acta

Dziś tylko linki, których już właściwie komentować nie trzeba. Pozostaje nam tylko wstydzić się, że inicjatywa powstała za czasów polskiej prezydencji UE i dzięki staraniom naszych reprezentantów. Miejmy nadzieję jednak, że nie obudzimy się w Nowym Wspaniałym Niekopiowanym Świecie Orwella.

Poniżej krótkie objaśnienie (może w dość dramatycznym tonie, ale z drugiej strony czemu mielibyśmy zachowywać stoicki spokój?) o co chodzi.

 
Oraz świetny komentarz na blogu Mirka Połyniaka.

In treatment 2

Podążając za ciosem nadrabiania zaległości, w ciągu tygodnia pochłonęłam In treatment 2. Paul Weston i jego nieograniczenie nieszczęśliwi  pacjenci  tym razem spotykają się w Nowym Jorku. Paul jest rozwiedziony, wyprowadził się, mieszka sam. Albo raczej – sam z problemami pacjentów.

Ciemna klatka schodowa, Paul otwiera drzwi. Czarnoskóry mężczyzna wręcza mu kopertę. To pozew sądowy, a mężczyzna jest, znanym już z pierwszej serii, ojcem Alexa – byłego żołnierza. Ojciec  obwinia Paula za śmierć syna. Uwolnienie się od wyrzutów sumienia i przepracowanie słusznej bądź niesłusznej winy będzie jednym z ważniejszych zadań dla Paula w tym sezonie. 
Dzięki pozwowi poznaje także pacjentkę, której będzie poświęcał poniedziałkowe poranki. To Mia, prawniczka z kancelarii prowadzącej jego sprawę. Mia była już kiedyś pacjentką Paula, teraz powraca. Wtorek to dzień z April, studentką architektury chorującą na raka i zmagającą się z autyzmem brata. Środa – Oliver, syn rozwodzących się, niedojrzałych rodziców. Czwartek – Walter, prezes korporacji cierpiący na bezsenność. Piątkowy wieczór to ponownie spotkanie z Giną. 
I tak jak w pierwszym sezonie, z każdym odcinkiem dowiadujemy się kolejnych prawd o pacjentach, ale i o Paulu, choć wydawać by się mogło, że po pierwszej serii wiemy już o nim wszystko. Bardzo szybko jednak widz zostaje wyprowadzony z tego błędnego przekonania. Coraz więcej dowiadujemy się o jego przeszłości, rodzicach, motywacjach, bieżących zachowaniach. Zaskakuje, kiedy odsłania swoją słabość. Zaskakuje podczas spotkań z Giną, kiedy to wchodzi w rolę niesfornego pacjenta. 
Twórcy trochę bazują na stereotypie – Mia – wydaje się być postacią wyciągniętą z kobiecych czasopism. Czterdziestokilkuletnia kobieta sukcesu, zamożna, bezdzietna, samotna, aktywna seksualnie. Dodatkowo – pewna siebie, drapieżna, wymagająca. Rolą Paula jest rozwikłanie tej przewidywalnej konstrukcji, dogrzebanie się do praprzyczyn zachowania. Ale jest w tym coś zabawnego, jeżeli dochodzimy do wniosku, że kobieta sukcesu musi mieć za sobą traumatyczne dzieciństwo. Może Mia jest trochę rozwinięciem Laury z pierwszego sezonu. Może Laura za dziesięć lat, jeżeli nie okiełzna swoich problemów, „skończy” jak Mia – zamożna, szanowana, ale samotna?
Najciekawsze i największe zmiany zachodzą podczas spotkań środowych, kiedy to Paul spotyka się z małym Oliverem i jego rodzicami. Rodzina przychodzi po pomoc w trakcie rozwodu, bardzo szybko okazuje się jednak, że problemy, z jakimi się boryka są dużo potężniejsze niż konieczność w miarę pokojowego przeprowadzenia dziecka przez rozstanie. Do głosu zaczynają dochodzić indywidualne głosy każdego z rodziców, którzy – do tej pory wypełniając obowiązki wobec dziecka – teraz chcą zająć się własnymi potrzebami. Rozwodzą się właściwie nie do końca ze sobą, tylko z poczuciem przynależności i zawłaszczenia przez dziecko. Trudno nie współczuć Oliverowi, który w całym tym galimatiasie nie jest niczemu winien, ale rodzice wydają się dużo ciekawszymi postaciami. Fascynujące jest, jak próbują odrywać się od niesionego balastu i zbudować nową relację bez konieczności rezygnacji z siebie. 
Interesującym wątkiem konsekwentnie prowadzonym jest (nie)przekraczanie granicy w relacji terapeuta-pacjent. Paul broni informacji o sobie niczym niepodległości, a tym razem atakowana jest nawet jego przestrzeń fizyczna – Mia rozgaszcza się w kuchni, kiedy Paul raz poczęstuje Olivera kanapkami, ten będzie ich oczekiwał też przy kolejnym spotkaniu. Terapeuta zawozi do szpitala April, unikającą chemioterapii. Po tym wydarzeniu dziewczyna będzie oczekiwała, że zacznie pełnić rolę jej opiekuna i na chemię będzie ją stale woził. Kiedy Paul raz odwołuje sesje wszyscy pacjenci mają do niego pretensje, dopytują się dlaczego, a enigmatyczna odpowiedź „Nagła sprawa rodzinna” tylko ich rozsierdza. 
Zdarzają się też dziwne wpadki scenariuszowe. Nie wiadomo skąd i dlaczego, Paul mówi byłej żonie, że ją kocha i chce wrócić do domu. Nie omówił tego wydarzenia z Giną, nie zdradzał, że ma takie pragnienie. Z punktu widzenia fabuły było to całkowicie zbędne wyznanie, bo absolutnie nic z niego nie wynika, ani nic go nie poprzedza. Wydawałoby się także, że w drugim sezonie nie pojawią się także pytania typu „What’s goin’ on?” – „Co się dzieje?” – kwestia wyjaśnienia tego „co się dzieje”, jest chyba przedmiotem całej terapii, więc  takie pytanie brzmi po prostu śmiesznie. Zwłaszcza jeżeli Paul pyta o to zwijającą się z bólu (z powodu wszczepionego portu) April.  
Dziś krótko, jestem w trakcie trzeciego sezonu 🙂

