Inni

Taka scena. On i ona w salonie sukien ślubnych. Trzymają się za ręce. On: Zarobię na mieszkanie i zawsze będziemy już razem. Kupię ci białą suknię, która ci się podoba? Ona: Ta. Chowa się przymierzalni i wychodzi – w białej sukni i welonie. On: Wyglądasz, jak księżniczka, kocham cię, jesteś piękna. Delikatnie całuje ją w rękę.
To właśnie love story Maćka i Martynki. Tak, tego Maćka z Klanu. Maćka znają wszyscy –  Maciek „łazienka jest zamknięta” Lubicz to adoptowany (!) przez Rysia i Grażynkę chłopiec z zespołem downa.

Dziecko dorosło i, co więcej, zakochało się – w Martynce, dziewczynie z podobnym upośledzeniem. Historia kłopotliwego dla otoczenia związku dwójki niepełnosprawnych stała się w ostatnich tygodniach głównym wątkiem serialu. Osiemnastolatkowie (bo tyle już skończyli) mówią, że się kochają i chcą wziąć ślub. Planują razem zamieszkać, mieć dzieci i żyć długo i szczęśliwie.

Czułość i delikatność, jaką sobie okazują jest momentami doprawdy wzruszająca. Dla otoczenia jednak wciąż pozostają przede wszystkim osobami niepełnosprawnymi wymagającymi opieki. Rysio i Grażynka nie wiedzą, co robić z synem, planują go zatem wziąć do seksuologa (fragment dostępny na stronie TVP). Nie przypominam sobie, aby jakikolwiek inny pozytywny bohater polskiego serialu miał w planie wizytę u tego specjalisty. 
Klan jest jedną z niewielu przestrzeni w polskiej telewizji, gdzie znajduje się miejsce dla tzw. wykluczonych. To tutaj bohaterami są także osoby starsze, już w podeszłym wieku (dziadek Władysław, ciocia Stasia, Jeremiasz), a wszyscy, bez względu na wiek, zmagają się z takimi chorobami jak alzheimer, zespół downa, schizofrenia, białaczka, rak piersi, HIV. Klan od zawsze miał bardzo mocne zacięcie dydaktyczne i poruszano tu wątki rzadko pojawiające się w innych serialowych produkcjach. To już wręcz kuriozalne, jak wiele nieszczęść dotyka biednych Lubiczów. Od paraliżu, przez alkoholizm aż do chorób umysłowych – cierpienie permanentnie przenika życie tej rodziny. W większości przypadków, co dość zastanawiające, scenarzystom dość zgrabnie udawało się wpleść wątki chorobowe w fabułę. Wyjątkiem jest choroba chłopaka Olki, którego schizofrenia niestety nie wyszła ponad dydaktyzm i nudne moralizatorstwo o „normalności nienormalnych”. A przychylność Krystyny wobec związku córki z chorym umysłowo chłopakiem trochę nadwyrężyła moje zaufanie.
Bardzo jestem ciekawa co będzie dalej. Jak twórcy wybrną z wątku Maćka i Martynki – sytuacja jest dość patowa, bo nie do końca wiadomo, co oznaczać miałby happy end. Domyślam się, że za chwilę będziemy oglądać wuja Stefana walczącego w sądzie rodzinnym o prawo młodych do ślubu. Potem Maciuś pójdzie do pracy (hmmmm…? Niestety na razie nie wiemy, jakie ma umiejętności poza graniem Marsza weselnego), następnie zamieszkają w mieszkaniu obecnie wynajmowanym Oli, a dalej… No zobaczymy. Jest coś wzruszającego i smutno-romantycznego w tym wątku. 
PS. Oczywiście na horyzoncie pojawił się już kolejny wątek edukacyjny, czyli menopauza pani Surmacz.

Bez tajemnic

Spotkanie. Dwie lub trzy osoby grające w niebezpieczną grę emocjami – jedna strona chce je obnażyć, druga – ukryć. Sesje terapeutyczne mają w sobie coś perwersyjnego: zaproszenie obcej osoby do pogwałcenia najintymniejszej prywatności i jednoczesne stawianie jej oporu. 

