Bardzo straszny świat, jeszcze gorsi ludzie i dinozaury

Zawsze wiedziałam, że czyste powietrze szkodzi. Poprzedni weekend spędziłam w Tatrach, zamiast w zadymionych krakowskich kawiarniach, więc mój organizm przeżył szok i zaprotestował. Od tego się zaczęło.
fot. Beata Malinowska-Petelenz

Całkiem świadoma niezbyt pochlebnych opinii krążących na temat serialu Terra Nova, i pomimo wzmagającej się anginy, uraczyłam się tym czternastogodzinnym seansem pełnym dramatycznych i epickich wydarzeń. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale ponieważ pojawił się Wolny Czas – mogłam zaryzykować.
Wiedziałam, że obecność Stevena Spielberga na liście płac oznacza nie tylko legitymację solidnie poprowadzonej fabuły, ale i pewnej infantylizacji czy egzaltacji postaci i dialogów (pomińmy w ogóle Czas wojny, udawajmy, że ten film się nie zdarzył). Nie sądziłam jednak, że już na początku usłyszę, takie perełki jak: „Budujemy nową cywilizację! Nie zbudujemy cywilizacji w jeden dzień” czy „Musimy być wyrozumiali, dużo przeszedł.  Jak my wszyscy”. Ale może jednak od początku.
Jesteśmy w roku 2149 – świat stał się bardzo zły, zasoby naturalne są na wyczerpaniu, a ludzie żyją stłoczeni w niewielkich klitkach. Jednym z najnowszych osiągnięć naukowych tej epoki jest wytworzenie załamania czasu, dzięki któremu można wyjechać w przeszłość i żyć w krainie nazywanej „Terra Nova”. Jak się dowiadujemy, odkrycie przeszłości nie ma na celu uratowania ludzi, lecz wydobywanie złóż naturalnych z przeszłości i wysyłanie ich do przyszłości. Co ciekawe, pęknięcie czasowe przenosi ludzi o całe 85 milionów lat wstecz, co niechybnie oznacza współżycie z dinozaurami.  
Główni bohaterowi to pięcioosobowa rodzina Shannonów.  Ona, Elisabeth Shannon, lekarka, bardzo porządna, układna i, jak o niej mówią: specjalistka od „wielu logii” (zna się nie tylko na medycynie, ale też biochemii: potrafi tworzyć syntezy feromonów oraz bada patogeny). Jej mężem jest policjant Jim – lubi łamać zasady, jest niepokorny i wszędobylski. Ot czarowne połączenie męskości i kochanego hultaja. Państwo Shannon mają trójkę dzieci (wbrew dekretom władz, wg których można mieć tylko dwoje): dwie córki i syna. 
Cała rodzina jest bardzo piękna i chuda, tak bardzo, że momentami trudno odróżnić matkę od córki (*Matka, według moich skromnych obliczeń, powinna mieć około 40-43 lat oraz figurę inną niż jej nastoletnia córka, skoro ma za sobą trzy ciąże. Ale może ja się nie znam). Shannonowie są po prostu idealni – ona roztropna, on zawadiacki. Dzieci podobnie – starsza córka ma ambicje naukowe, syn lubi chadzać własnymi ścieżkami. Razem tworzą doskonale zwartą i popierającą się grupę, w której rodzice są gotowi do poświeceń a śliczne dzieci są zazwyczaj układne i pogodne. No i ten romantyzm Jima, kiedy bierze małżonkę w ramiona i powtarza jej, że zawsze ją znajdzie a jego „misja życiowa to być przy niej”. Piękne. 
Wracając jednak do fabuły. Shannonowie lądują w Terra Novej, a dokładniej – w zamkniętym  obozie pełniącym funkcję nieomal samowystarczalnego świata ludzkiego. Obozem zarządza surowy, ale sprawiedliwy Taylor, który do egzekwowania swoich zarządzeń ma całkiem spore oddziały wojska, ubranego w dziwne stroje jak z połączenia Star Treka z Mad Maxem. Poza strzeżonymi granicami osady znajduje się niebezpieczna puszcza, a w niej dinozaury oraz tzw. „szóstki”. Czyli zbuntowani ludzie z szóstej pielgrzymki (tak nazywają się „transporty” ludzi z przyszłości do przeszłości).  
Głównym problemem serialu jest…brak emocji. Pomimo całkiem niezłego pomysłu i elementów składowych, Terra Nova jest po prostu nieszczęśliwie nudna. Brakuje tu wątku prowadzonego przez wszystkie odcinki, takiego który nadałby charakter całej opowieści i motywował bohaterów do działania. Historia konfliktu z przyszłością pojawia się dość późno (druga połowa sezonu) i nie może być traktowany jako temat wiodący. W każdym odcinku bohaterowie zmagają się z nowym problemem np. w 2 jest to ucieczka młodzieży poza granice rezerwatu, a w 3 tajemnicze ptakozaury napadające na wioskę. 