Piękni, wojenni chłopcy

Z lekkim opóźnieniem, ale udało mi się wreszcie skończyć czwarty sezon Czasu honoru. I wbrew początkowym wpadkom i obawom –  nie zawiódł. Chłopcy nadal są piękni, dziewczęta dzielne, a Warszawa waleczna. Z pierwszym odcinkiem przenosimy się do 1944 roku. 
Jest wiosna, świeci słońce – stolica jest pozornie spokojniejsza, bo już po powstaniu w getcie, ale wciąż przed powstaniem sierpniowym – trwa chwila zawieszenia i względnego spokoju. Bracia Konarscy są we Włoszech w szeregach II korpusu. Szybko jednak wracają do Polski, ale tylko po to, aby wpaść w czerwone łapska bolszewików. Sytuacja polityczna została odmalowana w pierwszym odcinku, możemy przejść do kolejnych perypetii. Matka Konarskich zostaje nadworną lekarką Złego Niemca (w tej roli oszałamiająco aryjski Robert Kozyra), Wanda zostaje wysłana do robót przymusowych na terenie III Rzeszy, Michał bierze ślub ze Złą Agentką, Janek, a wkrótce ciężarna Lena, zostają aresztowani przez gestapo.
W czwartej serii jest nieco mroczniej, chłopcy zmężnieli, są jacyś poważniejsi. W pierwszej scenie odcinka pilotażowego Bronek i Janek podrzynają gardła niemieckim żołnierzom. Otwarciowa masakra nie przeszkodziła jednak Bronkowi w paleniu papierosa – jest tak zaprawiony w bojach, że nie musi gasić papierosa w trakcie pracy. To już prawdziwy profesjonalizm. Chłopcy stali się mężczyznami – świadomymi zabijania i ryzyka, jakie podejmują. Wojna ich męczy, kolejne działania przestają być wyzwaniem, stają się koniecznością, od której nie można uciec. Zanim pomogą bliskim – muszą spełnić obowiązek wobec Sprawy (ratowanie pani Konarskiej, Wandy i Leny musi poczekać). Sprawy, która staje się coraz bardziej przytłaczająca. Także dla widza, który, świadomy biegu historii doskonale wie, że nic tej ciągle pięknej Warszawy uratować nie może i za chwilę wszystko znajdzie się pod gruzami, a piękni młodzieńcy przeniosą się do kanałów.
Trochę za mało tu powiewu idącego zniszczenia, nadchodzącego wymazania teraźniejszości (mam na myśli powstanie). Nie, żebym się spodziewała czegoś innego, bo jest to spójne z całą wizją historii w Czasie honoru – czyli raczej uskutecznianą ideologicznie grą w policjantów i złodziei, niż próbą oddania prawdopodobnej atmosfery grozy i wszechobecnego umierania. Z drugiej strony – może to i dobrze, że twórcy nie poszli w stronę głębszego przeżywania, bo szczęki Kuby Wesołowskiego i tak są już dość mocno wyeksploatowane od emocjonalnego zaciskania.
Jak w i poprzednich seriach, tak i teraz nie uniknięto oczywiście wpadek. No bo dlaczego bracia Konarscy będąc we Włoszech porozumiewają się z niejakim Benito po polsku, a on ich rozumie? Są też nieskończone wątki, wątki bez konsekwencji, wątki dramatyczne nie mające stosownego wydźwięku (zabicie żony Michała). Widać także, że twórcy za wszelką cenę chcą uniknąć śmierci głównych bohaterów. Nawet jeżeli ich los nieustająco zmierza w stronę katastrofy – udaje im się z niej wykaraskać. Ruda – działająca jako egzekutorka – od początku osuwa się w rozpacz i depresję. Nie może znieść tego, czym się zajmuje, a ja w związku z tym czekam na jej samobójczą śmierć. Oczywiście nic z tego. W przyszłym sezonie pewnie weźmie ślub z Władkiem. Kiedy zaaresztowano Janka, oczekiwałam dramatu i powtórki z akcji pod arsenałem, ale również się przeliczyłam, bo Janek najzwyczajniej w świecie uciekł z siedziby gestapo (:D).
Czwarta odsłona Czasu honoru utrzymała wcześniejszy poziom. Ogląda się dobrze, poza kilkoma dłużyznami, opowieść idzie dość płynnie i zgrabnie. Nadal jest tu wszystko to, co można lubić – klimat dawnej Warszawy, stylowe ubrania, wartości, ideały i ładna muzyka w tle. A wisienką na torcie i cudowną zachętą do oglądania kolejnej serii, której na pewno nie opuszczę, pozostaje dla mnie Komisarz Zawada w niemieckim mundurze, który pojawił się na chwilkę w ostatnim odcinku. 

Femka

Po dwóch latach ciszy powracam – już nie na łamy Kreatury, ale Femki. To bardzo przyjazne i bardzo kobiece miejsce 🙂
Zaczynam od omówienie filmu Jamesa Kenta The secret diaries of miss Anne Lister – o angielskiej pamiętnikarce, właścicielce ziemskiej, lesbijce, żyjącej nieomal równolegle do Jane Austen. Zapraszam do lektury najnowszego tekstu i poprzednich felietonów 🙂

Inni

Taka scena. On i ona w salonie sukien ślubnych. Trzymają się za ręce. On: Zarobię na mieszkanie i zawsze będziemy już razem. Kupię ci białą suknię, która ci się podoba? Ona: Ta. Chowa się przymierzalni i wychodzi – w białej sukni i welonie. On: Wyglądasz, jak księżniczka, kocham cię, jesteś piękna. Delikatnie całuje ją w rękę.
To właśnie love story Maćka i Martynki. Tak, tego Maćka z Klanu. Maćka znają wszyscy –  Maciek „łazienka jest zamknięta” Lubicz to adoptowany (!) przez Rysia i Grażynkę chłopiec z zespołem downa.

Dziecko dorosło i, co więcej, zakochało się – w Martynce, dziewczynie z podobnym upośledzeniem. Historia kłopotliwego dla otoczenia związku dwójki niepełnosprawnych stała się w ostatnich tygodniach głównym wątkiem serialu. Osiemnastolatkowie (bo tyle już skończyli) mówią, że się kochają i chcą wziąć ślub. Planują razem zamieszkać, mieć dzieci i żyć długo i szczęśliwie.