Pierwszy raz HBO zdecydowało się na udzielenie licencji i realizację lokalnej wersji swojego serialu w Polsce. Bez tajemnic to najkrócej mówiąc rodzima wersja amerykańskiego In treatment. Ale to nie HBO wymyśliło In treatment, bo ten tytuł powstał z kolei na bazie izraelskiego Be tipul. Tego ostatniego zdobyć mi się na razie nie udało, a bardzo jestem ciekawa, jak dużą inspiracją był dla amerykańskich scenarzystów. 
Jeśli chodzi o porównanie Bez tajemnicIn treatment, to zasadniczo jest nieomal tak samo. Nieomal to słowo klucz – fabuła w zasadzie jest analogiczna. To, co przede wszystkim zmieniono, to jakiś cień charakteru głównego bohatera. Gabriel Byrne, jako terapeuta, jest mocny, daje poczucie bezpieczeństwa, ma w sobie coś jasnego, otwierającego. Częściej się uśmiecha. Jego bohater ma w sobie zwartość, której brakuje rozpadającemu się na cząstki Radziwiłowiczowi.
Konstrukcja Bez tajemnic jest prosta – każdy odcinek to spotkanie z innym pacjentem: poniedziałek to spotkanie ze znerwicowaną, intensywnie aktywną seksualnie Weroniką; wtorek – z Szymonem, żołnierzem zawodowym, winnym śmierci cywilów w Afganistanie; środa – Zosia, nastoletnia skrzypaczka z rozbitego domu o skłonnościach samobójczych; czwartek – Jacek i Anita – małżeństwo w permanentnym kryzysie. 
Drugą linią narracyjną – spajającą te począstkowane elementy – jest historia samego terapeuty. Jego problem zaczyna się na oczach widza – w pierwszym odcinku – kiedy to Weronika wyznaje mu miłość. Teraz, uporządkowany, żonaty i dzieciaty Andrzej traci grunt pod nogami. Odmawia dziewczynie, ale jego reakcja na tę propozycję niepokoi go tak bardzo, że sam postanawia usiąść na kozetce terapeutycznej. I tak dochodzimy do piątkowego spotkania: Andrzej i Barbara – emerytowana profesor, terapeutka. 
Najciekawszy wydaje się Andrzej – pozornie opanowany, lekko znudzony bądź zaspany, ale wciąż czujny. Chwilami można mieć wrażenie, że jedyne, czego chce to samotność i egzystencja daleko zarówno od rodziny jak i od pacjentów. Wielkie wrażenie robi jego relacja z żoną – zawsze skupiony na pacjencie, chętny do rozmowy, pytający; z żoną kontaktuje się, kiedy trzeba posprzątać w gabinecie – nie reaguje na jej próby rozmowy, zwrócenie uwagi na siebie. Zareaguje dopiero, kiedy ona mu wyzna, że ma romans. Co jednak wstrząsające dla widza, wydaje się, że Andrzejowi jest to już właściwie obojętne. Cierpi jedynie jego honor i zraniona duma. Być może jest mu to częściowo na rękę. Wtedy też zaczyna otwierać się na Weronikę. Najpierw wielokrotnie zaprzecza Barbarze, że Weronikę kocha, aby później dramatycznie wyznać – „tylko ona się liczy”.
Bardzo ciekawe są sesje Andrzeja i Barbary także dlatego, że oprócz spotkania dwójki ludzi jest to także spotkanie dwójki profesjonalistów. Doskonale wiedzą, co druga strona może w danej chwili powiedzieć. Wejście w klarowną relację pacjent-terapeuta jest tu w zasadzie niemożliwe. Andrzej dokucza Barbarze, wyśmiewa jej pytania, próbuje obnażyć banalność konwencji, w które ona próbuje go wtłoczyć. Barbara z kolei punktuje momenty, kiedy Andrzej, wykorzystując teorię, próbuje uciec od odpowiedzi. To niezwykle dystyngowany i intrygujący pojedynek. 
Nie znajdziemy w Bez tajemnic zbyt efekciarskich zabiegów filmowych – montaż zupełnie przezroczysty, ujęcia klasyczne – eksponujące bohaterów, akcja w 95% ma miejsce w zamkniętym pomieszczeniu, wszystko wydaje się ustabilizowane, bezpieczne i przewidywalne. Wszystko oparte jest na dialogu, to słowa niosą emocjonalne huragany męczące pacjentów. 
Są też niestety i słabe strony. Małgorzata Bela jako Weronika niestety nie podołała zadaniu. Jej ledwo poprawna gra spłaszcza bohaterkę, która i tak, niestety (jako wyjątek), jest najmniej skomplikowana i interesująca. Wracając jednak – chwilami pacjenci mówią o sobie rzeczy, których nie mogą być do końca świadomi, ponieważ gdyby taką samoświadomość posiadali rozmowy z Andrzejem wyglądałyby inaczej. Pewne zdania powinien już wypowiadać terapeuta, złote myśli na własny temat raczej nie powinny padać z ust pacjentów, którzy po te złote myśli do owego terapeuty przybyli. 
Chwilami irytuje mnie też sam Radziwiłowicz, który z jednej strony jest rewelacyjny, ale momentami jego rozbicie, słabość, emocjonalne rozklekotanie są nieco przeszarżowane. W In treatment pojawia się przemiana, Radziwiłowicz właściwie od początku jest niepewny, niepozbierany i w kawałkach. Podobnie Barbara – w tej roli Krystyna Janda – trochę zbyt jęcząca, zasmucona. 
Polska wersja stara się być bardziej smętna i mroczna właściwie już na etapie czołówki – w wersji amerykańskiej mamy czarne tło i na nim błękitną linię (woda?), w polskiej brudnobrązową bryłę rozpadającą się na mniejsze kawałki – dość oczywista, przewidywalna i nawet trochę pretensjonalna analogia sytuacji bohaterów. 
Bez tajemnic jest jedną z ciekawszych produkcji, jakie polski widz ma obecnie proponowane do oglądania w telewizji. Szkoda, że to wciąż licencja, a nie nasz oryginalny pomysł. Pomysł scenariuszowy znakomity, koszta realizacji (a przynajmniej organizacji planu;) ) niewielkie, przenoszenie idei na grunty lokalne wydaje się dość dobrym pomysłem, zwłaszcza, że terapia nie jest powszechnie wpisana w polski sposób myślenia. Jak na razie jestem po około 30 odcinkach – mam nadzieję, że poziom utrzymają do końca.