Wynika z tego wszystkiego dość przykry fakt braku cliffhangerów, tak typowych dla narracji serialowej (chociaż w ramach wyjątku, na koniec 4 odcinka, pojawia się bardzo elegancki cliffhanger), które są nieomal gwarantem utrzymania zainteresowania i emocji widza. Kiedy wewnętrzny problem zostaje domknięty i w finale każdego odcinka rzeczywistość zostaje ponownie uspokojona i uporządkowana – jaki jest właściwie sens oglądać następną część? 
w puszczy z dinozaurami najlepiej jeździ się autami bez drzwi
Terra Nova to także nowy, wspaniały świat społeczny. Wszystko ma tu swoje miejsce, każdy, kto przybywa do tego świata musi mieć jakieś użyteczne umiejętności, aby nowa cywilizacja mogła się rozwijać. Jest tu knajpiarz, cwany handlarz wszystkim-czego-się-potrzebuje, lekarze, biolodzy, pielęgniarki, nauczyciele. No i duża ilość wojska. Nie zaobserwowałam starych ludzi, poetów ani dziennikarzy. Być może w przyszłości uznano, że nie są potrzebni dla harmonijnego rozwoju nowej cywilizacji. Nie ma tu również upośledzonych fizycznie bądź umysłowo. Chociaż nie, przepraszam. Handlarz przecież jeździ na wózku. Ale tylko on. 
Wszyscy mieszkańcy osady są raczej pogodni i spokojni. Całe zło czai się za murami. Tajemnicze „szóstki”, dla kontrastu, wyglądają jak „dzicy ludzie” – noszą drewnianą biżuterię, mają tatuaże, rosochate włosy, czasami nawet bardzo pierwotne nacięcia na ciele. BARDZO, BARDZO złych ludzi możemy rozpoznać po tym, że strzelają do roślinożernych dinozaurów i mówią „fauna jest problemem” albo „tak rozmieszczone pociski zmiotą drzewa w kilka sekund i rozpoczniemy wydobycie”. 
Oczywiście nie wszystko upływa cały czas w tak mrocznym nastroju. Nie brakuje tu także akcencików komediowych np. Jim Shannon likwidujący kłącza na płocie walczy z dziwnym robakiem, a w przychodni u pani doktor widzimy pacjenta z przeogromną pijawką. W ramach bonusu dostajemy tu także postmodernistyczny żarcik-nawiązanie do jednej z niezapomnianych scen Parku Jurajskiego, kiedy to dzieci chowają się w kuchni przed dinozaurem. Otóż w Terra Novej dzieci również chowają się w kuchennych szafkach, no ale niestety już to widzieliśmy, w dodatku w lepszej wersji.
No a co z tymi dinozaurami, możecie zapytać. Otóż, przykro mi, ale NIC. Dinozaurów jest mało, a kiedy się pojawiają, są dość słabo spreparowane. Scena łowienia morskich potworów (;)) Jima i Taylora ostatecznie przypieczętowała moje, dość niepochlebne, zdanie na temat grafików pracujących przy tej produkcji. No a poza tym, nie ma tu ani jednego interesującego ujęcia tych dinozaurów – wszystko już widzieliśmy – odgryzanie głowy przez dinozaura i szarpanie przez niego korpusu człowieka, widzieliśmy ludzkie nogi znikające w paszczy tyranozaura, widzieliśmy zbliżenia na twarz i kamerę z perspektywy głowy gada zbliżającej się do tejże ofiary. Widzieliśmy też powolnie przechadzające się bronto- i brachiozaury leniwie jedzące liście drzew. 
Główną myślą przebijającą się z tej produkcji jest założenie, że to człowiek jest dla drugiego człowieka największym zagrożeniem, ludzie są beznadziejni i źli i zawsze zniszczą to, co wokół nich dobre i czyste. Z tej perspektywy dość wtórna obecność dinozaurów może być uzasadniona. Uważam jednak, że wychodząc z takiego założenia, można było przenieść bohaterów w dowolnie inny czas, nie mieszając w to dinozaurów, skoro okazuje się to być temat niewykorzystany.  Było w Terra Novej bardzo wiele potencjału, można było bawić publiczność perypetiami bohaterów, z jednej strony zagrożonych przez Zły System z drugiej zmuszonych do zmagania się z Dziką Naturą. Trzeba jednak podkreślić, że w Terra Novej natura jest nieomal całkowicie ujarzmiona, mieszkańcy osady wszystko mają – tablety, lekarstwa, sprowadzane z przyszłości, wygodne domy i przede wszystkim ogromne ilości broni, głównie wyposażonej w jakieś tajemnicze lasery.
 