Czułość i delikatność, jaką sobie okazują jest momentami doprawdy wzruszająca. Dla otoczenia jednak wciąż pozostają przede wszystkim osobami niepełnosprawnymi wymagającymi opieki. Rysio i Grażynka nie wiedzą, co robić z synem, planują go zatem wziąć do seksuologa (fragment dostępny na stronie TVP). Nie przypominam sobie, aby jakikolwiek inny pozytywny bohater polskiego serialu miał w planie wizytę u tego specjalisty. 
Klan jest jedną z niewielu przestrzeni w polskiej telewizji, gdzie znajduje się miejsce dla tzw. wykluczonych. To tutaj bohaterami są także osoby starsze, już w podeszłym wieku (dziadek Władysław, ciocia Stasia, Jeremiasz), a wszyscy, bez względu na wiek, zmagają się z takimi chorobami jak alzheimer, zespół downa, schizofrenia, białaczka, rak piersi, HIV. Klan od zawsze miał bardzo mocne zacięcie dydaktyczne i poruszano tu wątki rzadko pojawiające się w innych serialowych produkcjach. To już wręcz kuriozalne, jak wiele nieszczęść dotyka biednych Lubiczów. Od paraliżu, przez alkoholizm aż do chorób umysłowych – cierpienie permanentnie przenika życie tej rodziny. W większości przypadków, co dość zastanawiające, scenarzystom dość zgrabnie udawało się wpleść wątki chorobowe w fabułę. Wyjątkiem jest choroba chłopaka Olki, którego schizofrenia niestety nie wyszła ponad dydaktyzm i nudne moralizatorstwo o „normalności nienormalnych”. A przychylność Krystyny wobec związku córki z chorym umysłowo chłopakiem trochę nadwyrężyła moje zaufanie.
Bardzo jestem ciekawa co będzie dalej. Jak twórcy wybrną z wątku Maćka i Martynki – sytuacja jest dość patowa, bo nie do końca wiadomo, co oznaczać miałby happy end. Domyślam się, że za chwilę będziemy oglądać wuja Stefana walczącego w sądzie rodzinnym o prawo młodych do ślubu. Potem Maciuś pójdzie do pracy (hmmmm…? Niestety na razie nie wiemy, jakie ma umiejętności poza graniem Marsza weselnego), następnie zamieszkają w mieszkaniu obecnie wynajmowanym Oli, a dalej… No zobaczymy. Jest coś wzruszającego i smutno-romantycznego w tym wątku. 
PS. Oczywiście na horyzoncie pojawił się już kolejny wątek edukacyjny, czyli menopauza pani Surmacz.

Bez tajemnic

Spotkanie. Dwie lub trzy osoby grające w niebezpieczną grę emocjami – jedna strona chce je obnażyć, druga – ukryć. Sesje terapeutyczne mają w sobie coś perwersyjnego: zaproszenie obcej osoby do pogwałcenia najintymniejszej prywatności i jednoczesne stawianie jej oporu. 