gazety lub czasopisma

I znowu jest! Wydrukowana, ciekawa i intrygująca – nowa Zadra, gdzie znów miałam przyjemność opublikować tekst, tym razem o wizerunku męskości w rodzimych produkcjach – głównie tasiemcowych 🙂

Swego czasu nie odnotowałam również druku w Ekranach – gdzie rozpływam się nad magnetyczną mocą polskich seriali, uwodzących pomimo tak fatalanych z reguły scenariuszy. Jeśli ktoś jeszcze nie ma – do Empiku marsz 😉

Lans (prawie) po krakowsku

W ramach weekendowych doświadczeń kulturalnych i przerwy od kreacji krismasowych (w piątek AudioArt), wczoraj wieczorem zaserwowałam sobie seans z polskim kinem tj. Uwikłaniem. Trzeba było posłuchać znajomych i trzymać się z daleka od tego dzieła. Film zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłam uformować kilka zdań wdzięcznej żółci i uraczyć nimi grono odwiedzających niniejszy blog.

Otóż, bohaterką jest młoda pani prokurator, zasuwająca po krakowskim rynku w dwunastocentymetrowych szpilkach, świeżo przeniesiona z wydziału przestępstw gospodarczych do działu kryminalnego. Jest też trup. Pani prawnik w trakcie pracy spotyka dawnego narzeczonego ze studiów, policjanta, z którym w drugiej połowie filmu wyląduje w łóżku. Sprawa rzekomego morderstwa lub samobójstwa okazuje się sięgać dwudziestu lat wstecz, a temat filmu, ze zwykłego kryminału, nagle zmienił się na pokoleniowe rozliczenie z PRL. 
Sama historia kryminalna jest dość ciekawa, niestety opowiedziana w całkowicie niestrawny sposób – pierwsza część filmu – przesłuchania znajomych denata – nie wiadomo, czy ma być komedią, farsą czy wyrafinowanym kampem. Świadkowie są irytujący, a organy ścigania ostentacyjnie zdeterminowane i nieugięte. Pani prokurator zachowuje się jak grzeczna uczennica udowadniająca , że jest najlepsza w klasie. Jej fochy to głównie tupanie nogą i obrażona mina.
Wzajemne uszczypliwości bohaterów i chłodny profesjonalizm prokuratorki miały zapewne pełnić funkcję ekscytującej gry wstępnej, która, a i owszem, doprowadziła bohaterów do gwałtownego wybuchu namiętności. Wisienką na torcie żenady jest kazanie Andrzeja Seweryna o kondycji polskiego narodu skazanego na przyszłość tworzoną przez młodych, którzy są głupsi niż starsi. 
Co jednak zadziwiło mnie najbardziej – otóż, chyba po raz pierwszy zobaczyłam mój Kraków tak nudno i nieciekawie pokazany! Te ujęcia z lotu ptaka na Rynek, kościół Mariacki w pełnym słońcu, spacery i przejażdżki samochodami po wałach (czy ktoś tam widział kiedyś auto inne niż policyjne…?), pani prokurator parkująca koło rynku. Co jakiś czas bohaterowie wspominają też jakieś bardziej undergroundowe miejsca jak np. „ul. Lipowa” albo „Podgórze”. 
Może to kwestia tego nieznośnego słońca, w którym topiły się wszystkie ujęcia. Podobny poziom nasłonecznienia pasuje do folderów turystycznych z Egiptu niż do raczej zamglonego, pstrokato smutnego Krakowa.
W ramach innego spojrzenia na przestrzenie, także te miejskie, zapraszam na stronę Origo Group.

Na dziecko zawsze jest dobra pora

Pomyśleć, że kiedyś chętnie oglądałam ten serial. 
Piątek, wieczór, TVP2, Na dobre i na złe. Polscy lekarze w typowo polskim szpitalu w Leśnej Górze. Od ostatniego odcinka, na jaki łaskawie spoglądałam, minęło już dobrych kilka miesięcy. Scenarzysta nadal nie istnieje, śpi albo jest zwyczajnie głupi i złośliwy. 
Wracając do dzisiejszego odcinka. Naprawdę nie rozumiem, czy wszyscy bohaterowie naszych seriali muszą doznawać nagłego upośledzenia umysłowego, kiedy pojawia się temat ciąży? 