Niewątpliwie za przebrnięcie do końca tej niezbyt wyrafinowanej produkcji każdemu należą się gratulacje. Zamiast dobrej, sensacyjno-egzotycznej historii obejrzałam nieciekawie opowiedziane, dydaktyczne kino familijne. W finale twórcy nieśmiało sugerują możliwość kontynuacji – bohaterowie odkrywają rufę tajemniczego statku, która, jak rozumiem, ma być zapowiedzią, że może ktoś jeszcze na tej ziemi jest. Jakiś inny Obcy. Może jest, może nie, ale ja już raczej podaruję sobie kolejne seanse 🙂 
Trochę się rozpisałam, ale tak słaby serial, jednocześnie upakowany ideologią, wymagał ciut większego komentarza.

Rysio z Klanu. R.I.P.

A więc od dziś nie ma Ryszarda Lubicza. Ryśka z Klanu, który, w ciągu 15 lat emitowania serialu, stał się emblematem, postacią kultową, znaną przez wszystkich, nawet tych, którzy Klanu nie oglądali. Ryśkowe „dzieci umyjcie rączki” czy „łazienka jest zamknięta” były wielokrotnie parodiowane, komentowane i przerabiane – weszły też do języka potocznego. 

Gdyby zastanowić się jednak nieco poważniej nad postacią Ryśka, od razu widać, że to chyba najbardziej nowoczesny mężczyzna w polskiej telewizji (wspominałam o tym w ostatnim numerze Zadry), bo jako jedyny naprawdę uczestniczy w życiu domu, a obowiązki dzieli połowicznie z Grażynką. Rysiek robił zakupy, gotował obiad, zajmował się dziećmi. Żaden inny ojciec nie poświęcał swoim dzieciom tyle troski i uwagi. Mimo to uchodził za fajtłapę i nierozgarniętego nudziarza. A był nie tylko wiernym stróżem domu (nie dał się uwieść kuszącej go przedszkolance), ale i bohaterem (uratował koleżankę Bożenki z domu publicznego), potrafił zawsze wszystko zreperować i nigdy nie unikał pracy. Kiepski PR Rysia wynikał jednak pewnie przede wszystkim z mało jakościowej fryzury i niestylowych koszulek polo. No i tej śmiertelnej powagi, z którą zmuszał dzieci do mycia rąk.
Nie rozumiem decyzji o uśmierceniu Rysia. Mógł się przecież oblać kwasem i po dwóch miesiącach chodzenia w bandażu zobaczylibyśmy jego nową twarz (zmiana aktora w trakcie trwania telenoweli to żadne nowum). Mógł wyjechać do RPA do pracy. Mógł też, najprościej, wpaść w śpiączkę po dzisiejszym wypadku i nie budzić się przez 2,4,7 lat – dopóki Piotr Cyrwus nie zatęskniłby ponownie na serialem. 
Zastanawiam się też, co scenarzyści poczną z Grażynką. Trochę szkoda, że stanie się Ostatecznie Udręczoną Matką Polką. Jakby adoptowana córka, adoptowany syn z downem, kilka poronień przed urodzeniem zdrowej (najmłodszej córki) to było mało heroizmu. Teraz Grażynka zostanie jeszcze Wdową, utrzymującą całe to wesołe towarzystwo. Oczywiście Mariusz i Profesor momentalnie staną w konkury, będzie więc miała do wyboru bezpieczeństwo finansowe lub kopię Rysia z kolejnym dzieckiem do wychowania (Mariusz ma kilkumiesięcznego synka). 
Co z tego wszystkiego wyniknie będę uważnie śledzić. Jutro cała Rodzina będzie lamentować i martwić się, jak to teraz będzie. Mnie też jest smutno. Klan bez Rysia będzie smutniejszy, a stadło Grażynki obarczone taką ilością traum, że scenarzyści chyba będą już musieli zacząć je trochę lekceważyć, aby nie  doprowadzić widza na skraj voyerystycznej depresji.
Rysiu – żegnaj, będę tęsknić.