Pierwszy raz HBO zdecydowało się na udzielenie licencji i realizację lokalnej wersji swojego serialu w Polsce. Bez tajemnic to najkrócej mówiąc rodzima wersja amerykańskiego In treatment. Ale to nie HBO wymyśliło In treatment, bo ten tytuł powstał z kolei na bazie izraelskiego Be tipul. Tego ostatniego zdobyć mi się na razie nie udało, a bardzo jestem ciekawa, jak dużą inspiracją był dla amerykańskich scenarzystów. 
Jeśli chodzi o porównanie Bez tajemnicIn treatment, to zasadniczo jest nieomal tak samo. Nieomal to słowo klucz – fabuła w zasadzie jest analogiczna. To, co przede wszystkim zmieniono, to jakiś cień charakteru głównego bohatera. Gabriel Byrne, jako terapeuta, jest mocny, daje poczucie bezpieczeństwa, ma w sobie coś jasnego, otwierającego. Częściej się uśmiecha. Jego bohater ma w sobie zwartość, której brakuje rozpadającemu się na cząstki Radziwiłowiczowi.
Konstrukcja Bez tajemnic jest prosta – każdy odcinek to spotkanie z innym pacjentem: poniedziałek to spotkanie ze znerwicowaną, intensywnie aktywną seksualnie Weroniką; wtorek – z Szymonem, żołnierzem zawodowym, winnym śmierci cywilów w Afganistanie; środa – Zosia, nastoletnia skrzypaczka z rozbitego domu o skłonnościach samobójczych; czwartek – Jacek i Anita – małżeństwo w permanentnym kryzysie. 
Drugą linią narracyjną – spajającą te począstkowane elementy – jest historia samego terapeuty. Jego problem zaczyna się na oczach widza – w pierwszym odcinku – kiedy to Weronika wyznaje mu miłość. Teraz, uporządkowany, żonaty i dzieciaty Andrzej traci grunt pod nogami. Odmawia dziewczynie, ale jego reakcja na tę propozycję niepokoi go tak bardzo, że sam postanawia usiąść na kozetce terapeutycznej. I tak dochodzimy do piątkowego spotkania: Andrzej i Barbara – emerytowana profesor, terapeutka. 
Najciekawszy wydaje się Andrzej – pozornie opanowany, lekko znudzony bądź zaspany, ale wciąż czujny. Chwilami można mieć wrażenie, że jedyne, czego chce to samotność i egzystencja daleko zarówno od rodziny jak i od pacjentów. Wielkie wrażenie robi jego relacja z żoną – zawsze skupiony na pacjencie, chętny do rozmowy, pytający; z żoną kontaktuje się, kiedy trzeba posprzątać w gabinecie – nie reaguje na jej próby rozmowy, zwrócenie uwagi na siebie. Zareaguje dopiero, kiedy ona mu wyzna, że ma romans. Co jednak wstrząsające dla widza, wydaje się, że Andrzejowi jest to już właściwie obojętne. Cierpi jedynie jego honor i zraniona duma. Być może jest mu to częściowo na rękę. Wtedy też zaczyna otwierać się na Weronikę. Najpierw wielokrotnie zaprzecza Barbarze, że Weronikę kocha, aby później dramatycznie wyznać – „tylko ona się liczy”.