Otóż, o co chodzi. Lena i Latoszek. Małżeństwo lekarzy po przejściach  ona ma raka, on jest nieco zdystansowany (Don Draper style w polskim wydaniu), ale ją wspiera. Siadam przed telewizorem, a tam scena. Oni u lekarza:
Zła Stara Lekarka – Nie, no to fatalnie. To bardzo nieodpowiedzialne. Nie, nie, nie… no przecież pani ma brać kolejną dawkę chemii…
Lena i Latoszek – Ale pani doktor, czy…przecież…czy może byłoby możliwe…
<Zła Stara Lekarka myśli>
Zła Stara Lekarka- Hm, hm, może nie jest jednak tak źle. To w końcu nie jest koniec świata i jakoś damy sobie radę.
Lena i Latoszek – Pani doktor, to znaczy, że jest możliwe, żebym………
Zła Stara Lekarka – No tak, oczywiście. To nie jest pierwsza taka sytuacja, są absolutnie medyczne wskazania, aby tę ciążę usunąć. I za tydzień, jak będzie po wszystkim będziemy mogli wrócić do chemii, zgodnie z harmonogramem.
Lekarze wychodzą i rozpoczyna się żałoba. Ona płacze, on mówi, że przyniesie herbatę. Ona siedzi pod domem na ławce, cicho szlocha, a słone łzy wilgocą jej drogi płaszczyk. Przychodzi do niej druga lekarka (młodziutka, świeżo przyjęta do pracy w Leśnej Górze):
Lena – Jestem w ciąży.
Młoda Dobra Lekarka – …
Lena – Wiem, co mi chcesz powiedzieć. Że jestem nieodpowiedzialna i powinnam usunąć.
Młoda Dobra Lekarka – A chciałabyś to usłyszeć?
Lena – Nie.
Młoda Dobra Lekarka – A chciałabyś urodzić to dziecko?
Lena – TAAAK
Młoda Dobra I, Jak Się Okazuje, Genialna Lekarka- Wiesz, nie można wykluczyć ryzyka, ale możemy zrobić, tak aby było dobrze.
Lena – <me gusta>
Potem pojawia się oglądanie „fasolki”. 
Czy scenarzysta naprawdę sądzi, że widz uwierzy, że dwójka wyedukowanych lekarzy jest nieświadoma konsekwencji łączenia ciąży i leczenia nowotworu? Młodzi, tak bardzo kochają się w Prawdzie, że zapomnieli, że seks może równać się dziecku.  Albo uznali, że leczenie nowotworu to doskonały czas na planowaną ciążę – nie wiem, nie jestem na bieżąco z fabułą, ale każda z tych wersji jest wstrząsająca. Jest Zła Stara Lekarka, czyli Wiedźma, która chce niszczyć poczęte z miłości fasolki. 
No i jest ona, Joanna D’Arc ginekologii, Rycerka  Potomka Leny i Latoszka. Cudownie. Dziecko zostało uratowane, Zła Lekarka już się pewnie nie pojawi, a Młoda , poza talentem do ratowania płodów, zapewne okaże się także geniuszem onkologii. 
Tylko tyle, idę spać. 
Podziękujmy TVP za promocję rozsądnego planowania ciąży. 
Zdenerwowałam się nieco, ale to nic.  Jest piątek 🙂