Starter Wife, czyli wesołość porzuconej żony

Zaledwie sześcioodcinkowa, więc w teorii niezbyt męcząca, opowieść o porzuconej żonie w bogatym świecie Zachodniego Wybrzeża okazała się mocno rozczarowującą, bezpłciowa historią. Jedyne, co przynajmniej chwilami przykuwa uwagę widza to obraz zmieniającej się sytuacji społecznej niechcianej żony. 

Jak zwykle w serialu o kobietach, główną bohaterkę otacza wianuszek bardzo wyrazistych postaci-emblematów. Są to: alkoholiczka w wieku menopauzalnym, bezdzietna żona amatora rosyjskich pomocy domowych i gej-stylista. Jest to grupa ponadprzeciętnie bogatej socjety filmowej, mieszkają w ogromnych willach, opłacają pomoc domową, kobiety bywają w luksusowych centrach urody, a na przyjęcia wchodzą po czerwonym dywanie w blasku fleszy. 
I wszystko w tym eleganckim świecie wydaje się mieć swoje, uporządkowane miejsce, do momentu, kiedy Molly Kagan (Debra Messing) zostaje przez swego bogatego męża porzucona. 
Ów mąż, po kolejnym ekstrawaganckim przyjęciu, oświadcza Molly przez telefon, że pragnie rozwodu i skontaktuje się z nią w najbliższym czasie. Tu rozpoczyna się właściwa część opowieści. Następuje etap zmagania się z konsekwencjami tej decyzji, potem próba odrodzenia poprzez spotkania z majętnym producentem filmowym i przystojnym bezdomnym. Przy okazji, bohaterka próbuje wrócić także do pracy zarobkowej, czyli ilustrowania książek dla dzieci. Wszystko po to, aby w finale stwierdzić, że jeszcze nie jest gotowa na nowy związek i pragnie rozwijać swoje indywidualne „ja” – zagubione przez lata małżeństwa i wypełnianie narzuconych jej ról. Historia piękna i może mogłaby być wciągająca, gdyby nie porażająca miałkość i nuda scenariusza.
Twórcy serialu od początku próbują wprowadzić widza w nastrój ironicznego dystansu, rozpoczynając pilotażowy odcinek od parodii Czarodzieja z krainy Oz – główna bohaterka odziana w błyszczące (magiczne zapewne) pantofelki otwiera wielkie wrota, za którymi czai się zły-czarodziej-mąż popalający potężne cygaro i szyderczo się śmiejący. Kolejnym elementem wprowadzającym mocno przebierankowy charakter jest sfingowana śmierć przyjaciela bohaterki – Lou Manahana (Joe Mantegna). Producent filmowy jest zmęczony własnym bogactwem, fałszywymi przyjaciółmi, towarzyskimi obowiązkami. Zostawia list pożegnalny, a Molly dyspozycje odnośnie organizacji imprezy pogrzebowej. W jej trakcie – przebrany za kobietę – ujawnia się. Dalsze „zabawniutkie” wątki to terapia alkoholowa Joan (Judy Davis), podczas której okłamuje lekarza, że choroba wynika z traumatycznych relacji z siostrą w dzieciństwie. Kluczowym momentem staje się wizyta Molly udającej nieistniejącą siostrę na owej terapii i odgrywanie ról przez, już dwie, kobiety. Molly przyjeżdża przebrana w blond perukę, lateksową mini i zbyt obcisłą bluzkę – tak na wszelki wypadek, gdyby widz nie zrozumiał, że jest to zabawne. Niestety przez większość czasu tylko próbuje być. 
Molly i Lou Manahan
Komediowe akcenty są zbyt słabe, wymuszone – scena, w której (samotna już) Molly przygląda się swojej twarzy w łazience i martwi się domniemanymi zmarszczkami nie jest ani zabawna ani poważna – wydaje się żałosna, bo cera Debry Messing (przynajmniej w tym ujęciu) pozostaje bez zarzutu. Kolejny element, który po którym wnioskuję zamierzoną przegiętość to absurdalny wątek bezdomnego kochanka. Być może jestem niesprawiedliwa, ale moja wiara w cuda na ekranie chyba kończy się właśnie w takim momencie. Molly poznaje na plaży przystojnego młodego mężczyznę – pozornie idealnego: zgrabny, wysportowany, całkiem niebrzydki. Po kilku przypadkowych spotkaniach i pocałunku okazuje się, że jest bezdomny. Co więcej – siedział w więzieniu za morderstwo. Bezdomny, morderca, były