Bardzo ciekawe są sesje Andrzeja i Barbary także dlatego, że oprócz spotkania dwójki ludzi jest to także spotkanie dwójki profesjonalistów. Doskonale wiedzą, co druga strona może w danej chwili powiedzieć. Wejście w klarowną relację pacjent-terapeuta jest tu w zasadzie niemożliwe. Andrzej dokucza Barbarze, wyśmiewa jej pytania, próbuje obnażyć banalność konwencji, w które ona próbuje go wtłoczyć. Barbara z kolei punktuje momenty, kiedy Andrzej, wykorzystując teorię, próbuje uciec od odpowiedzi. To niezwykle dystyngowany i intrygujący pojedynek. 
Nie znajdziemy w Bez tajemnic zbyt efekciarskich zabiegów filmowych – montaż zupełnie przezroczysty, ujęcia klasyczne – eksponujące bohaterów, akcja w 95% ma miejsce w zamkniętym pomieszczeniu, wszystko wydaje się ustabilizowane, bezpieczne i przewidywalne. Wszystko oparte jest na dialogu, to słowa niosą emocjonalne huragany męczące pacjentów. 
Są też niestety i słabe strony. Małgorzata Bela jako Weronika niestety nie podołała zadaniu. Jej ledwo poprawna gra spłaszcza bohaterkę, która i tak, niestety (jako wyjątek), jest najmniej skomplikowana i interesująca. Wracając jednak – chwilami pacjenci mówią o sobie rzeczy, których nie mogą być do końca świadomi, ponieważ gdyby taką samoświadomość posiadali rozmowy z Andrzejem wyglądałyby inaczej. Pewne zdania powinien już wypowiadać terapeuta, złote myśli na własny temat raczej nie powinny padać z ust pacjentów, którzy po te złote myśli do owego terapeuty przybyli. 
Chwilami irytuje mnie też sam Radziwiłowicz, który z jednej strony jest rewelacyjny, ale momentami jego rozbicie, słabość, emocjonalne rozklekotanie są nieco przeszarżowane. W In treatment pojawia się przemiana, Radziwiłowicz właściwie od początku jest niepewny, niepozbierany i w kawałkach. Podobnie Barbara – w tej roli Krystyna Janda – trochę zbyt jęcząca, zasmucona. 
Polska wersja stara się być bardziej smętna i mroczna właściwie już na etapie czołówki – w wersji amerykańskiej mamy czarne tło i na nim błękitną linię (woda?), w polskiej brudnobrązową bryłę rozpadającą się na mniejsze kawałki – dość oczywista, przewidywalna i nawet trochę pretensjonalna analogia sytuacji bohaterów. 
Bez tajemnic jest jedną z ciekawszych produkcji, jakie polski widz ma obecnie proponowane do oglądania w telewizji. Szkoda, że to wciąż licencja, a nie nasz oryginalny pomysł. Pomysł scenariuszowy znakomity, koszta realizacji (a przynajmniej organizacji planu;) ) niewielkie, przenoszenie idei na grunty lokalne wydaje się dość dobrym pomysłem, zwłaszcza, że terapia nie jest powszechnie wpisana w polski sposób myślenia. Jak na razie jestem po około 30 odcinkach – mam nadzieję, że poziom utrzymają do końca.

gazety lub czasopisma

I znowu jest! Wydrukowana, ciekawa i intrygująca – nowa Zadra, gdzie znów miałam przyjemność opublikować tekst, tym razem o wizerunku męskości w rodzimych produkcjach – głównie tasiemcowych 🙂

Swego czasu nie odnotowałam również druku w Ekranach – gdzie rozpływam się nad magnetyczną mocą polskich seriali, uwodzących pomimo tak fatalanych z reguły scenariuszy. Jeśli ktoś jeszcze nie ma – do Empiku marsz 😉

Lans (prawie) po krakowsku

W ramach weekendowych doświadczeń kulturalnych i przerwy od kreacji krismasowych (w piątek AudioArt), wczoraj wieczorem zaserwowałam sobie seans z polskim kinem tj. Uwikłaniem. Trzeba było posłuchać znajomych i trzymać się z daleka od tego dzieła. Film zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłam uformować kilka zdań wdzięcznej żółci i uraczyć nimi grono odwiedzających niniejszy blog.

Otóż, bohaterką jest młoda pani prokurator, zasuwająca po krakowskim rynku w dwunastocentymetrowych szpilkach, świeżo przeniesiona z wydziału przestępstw gospodarczych do działu kryminalnego. Jest też trup. Pani prawnik w trakcie pracy spotyka dawnego narzeczonego ze studiów, policjanta, z którym w drugiej połowie filmu wyląduje w łóżku. Sprawa rzekomego morderstwa lub samobójstwa okazuje się sięgać dwudziestu lat wstecz, a temat filmu, ze zwykłego kryminału, nagle zmienił się na pokoleniowe rozliczenie z PRL. 
Sama historia kryminalna jest dość ciekawa, niestety opowiedziana w całkowicie niestrawny sposób – pierwsza część filmu – przesłuchania znajomych denata – nie wiadomo, czy ma być komedią, farsą czy wyrafinowanym kampem. Świadkowie są irytujący, a organy ścigania ostentacyjnie zdeterminowane i nieugięte. Pani prokurator zachowuje się jak grzeczna uczennica udowadniająca , że jest najlepsza w klasie. Jej fochy to głównie tupanie nogą i obrażona mina.
Wzajemne uszczypliwości bohaterów i chłodny profesjonalizm prokuratorki miały zapewne pełnić funkcję ekscytującej gry wstępnej, która, a i owszem, doprowadziła bohaterów do gwałtownego wybuchu namiętności. Wisienką na torcie żenady jest kazanie Andrzeja Seweryna o kondycji polskiego narodu skazanego na przyszłość tworzoną przez młodych, którzy są głupsi niż starsi. 
Co jednak zadziwiło mnie najbardziej – otóż, chyba po raz pierwszy zobaczyłam mój Kraków tak nudno i nieciekawie pokazany! Te ujęcia z lotu ptaka na Rynek, kościół Mariacki w pełnym słońcu, spacery i przejażdżki samochodami po wałach (czy ktoś tam widział kiedyś auto inne niż policyjne…?), pani prokurator parkująca koło rynku. Co jakiś czas bohaterowie wspominają też jakieś bardziej undergroundowe miejsca jak np. „ul. Lipowa” albo „Podgórze”. 
Może to kwestia tego nieznośnego słońca, w którym topiły się wszystkie ujęcia. Podobny poziom nasłonecznienia pasuje do folderów turystycznych z Egiptu niż do raczej zamglonego, pstrokato smutnego Krakowa.
W ramach innego spojrzenia na przestrzenie, także te miejskie, zapraszam na stronę Origo Group.