„Jesień kojarzy mi się z zastruganymi ołówkami” mówiła Kathleen Kelly w Masz wiadomość. I chociaż struganie ołówków i porządkowanie plecaka mam już niestety za sobą, jesień nadal jest dla mnie najmilszą porą roku, nieodmiennie oznaczającą początek. Stacje telewizyjne wracają, z potężną mocą atakując biednego widza rozmaitością nowych możliwości. Nie rozpoczęłam jeszcze w pełni przyklejenia do telewizora, aczkolwiek już sama myśl o Życiu nad rozlewiskiem przyprawia mnie o dreszcze.

25 minut z Klanem w ubiegły piątek okazało się równie wstrząsające, bo w owym odcinku nie zauważyłam ani jednej istotnej sceny, ani pół dialogu który okazałby się dowcipny, interesujący lub choćby popychający akcję do przodu. Marność straszna.

Spoglądając jeszcze nieco w tył, wakacje zwieńczyłam z Borgiami i Grą o tron. Wyjątkowo eleganckie połączenie, aczkolwiek także dość okrutne, bo w podanym zestawie tytuł pierwszy nie ma najmniejszych szans. Pomimo Jeremy’ego Ironsa Borgiowie okazali się fatalną i nudną porażką. Bohaterowie przewidywalni i jednowymiarowi, akcja wlecze się niemiłosiernie, plenerowe sceny Rzymu wyglądają nieomal jak telewizyjne grafiki z lat 90 (po co porywać się na ujęcia zewnętrzne, skoro nie ma pieniędzy na porządną symulację komputerową??). 
W Borgiach militariów czy rozbudowanej historii brak. Wszystko kisi się w sosie rodzinnym, niby wyuzdanym i patologicznym, ale w rzeczywistości łagodnym i przewidywalnym.  Papież mizia kochankę po udach, syn-biskup kocha się z dziewczyną przy świeczkach, Lukrecja zdradza męża z koniuszym w lesie. Rzeczywiście, rozpasanie niezmierne, aż się człowiek rumieni przed ekranem. Brak mi także trochę szerszego spojrzenia na pozycję papiestwa w Europie. Niby mamy tu rozbicie miast-państw italskich, walkę o Neapol i knowania biskupów, ale perspektywy dalszej brak. A przecież Watykan to nie tylko instytucja kościelna, ale i bardzo ważny gracz na arenie politycznych sporów. W Borgiach wszystko jest płaściutkie i bardzo, bardzo nijakie.
Gra o tron za to okazała się strzałem w dziesiątkę. Jestem jeszcze w trakcie lektury książki, więc temu tytułowi poświęcę osobną notkę, jak już będę mogła swobodnie omawiać obie wersje. Niewątpliwie serial jest świetny, dobrze się ogląda, narracja płynie swobodnie, a bohaterowie od razu przykuwają uwagę bardzo jasno sprecyzowanymi cechami i pragnieniami. Przede mną jeszcze niecałe 300stron lektury i oczekiwanie na kolejną serię (ponoć HBO już ruszyło ze zdjęciami), a na razie pozostają mi wyniki z rozdania Emmy i niezniszczalni polscy Lubiczowie.
Tak więc, witaj cudna jesieni! Mogę z przyjemnością zawijać się w koc, z kubkiem kawy i kolejnymi perypetiami telewizyjnych bohaterów 🙂 

