dlaczego targi sztuki sa trudne?

pięć dni w trasie. koncert inaugurujący działania fundacji ap kunstart (tak, nowy projekt!), art week berlin, parallel vienna i vienna contemporary. dwa opóźnione samoloty, niedziałające metro w berlinie, mróz i gorąc na zmianę i wiedeński początek roku, czyli tłum wszędzie. dużo wszelkich wrażeń i zapachu pieniędzy, bo to właśnie na targach czuć najmocniej, że sztuka to nie tylko świat idei i formy, ale biznesu. dużego biznesu pełnego ludzkich emocji, osobistych ambicji i pragnienia uznania.



trzy wymienione przeze mnie eventy to kilkaset galerii i art spotów i tysiące, tysiące obiektów na zaledwie kilka dni początku jesieni, na kilkanaście godzin spaceru, dwa aparaty i głowę, która miałaby to objąć.
każda z tych trzech imprez jest inna, inny sposób organizacji, marketingu i atmosfera. łączy je niekończące się dla widza poczucie przytłoczenia i postbaroku wrażeń. bo obejrzeć wszystkiego się nie da. bo targi i eventy rozrzucone po całym berlinie to za dużo na półtora dnia. bo parallel w biurowym budynku i dziesiątki pokoików na kilku piętrach bez windy to za dużo. bo marx halle – z całym swoim porządkiem i statecznością skąpaną w sushi i aperolu – na finał, to też dużo – zwłaszcza gdy brak motywu przewodniego, a komunikacja rozpierzcha się po artystycznej drobnicy.

atrakcją berlińską była agnieszka polska i jej “demon brain” – wielokanałowa instalacja wideo skupiająca uwagę wokół procesów niezauważonych – tu, na procesie dostarczania listu – dziś w ogóle już nieistniejącego. polska opowiada więc o tym co pomiędzy, między początkiem a finałem. w wiedniu z kolei było drogo i po wiedeńsku, czyli aljoscha, xenia hausner i hermann nitsch, z drobnym powiewem świeżości w postaci frapujących instalacji michala cimali.

były to piękne dni, ale targi bywają trudne bo to dni przesytu. bo każda z prac domaga się uwagi, każde nazwisko chce być zauważone i docenione. każdy wystawca czeka na deal i potwierdzenie od losu – idziecie dobrą drogą. widz jest więc w pozycji paradoksalnej – udręczony i uświęcony. zmęczony i permanentnie bodźcowany nowymi wrażeniami. niewyróżniający się z tłumu spacerowiczów, ale i i w pozycji władzy, bo w boksach targowych wszyscy mają niemal równe szanse. wiedeńskie mam i warszawska czułość. galerie z łotwy, czech i pekinu. młodzi artyści i giganci jak christian brandl czy hermann nitsch (parallel masters). każdy ruch widza jest obserwowany i oczekiwany. czy w ogóle się zatrzyma? czy chce coś kupić? czy coś wrzuci na instagram?

przez część targów przebiegłam tuż przed zamknięciem, część white boxów odwiedziłam z nosem w galeryjnych notatkach. nie wiem, ile zrobiłam zdjęć w trakcie tych paru dni, ale więcej niż jestem w stanie obejrzeć.

i to “za dużo” jest wspaniałe i dobre, choć wymaga trawienia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *