Happy birthday, Mr President

Wystarczyło mi jedno zdjęcie urokliwej Katie Holmes, aby w ciągu dwóch godzin rozpocząć ośmioodcinkową przygodę z The Kennedy’s. Czy to możliwe, aby biednej i udręczonej żonie scjentologa wreszcie trafiła się, inna niż reprezentacyjna, rola? Tak absurdalny pomysł wymagał błyskawicznej odpowiedzi. 
Historia rodziny Kennedy’ch jest fascynująca. Polityka, władza, seks, śmierć. Dużo śmierci. Nagłej, niespodziewanej, z cudzej ręki. Wiedzionej nienawiścią? Zazdrością? I jak właściwie wygląda życie za murami Białego Domu? Czy Pierwszej Damie podaje się herbatę a od zapinania sukienek ma osobnego służącego? Miniserial The Kennedy’s nie do końca próbuje odpowiadać na takie pytania. Zaglądamy do Białego Domu, poznajemy ludzi, ale mało tu smaczków, plotkarskich czy pornografizujących informacji. Jest przyzwoicie.

The Kennedy’s miało być początkowo emitowane w History Television w Kanadzie, potem jednak prawa przejęło ReelzChannel (już USA). Problemy z miniserią pojawiły się już przed realizacją, kiedy to swoje wątpliwości odnośnie wizerunku rodziny zgłaszały bliskie jej osoby. Problemy z dystrybucją i krytyką trwały, o czym można spokojnie w Internecie znaleźć całkiem sporą ilość informacji. Tak czy owak, serial w końcu wyemitowano, a ja mogłam rozpocząć ośmioodcinkową przygodę a Panem Prezydentem.
Historię rozpoczynamy od początków drogi politycznej Johna Kennedy’ego. Dowiadujemy się o niespełnionych ambicjach jego ojca i śmierci brata – Josepha, w którym rodzice widzieli przyszłego polityka. Brat zginął na wojnie, a nadambitny ojciec postanowił do polityki wepchnąć przystojnego Johna. John nie chce, a jego talenty do oficjalnych przemówień wołają o pomstę do nieba.  I już przez sekundę pomyślałam, że oglądam wywrotowy serial o Człowieku, Który Nie Chciał Być Prezydentem Ameryki. Nic z tego. Nagle John dostaje olśnienia. I już wiemy, że jego powołaniem nie są sztywne, oficjalne przemowy mówione z pamięci. John potrafi mówić z serca, chwytać za duszę, przytulić słowami wyborcę, który od razu się w nim zakocha. 
Najciekawszą postacią wydaje się senior rodu Kennedy’ch (w tej roli wspaniały Tom Wilkinson) – chory na władzę, niespełniony polityk, kochający ojciec i wiecznie niewierny mąż. To on wpycha synów w świat polityki i po kolei ich tragicznie traci. To on przez pewien czas próbuje sterować działaniami już prezydenta Keneddy’ego. Zawsze wszystko musi wiedzieć, zawsze dba o wizerunek (namawia Jackie, aby nie rozwodziła się z mężem mówiąc, że to zniszczy jego karierę).  Na koniec uwięziony na wózku (po wylewie), zdany na opiekę niekochanej żony i przemyślenia odnośnie własnych win. Na jego tle chłopięcy John F. Kennedy (John Kinnear) wydaje się chwilami nieporadny, czasem szczeniacki, zagubiony. 
Jaki będzie serial dowiadujemy się już w czołówce. Piękne i poważne wizerunki bohaterów, amerykańska flaga wynurzająca się z czarnego tła, patetyczna i dumna muzyka. W międzyczasie urywki z autentycznych zdjęć z lat ’60 i co bardziej dramatyczne sekundowe ujęcia z poszczególnych odcinków. Od początku wiemy, że będzie dumnie, przystojnie i baaardzo amerykańsko. Trudno oczywiście, aby było inaczej. A co w środku? Mnogość retrospekcji, zmiany w chronologii (początek „zmiany czasu” zawsze zostaje oznakowany właściwą datą w dolnym rogu ekranu). Opowieść obejmuje lata od młodości Johna Kennedy’ego i początków jego kariery politycznej (choć sięgamy też do wydarzeń jeszcze wcześniejszych choć z perspektywy jego rodziców), aby zamknąć się na ślubie Jackie Kennedy z Onassisem oraz zabójstwie Roberta Kennedy’ego. Długo i bogato, bo wydarzeń historycznych, społecznych i prywatnych nie brakuje – dzięki skokom czasowym udaje się jednak uniknąć wrażenia chaosu czy powierzchowności w opowiadanej historii (co dało się odczuć w Domu Saddama). Oczywiście, że wszystko jest przewidywalne, że sięgamy przede wszystkim do wydarzeń, które pozwalają tworzyć pozytywny wizerunek rodziny (np. walka o równouprawnienie rasowe) lub są zbyt znane, aby je pominąć (romans z Marylin Monroe). 
 
Najpilniej obserwowałam oczywiście Jackie Kennedy. Czy dowiem się czegoś więcej, ponad już obejrzanymi biograficznymi filmami? Czy przełamie się wizerunek wspaniałej, dobrej i pięknej kobiety? Niestety nie. Jackie jest piękna, dobra, i bardzo samotna w przestrzeniach Białego Domu. Jest jednocześnie niezmiernie głupia w akceptacji mężowskich romansów, które od początku akceptuje i umie się z nimi pogodzić. Kiedy pyta szwagierkę o receptę na sukces ich małżeństwa, tamta odpowiada: „po prostu go kocham”. I trudno nie zauważyć, że między parą prezydencką miłości zbyt wiele nie ma. Szacunek, współpraca, wspólne cele. Tak. Ale uczucie? Państwo Kennedy tylko raz mówią sobie „kocham cię” – na kilka chwil przed zamachem. I trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że to takie wyznanie przedśmiertne, żeby nie było, że uczucie nie istniało.  
Serial jest ciekawy, dobrze zrealizowany, bardzo przyzwoicie opowiedziany i sklejony. A że chwilami przewidywalny? W tym przypadku okazuje się to zupełnie znośne.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *