Ragnar Kjartansson / Vienna Gallery Weekend

Wiedeń jak zawsze okazał się piękny, niezawodny i wspaniały. Bzy już kwitną, pod Karolem Boromeuszem już leje się piwo (aczkolwiek  kulturalnie, cichutko i bez ekscesów), a miasto przyzwyczaja się do wyższych temperatur. 

Oprócz znanych i utartych ścieżek trafiłam tym razem i na nową rzecz.  Vienna Gallery Weekend, czyli cykliczne (to już piąta edycja) wydarzenie zrzeszające niewielkie galerie współczesne z serca miasta, które (choć czasem trudno dostępne) przez te konkretne trzy dni (3-5.05) są otwarte dla wszystkich zwiedzających od rana do wieczora. W akcji bierze udział ponad 30 galerii, gęsto usianych wokół Ringu.

Obejrzeć można było wszystko – od rzeźb i malarstwa, przez video, aż do performance’u. Większość prezentowanych artystów to raczej młode osoby, jeszcze poza mainstreamem wystawienniczym. Kilka nazwisk zanotowałam, kilka już mi uleciało z pamięci.  
Wracając jednak do tych bardziej znajomych już miejsc, w Thyssen Bornemisza Contemporary Art po raz kolejny czekał imponujących rozmiarów spektakl video – Ragnar Kjartansson i jego Visitors
Kilkoro muzyków, wielki dom Rokeby Farm w Barrytown (Nowy Jork) i jedna piosenka. Grana wspólnie i przez każdego z osobna. W innym pomieszczeniu, na innym instrumencie. Piosenka, czy też raczej zaśpiew, powtarzany na różne sposoby przez ponad 60minut. Once again I fall into my feminine ways.

Cała przestrzeń galerii wypełniona została wysokimi na ponad 2,5 metra ekranami, na których wyświetlane były kolejne części składowe video-performance’u Kjartanssona. Visitors, to film video składający się z 9 różnych obrazów, filmowanych jednocześnie w różnych miejscach, w tym samym czasie. Kjartansson, powołujący się w wywiadach na Stockhausena, po raz kolejny eksploatuje możliwości muzyki przestrzennej i tym razem robi to na ekranie.
Każdy z obrazów istnieje samodzielnie, najważniejszy sens nadaje tu współobecność melodii płynących z innych ekranów. To dźwięk jest elementem spajającym, wypełniającym znaczenie i nadającym emocje, obraz jest wtórny, niespójny, pokawałkowany. Kamera pozostaje cały czas statyczna: to ponad 60 minut, nieruchomych ujęć przez część czasu niewypełnionych w ogóle obecnością człowieka (przed końcem muzycy odchodzą ze swoich stanowisk, najpierw gromadzą się w jednym pokoju, potem wychodzą z domu) pozostawiając na pastwę odbiorcy czysty, nieruchomy obraz. Całe wydarzenie filmowane jest jednocześnie w kilku pomieszczeniach. Nikt nie ukrywa tu świadomości istnienia kamery – każdy z muzyków jest dokładnie okablowany, wyposażony w stosowne wzmacniacze i mikrofony, widzimy także jak na koniec wydarzenia jeden z nich powraca po kolei do każdego pomieszczenia i zbliża się do kamery, aby ją wyłączyć.
Kjartansson miksuje kilka estetyk – koncertowego live streamingu, home movie (mam na myśli raczej samą ideę home movie, jako filmu robionego w domu, intymnie, ze świadomością kamery, a nie estetyki wizualnej, która w tym przypadku jest akurat odmienna), performance’u.
Muzycznie, islandzki artysta odwołuje się, jak sam to określa, do „melodii romantycznej desperacji”. Podkreśla także, że piosenka celowo jest niezwykle prosta. Kjartansson w jednym z wywiadów zaznaczył: Muzycy często pozują, jacy to są inteligentni, jacy obyci „słucham Schoenberga, Stockhausena”, a potem idę do ich domów i widzę na wierzchu zgoła inne nagrania!. Melodia jest rzeczywiście prosta jak drut i kontemplacja Visitors dłużej niż pół godziny może być już nużąca. W kółko powtarzane, jak mantra, słowa bardzo szybko zaczyna się samemu nucić i nawet subtelne polifonie nie utrudniają odbiorcy tego zadania. 
Visitors kojarzą mi się z brytyjskimi filmami, w których grupa przyjaciół zamieszkuje wspólnie stare, nieco tajemnicze, gmaszysko, razem spędza czas, tak naprawdę nic nie robiąc poza piciem alkoholu i kontemplacją zieloności ich wolnego czasu. W ostatniej scenie video Kjartanssona bohaterowie/występujący odchodzą w dal, spacerując po pięknej soczystej trawie, piją wino, a autor biega z gitarą kompletnie nago. Prawdziwie sielski obrazek.
Ragnar Kjartansson jest islandzkim artystą, muzykiem, performerem. W 2010 roku reprezentował swój kraj na weneckim Biennale. Jednym z charakterystycznych cech jego twórczości jest intymność przejawiająca się zarówno np. we współpracownikach (w Visitors są to jego przyjaciele-muzycy, w Me and my mother jest to jego matka, w Song są to siostrzenice, występuje także z żoną) jak i formie – czyli mamrocząco, kojącym powtarzaniu tych samych fraz, co przypomina bardo domowe śpiewanie, kiedy z zasłyszanej piosenki w radiu zrozumie się tylko jedną linijkę refrenu i powtarza ją potem w kółko (Visitors, Song, Piece for eight guitarists). 
Ragnar Kjartansson

Xenia Hausner, Noa Eshkol/Sharon Lockhart


Od czego najlepiej rozpocząć Nowy Rok? Od wybierania zaległego urlopu i wakacji. Najlepiej wakacji w Wiedniu pulsującym wciąż świątecznymi dekoracjami i wszechobecnymi rosyjskimi turystami. 