Jackie, jak mogłaś?!

Trzeci sezon Jackie jest doskonały. Akcja pędzi na łeb na szyję, zmierzając nieuchronnie ku Straszliwej Katastrofie. Katastrofie, przez którą wszystko się wyda, pościele się trup i nie będzie czego zbierać. Bohaterowie, których lubimy – migoczą drobnostkami, za które ich pokochaliśmy: Cooper i jego fejsbukowy ślub, Zoe blogująca

o przyjaźni lekarzy i pielęgniarek czy Pani Dyrektor walcząca o wizytę Pierwszej Damy i figury świętych zabrane ze szpitalnej kaplicy. Wszystko wiruje i wibruje wspaniałą serialową przewidywalnością, skąpaną w pogłębiającym się dążeniu do upadku i całkowitego rozbicia.  Brak tu smętnego mroku, pojawiającego się momentami w 2 sezonie. Mimo zaciskającej się pętli (pogłębiająca się przyjaźń Kevina i Eddiego, badania pracowników na okoliczność narkotyków czy śmierć dealera) Jackie daje sobie radę, aby w finale już w pełni wrócić do sił. Aż strach pomyśleć, co będzie w 4 serii – już zapowiedzianej przez Showtime.

Dziś krótko i enigmatycznie, ale, wyjątkowo, nie chcę spoilerować 🙂

Te piękne królowe

A więc koniec. Ostatni odcinek czwartej serii Tudorów. Przyzwyczaiłam się, oswoiłam, a teraz koniec. I żal. Przygoda z Tudorami, choć momentami zabawna i rozczarowująca, w ogólnym rozrachunku jest niewątpliwie pozytywna. 
Czwarta seria nie zaskakuje. Tak jak i wcześniej – króluje piękno i młodość, historia dzieje się przy okazji i nadal wybiórczo. Bo nie ma tu chorobliwej otyłości Henryka, tak potężnej, że musiał korzystać z maszyny, która „wciągała” go po schodach.

Nie ma specjalnego konia, który jest w stanie dźwigać  królewską tuszę. Noga gnije niemrawo. Na chwilę pojawia się na ekranie starość, przemiana, odchodzenie.