więzień to prawdziwy ideał samotnej czterdziestolatki. Oczywiście to spotkanie ma, jak rozumiem, na celu otwarcie bohaterki na „prawdziwe” uczucia, porzucenie upodobania do dobrobytu materialnego, otwarcie się na szczerość i autentyzm. W ramach kontrastu – drugim absztyfikantem Molly jest, wspominany już, Lou Manahan – starszawy producent filmowy, oszałamiająco bogaty, o stabilnej, szanowanej pozycji społecznej. Naprawdę nie wiem, po co taka dosłowność i łopatologia. Kontrasty i prostota narysowanych konfliktów przywodzą na myśl polskie kino przedwojenne, a z nowymi strategiami serialowymi ma tyle wspólnego, co kot napłakał. Dobrze rozumiem, że być może autorom Starter Wife chodziło o zrealizowanie czegoś na kształt Gotowych na wszystko, gdzie również są przegięcia, alogiczności i stylizacje, ale na nieszczęście dla Starter Wife, prawdopodobnie twórcy Gotowych zatrudnili wszystkich scenarzystów zdolnych do napisania udanego scenariusza w takiej konwencji. 
W efekcie otrzymujemy opowieść, która nie staje się konsekwentnie kampowa czy ironiczna, ani poważna lub psychologicznie pogłębiona. Widz dostaje serial o niespójnej konwencji, a przede wszystkim – zwyczajnie nudny. Dialogom brak lekkości, sceny są za długie, a bohaterowie przewidywalni – przez cały czas miałam wrażenie, że oglądam marną kompilację Gotowych…, Seksu w wielkim mieście, Cashmere Mafii i innych produkcji. Jedyne, z czym wiązałam nadzieje, to prezentacja zmiany pozycji społecznej tytułowej bohaterki. 
Molly i jej bezdomny adorator
 Starter wife, czyli pierwsza żona; żona, której mąż zdobywa karierę, dzięki której poznaje swoją drugą żonę – tak w skrócie i uproszczeniu można wyjaśnić tytuł. Kiedy pan Kagan odchodzi do dwudziestoletniej i niemożliwie głupiej Shoshanny (btw po Bękartach wojny to imię nabrało szczególnego znaczenia;> ), Molly w ciągu kilku dni staje się persona non grata na przyjęciach, przyjaciółka odsuwa ją od siebie (mąż prowadzi interesy z panem Kaganem, zatem przyjaźń z obiema stronami konfliktu wydaje się kłopotliwa), zostaje wyproszona z luksusowego spa, gdzie dotychczas miała nieomal honorowe miejsce, a w eleganckich restauracjach oczekuje nieskończenie długi czas na stolik. Być może nie są to boleśnie katastrofalne sytuacje, nie zmienia to jednak faktu, że pozycja Molly – z respektowanej i lubianej damy – ewoluuje do porzuconej, niechcianej, zużytej żony – perspektywa męża staje się perspektywą społeczną. To nie niewierny mąż doświadcza niechęci, tylko skrzywdzona żona – i to zarówno ze strony mężczyzn, jak i kobiet, którym, być może, przypomina o możliwym, i w ich przypadku, wariancie losu. Najbezpieczniej zatem dla ogólnej atmosfery tę smutną i bezużyteczną kobietę oddalić. 
Na szczęście Molly sobie poradzi. Dzięki pomocy i wsparciu przyjaciół, u których przemieszkała początek nowego życia i zaczęła myśleć o powrocie do pracy – staje się w finale autentycznie niezależną kobietą, czego można jej tylko gratulować. Wielka szkoda, że niestety sam proces został tak nieciekawie opowiedziany, a temat zwyczajnie zmarnowany. 
Jedyne, co naprawdę zasługuje na uwagę w The Starter Wife, to bardzo ładna, oryginalna czołówka z papierkową żoną-bohaterką, przebieraną co chwilkę w nowe ciuszki (role), aby na koniec pozostać na golasa i odrzucić ciążącą obrączkę 😉
PS. Obejrzałam 6odcinkową wersję (mini serial) The Starter Wife, z 2007, niedługo później pojawiła się pełniejsza, 10odcinkowa, ale niestety do niej nie dotarłam. Jeszcze. The Starter Wife jest adaptacją amerykańskiego bestsellera Gigi Levangie Grazer pod tym samym tytułem. 
PS2. Ten mini serial nominowano do 10 nagród Emmy. Jak wynika z powyższego tekstu – nie rozumiem, jak to się stało.