Wśród znanych i utartych szlaków poruszania się po Wiedniu, tym razem znalazło się też miejsce na kilka nowych adresów, takich jak Bawag Contemporary czy Thyssen Bornemisza Contemporary Art. Do tej ostatniej dociera się trochę na czuja – idąc od Taborstrasse – okolica zdaje się zupełnie „nieartystyczna”, raczej pełna dziwnych szisza barów, kiosków „Call center Jarosław” (naprawdę!) czy sklepów „Sharon’s Stone”. Plakatów galerii nigdzie nie było, a ulica skończyła się przed odnalezieniem numeru. I kiedy już, już ulatywała nadzieja… pokazał się on. Przeszklony front nieco starszego już budynku (a właściwie całego kompleksu budynków tworzących centrum TBA) otwiera park, którego głównymi gośćmi są właściciele psów. 
Na głównych drzwiach wisi uprzejma karteczka: „Przed wejściem prosimy o zakup biletu w sklepie”. Bardzo chętnie, tylko gdzie sklep? Szumnie nazwany sklepem budyneczek obok (ozdobniony kartką A4 “SHOP”), pomimo wyglądu, nie był zamknięty na cztery spusty. W środku siedziała dwójka mówiących po angielsku hipsterów – bilety 5 (normalny) i 3 euro (ulgowy), więc całkiem przyjemnie. 
W kolejnym, równie niepozornym budynku znajduje się pokaźna kolekcja rzeźb Gustinusa Ambrosiego.
Do 24 lutego można w opisywanej TBA oglądać wystawę podsumowującą współpracę izraelskiej tancerki (Noa Eshkol) i amerykańskiej artystki współczesnej (Sharon Lockhart). Głównym elementem wystawy jest film Lockhart (norweska autorka filmów) Five Dances and Nine Wall Carpets by Noa Eshkol, poza tym prezentowane są rysunki Eshkol i jej „textile works”, czyli patchworkowe kobierce, nakrycia. Te ostatnie widz ogląda zarówno na żywo, w fizycznej przestrzeni galerii oraz jako elementy dekoracyjne prac video. 
Lockhart koncentruje się na prezentacji powtarzalności ruchów tancerzy, symultaniczności, prostocie i czystości przekazu cielesnego, prezentacji tańca zarówno jako doświadczenia kolektywnego jak i indywidualnego, a przede wszystkim kontemplacyjnego. Każdy element ciała stanowił według Eshkol swoiście osobny, równie ważny i wyrazisty człon. Ruchy tancerzy są chwilami toporne, dziwne, a chwilami zupełnie klasyczne, wręcz baletowe. Surową oprawę dźwiękową wystawy tworzy bardzo przyjemne, rytmiczne stukanie (trudno mi określić instrument, bądź też inne źródło dźwięku) zmuszające widza do fizycznego wręcz odczuwania płynącego z ekranu rytmu.
 Pierwszy film (emitowany jeszcze w budynku SHOPu) emitowany jest bez muzyki, zgodnie z założeniem Eshkol, że w ciszy zarówno widz jak i tancerz musi skoncentrować się na efekcie emocjonalnym samego ruchu.
                                                                                     Sharon Lockhart o współpracy z N. Eskhol
Odmienną i bardziej drapieżną niż ulotnie medytacyjna kobiecość w TBA pędzla Xeni Hausner można oglądać do 20 stycznia w Essl Museum. Olejowe, niezwykle barwne, dużego formatu obrazy  prezentowane na wystawie ÜberLeben (Surviving) to głównie portrety kobiet. Uchwycone podczas rozmowy, dotyku, spotkania. Trudno oprzeć się wrażeniu niezwykle sensualnej, homoerotycznej atmosfery obrazów. Hausner portretuje bohaterki w konkretnych, przyziemnych sytuacjach, a mimo to nadaje obrazom charakter symboliczny i paradoksalnie niejednoznaczny. Obrazy są także uszkodzone – z zewnętrznych fragmentów powyrywane są całe płaty i fragmenty sztalug. 
Ekspozycja malarstwa Hausner znajduje się na górnym piętrze galerii Essl, aby dojść do obrazów należy przejść obok potężnej instalacji Suspended Suspense (zrealizowanej specjalnie dla Essl Muzeum) – nad obrazem dwóch leżących kobiet (na obraz spoglądamy z tarasu, jest piętro niżej) wisi potężny głaz. Meteoryt ma ok. 3 m wysokości, portret dziewcząt ok. 3,5 x 3m. W tle słychać muzykę (czyt. szumy) Karla Essla. Boczne ściany rotundy wypełnia namalowana pościel, ta sama, w którą zawinięte są bohaterki. Kobiety są bezpiecznie schowane w wielowymiarowej przestrzeni pościelowej jamy stworzonej przez Hausner (która przez wiele lat pracowała jako scenografka). W oku odbiorcy tworzy się perspektywa katastrofy rujnującej ten idylliczny i  niepokojący obraz.
 
I tak minęły kolejne dni w Wiedniu. Gdyby nie zlikwidowana w Kunsthalle Ursula Blickle Videolounge i omyłkowe (i kosztowne) wkroczenie na kiepską wystawę austriackich grafik i karykatur w (uprzednio zawsze bezpłatnym) Mumokowym Freiraum, inspiracje byłyby niezakłócone 🙂