Być może czwartej serii daleko do sensacyjnych emocji z 1 i 2 sezonu, kiedy to serial wibrował energią trójkąta Katarzyna Aragońska-Henryk-Anna Boleyn, ale wreszcie zmienia się Henryk. Staje się kapryśny, zgorzkniały, histeryczny i nierozsądny. Czy wiek odbiera mu rozum? Bliscy wątpią w jego ocenę sytuacji, tracą zaufanie, kraj pogrąża się w konsekwencjach zdobycia Boulogne. Anglia popada w chaos i kłopoty finansowe. A król coraz bardziej szalony i nieznoszący sprzeciwu, mimo wyraźnej estymy wobec małżonki, Katarzyny Parr, zezwala na jej przesłuchania (oskarżenie o herezję). Henryk, ubrany w znakomite futra, coraz bardziej siwy, ucztujący, wygląda jak baśniowy Sinobrody. 
W miarę zbliżania się do śmierci, Henrykowi objawiają się byłe żony. Katarzyna wyrzuca Henrykowi zaniedbanie córki, jej staropanieństwo. Potem Anna Boleyn, która z niewiadomych przyczyn mówi, że ona i Katarzyna Howard zostały niewinnie skazane. Czego jak czego, ale Katarzynie Howard trudno  przypisać wierność, natomiast co do Anny Boleyn sprawa nie jest oczywista. Potem król spotyka Jane Seymour wieszczącą rychłą śmierć małego Edwarda. Czy to konieczne? Nie, ale względnie znośnie udało się wpleść w fabułę odcinka. Henryk żegna się z żywymi (odprawia córki i żonę do innego zamku, aby sam dokonać żywota), za towarzystwo pozostają mu wspomnienia, wyrzuty sumienia i oczekiwanie śmierci. 
No i spotyka tę śmierć. Dosłownie. Na białym koniu, w zwolnionym tempie, jedzie ku Henrykowi śmierć. Pomimo wielkiej życzliwości, z jaką oglądałam wszystkie cztery serie i znosiłam najrozmaitsze bzdury serwowane przez twórców, wizja kostuchy na białym koniu trochę przekroczyła moje możliwości poznawcze. Nie jest to jednak moment ostatecznej śmierci króla, tylko sen. Przepowiadający. Potem mamy jeszcze chwytający za serce skrót co ładniejszych kadrów z całego żywota Henryka, od uniesień młodości aż do pochmurnego i samotnego końca. I choć to bezgranicznie kiczowate i pretensjonalne, w jakimś stopniu może nawet chwycić za serce. 
I mimo tych ślicznotkowatych kobiet z rozpuszczonymi włosami, mimo Henryka za chudego i wiecznie młodego, mimo skrótów historycznych i kiczowatego finału, miłe mi były te cztery serie Tudorów. Oglądało się dobrze, lekko i przyjemnie. Romanse w kostiumie, przystojni panowie, eleganckie damy, to wszystko okraszone wiaderkiem krwi  i nutką grozy powiewającą znad Tower – udało się. Tylko teraz aż się prosi o serial o Edwardzie, Marii i Elżbiecie. Wątpliwe, aby Showtime zdecydowało się na taki krok, więc pozostaje mi na razie Bidwell i Zweig. No i przepiękny Henry Cavill na tapecie 🙂

Happy birthday, Mr President

Wystarczyło mi jedno zdjęcie urokliwej Katie Holmes, aby w ciągu dwóch godzin rozpocząć ośmioodcinkową przygodę z The Kennedy’s. Czy to możliwe, aby biednej i udręczonej żonie scjentologa wreszcie trafiła się, inna niż reprezentacyjna, rola? Tak absurdalny pomysł wymagał błyskawicznej odpowiedzi. 
Historia rodziny Kennedy’ch jest fascynująca. Polityka, władza, seks, śmierć. Dużo śmierci. Nagłej, niespodziewanej, z cudzej ręki. Wiedzionej nienawiścią? Zazdrością? I jak właściwie wygląda życie za murami Białego Domu? Czy Pierwszej Damie podaje się herbatę a od zapinania sukienek ma osobnego służącego? Miniserial The Kennedy’s nie do końca próbuje odpowiadać na takie pytania. Zaglądamy do Białego Domu, poznajemy ludzi, ale mało tu smaczków, plotkarskich czy pornografizujących informacji. Jest przyzwoicie.