Kobieta w Toskanii

I znowu nieserialowo: właśnie nadrobiłam zaległość kinową sprzed, już ponad roku, czyli Zapiski z Toskanii Abbasa Kiarostamiego. To kolejny obraz, po Shirin (składający się z ujęć kobiecych twarzy siedzących w kinie) z udziałem Juliette Binoche oraz pierwszy w całości zrealizowany poza Iranem.

Film opowiada historię spotkania. Ona i on – w toskańskiej miejscowości pełnej zaułków, spokoju i kawiarni ozdobionych słaniającym się już słońcem. On jest pisarzem, ona zajmuje się antykami – spotykają się, rozmawiają, spacerują. Wydają się parą obcych sobie ludzi, ewentualnie dawnych znajomych. Z każdą minutą dowiadujemy się więcej o ich relacji, choć momentami nie wiadomo, czy obserwujemy szczerą rozmowę, czy nieudolny spektakl.
Fabuła przypomina przypowieść z podręczników psychologicznych – oto para zagubionych kochanków w średnim wieku znajduje się w małym miasteczku, z którym wiąże się ich przeszłość. Być może szukają formuły dla swojego związku – nie są ani młodymi kochankami, ani dojrzałymi partnerami. Spotykają archetypicznych Starych Mędrców. Ona rozmawia z pulchną barmanką z kawiarni, żali się jej. Barmanka odpowiada tylko „akceptuj go”. On rozmawia ze starszym turystą – ten mówi „bądź blisko niej”.  I obie te porady mają chyba brzmieć, jak sposoby na uleczenie relacji, bądź recepta na powodzenie.
Równoległa struktura zachowań bohaterów wydaje się mieć na celu wyrównanie ich szans, pokazanie historii z obu perspektyw. To jednak tylko fasadowa konstrukcja. U Kiarostamiego to kobieta występuje w roli inicjującej, aktywnej. To ona zaprasza do zwiedzania, wybiera knajpkę na obiad, próbuje wytworzyć intymną atmosferę, uwodzi. Tu najważniejsza jest kobieta, jej emocje prowadzą film do przodu, ona podejmuje walkę i ryzyko porażki. Mężczyzna staje się, owszem, ostatecznym decydującym, ale postawionym w sytuacji konieczności wyboru i opowiedzenia się „za nimi” lub „za sobą samym”.
Pomimo początkowo zbyt wolnego tempa Zapiski z Toskanii ogląda się bardzo dobrze. Jak zawsze u Kiarostamiego jest tu sporo statycznych ujęć, dużo półzbliżeń, spojrzenia prosto w kamerę. Ciekawe też, że bohaterka nie ma imienia (on nazywa się James). Mimo że reżyser właśnie kobiecie poświęca większą część uwagi.
Podział charakterologiczny bohaterów jest niestety także uproszczony: ona-emocjonalna, chce walczyć o związek, on-zdystansowany, poświęcony karierze. I wprawdzie William Shimell w roli pisarza był chwilami zbyt drewniany, a Juliette Binoche zbyt rozedrgana, to ich melodramat wciąga, a szkatułkowość odsłaniającej się opowieści nie pozwala oderwać się od ekranu. 
Dziś impresyjnie, bez odwołań, analiz i porównań 🙂

