjemnie. Romanse w kostiumie, przystojni panowie, eleganckie damy, to wszystko okraszone wiaderkiem krwi  i nutką grozy powiewającą znad Tower – udało się. Tylko teraz aż się prosi o serial o Edwardzie, Marii i Elżbiecie. Wątpliwe, aby Showtime zdecydowało się na taki krok, więc pozostaje mi na razie Bidwell i Zweig. No i przepiękny Henry Cavill na tapecie 🙂