The Kennedy’s miało być początkowo emitowane w History Television w Kanadzie, potem jednak prawa przejęło ReelzChannel (już USA). Problemy z miniserią pojawiły się już przed realizacją, kiedy to swoje wątpliwości odnośnie wizerunku rodziny zgłaszały bliskie jej osoby. Problemy z dystrybucją i krytyką trwały, o czym można spokojnie w Internecie znaleźć całkiem sporą ilość informacji. Tak czy owak, serial w końcu wyemitowano, a ja mogłam rozpocząć ośmioodcinkową przygodę a Panem Prezydentem.
Historię rozpoczynamy od początków drogi politycznej Johna Kennedy’ego. Dowiadujemy się o niespełnionych ambicjach jego ojca i śmierci brata – Josepha, w którym rodzice widzieli przyszłego polityka. Brat zginął na wojnie, a nadambitny ojciec postanowił do polityki wepchnąć przystojnego Johna. John nie chce, a jego talenty do oficjalnych przemówień wołają o pomstę do nieba.  I już przez sekundę pomyślałam, że oglądam wywrotowy serial o Człowieku, Który Nie Chciał Być Prezydentem Ameryki. Nic z tego. Nagle John dostaje olśnienia. I już wiemy, że jego powołaniem nie są sztywne, oficjalne przemowy mówione z pamięci. John potrafi mówić z serca, chwytać za duszę, przytulić słowami wyborcę, który od razu się w nim zakocha. 
Najciekawszą postacią wydaje się senior rodu Kennedy’ch (w tej roli wspaniały Tom Wilkinson) – chory na władzę, niespełniony polityk, kochający ojciec i wiecznie niewierny mąż. To on wpycha synów w świat polityki i po kolei ich tragicznie traci. To on przez pewien czas próbuje sterować działaniami już prezydenta Keneddy’ego. Zawsze wszystko musi wiedzieć, zawsze dba o wizerunek (namawia Jackie, aby nie rozwodziła się z mężem mówiąc, że to zniszczy jego karierę).  Na koniec uwięziony na wózku (po wylewie), zdany na opiekę niekochanej żony i przemyślenia odnośnie własnych win. Na jego tle chłopięcy John F. Kennedy (John Kinnear) wydaje się chwilami nieporadny, czasem szczeniacki, zagubiony. 
Jaki będzie serial dowiadujemy się już w czołówce. Piękne i poważne wizerunki bohaterów, amerykańska flaga wynurzająca się z czarnego tła, patetyczna i dumna muzyka. W międzyczasie urywki z autentycznych zdjęć z lat ’60 i co bardziej dramatyczne sekundowe ujęcia z poszczególnych odcinków. Od początku wiemy, że będzie dumnie, przystojnie i baaardzo amerykańsko. Trudno oczywiście, aby było inaczej. A co w środku? Mnogość retrospekcji, zmiany w chronologii (początek „zmiany czasu” zawsze zostaje oznakowany właściwą datą w dolnym rogu ekranu). Opowieść obejmuje lata od młodości Johna Kennedy’ego i początków jego kariery politycznej (choć sięgamy też do wydarzeń jeszcze wcześniejszych choć z perspektywy jego rodziców), aby zamknąć się na ślubie Jackie Kennedy z Onassisem oraz zabójstwie Roberta Kennedy’ego. Długo i bogato, bo wydarzeń historycznych, społecznych i prywatnych nie brakuje – dzięki skokom czasowym udaje się jednak uniknąć wrażenia chaosu czy powierzchowności w opowiadanej historii (co dało się odczuć w Domu Saddama). Oczywiście, że wszystko jest przewidywalne, że sięgamy przede wszystkim do wydarzeń, które pozwalają tworzyć pozytywny wizerunek rodziny (np. walka o równouprawnienie rasowe) lub są zbyt znane, aby je pominąć (romans z Marylin Monroe). 
 
Najpilniej obserwowałam oczywiście Jackie Kennedy. Czy dowiem się czegoś więcej, ponad już obejrzanymi biograficznymi filmami? Czy przełamie się wizerunek wspaniałej, dobrej i pięknej kobiety? Niestety nie. Jackie jest piękna, dobra, i bardzo samotna w przestrzeniach Białego Domu. Jest jednocześnie niezmiernie głupia w akceptacji mężowskich romansów, które od początku akceptuje i umie się z nimi pogodzić. Kiedy pyta szwagierkę o receptę na sukces ich małżeństwa, tamta odpowiada: „po prostu go kocham”. I trudno nie zauważyć, że między parą prezydencką miłości zbyt wiele nie ma. Szacunek, współpraca, wspólne cele. Tak. Ale uczucie? Państwo Kennedy tylko raz mówią sobie „kocham cię” – na kilka chwil przed zamachem. I trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że to takie wyznanie przedśmiertne, żeby nie było, że uczucie nie istniało.  
Serial jest ciekawy, dobrze zrealizowany, bardzo przyzwoicie opowiedziany i sklejony. A że chwilami przewidywalny? W tym przypadku okazuje się to zupełnie znośne.