Noc i mgła podwójnie

W tym miesiącu Ursula Blickle Videolounge prezentuje film Noc i mgła Dani’ego Gala. 22minutowy videoart traktujący o nocy z 31 czerwca na 1 lipca 1962, kiedy to prochy Adolfa Eichmanna zostały rozsypane nad międzynarodowymi terytoriami Morza Śródziemnego. Film zrealizowano na podstawie relacji Michaela Goldmana – jednego z policjantów biorących udział w operacji – ofiary i ocalonego z Holocaustu.
Kilka dni temu, odwiedzając wiedeńskie MuseumsQuartier, trafiłam na ten seans.

Film opowiadający historię jednej nocy rozpoczyna się na komisariacie – policjant i ksiądz piją kawę, oglądają dokumenty z odciśniętymi odbiciami dłoni. Po jakimś czasie opuszczają bunkier i opróżniają piec z prochów. Z tym ładunkiem wsiadają do łodzi i odpływają. Niedługo później rozsypują pył nad wodą. Wszystko wydaje się pozornie bardzo uporządkowane i stabilne, ale jest jednocześnie nie na miejscu, niechciane i szukające ucieczki. Gesty bohaterów są spokojne, ale wystudiowane, ciała są spięte, naprężone.
Dani Gal opowiada za pomocą obrazu, precyzyjnie komponuje kadry. Bardzo uważnie filmuje przestrzeń, przez co udaje mu się utrzymać cały czas widza w skupieniu – nie wiadomo, który element może za chwilę nabrać nowego znaczenia. Kolorystyka obrazu jest szara, stalowa. Bohaterowie odpływają w nocy, ale rozsypania prochów dokonują już nad ranem (choć nie ma tu słońca) – morze jest więc sine, bure.  Prawie całe 22 minuty seansu upływają w ciszy. Z offu dociera tylko kilka zdań opisujących sytuację: Zrobiliśmy to, aby żaden naród nie musiał gościć u siebie jego prochów, aby nikt nie składał kwiatów na jego grobie. Głos jest spokojny, mówi powoli, wydaje się, że bez emocji. Praca kamery jest statyczna nieomal przez cały czas. Początek rozpoczynają serie zbliżeń – kamera fotografuje pomieszczenie komisariatu, potem koncentruje się na twarzach bohaterów, na drobiazgach – trzymanym papierosie, oglądanych dokumentach. Montaż pozostaje dyskretny.
Gal inscenizuje wydarzenie, próbuje odtworzyć sytuację. Nie stara się fabularyzować opowieści, nie zagłębia się w indywidualne historie uczestników wydarzenia. Dzięki temu oddaje także jego charakter – cichy, dyskretny, ukryty. Film Gala jest przykładem przepracowywania traumy odziedziczonej, postpamięci. Postpamięć, czyli pamięć wydarzeń częściowo wypartych przez świadków i przekazanych kolejnemu pokoleniu – już nie jako wspomnienie, ale pamięć nieprzepracowanej przeszłości (Dani Gal urodził się w 1977 roku). Nie zamierzam oddawać się tu jednak teoretycznym rozważaniom na temat kategorii pamięci, (lepiej sięgnąć prosto do Ricoeura, Schactera, Hirsch czy Tokarskiej-Bakir), tylko przypomnieć jeszcze o filmie Alana Resnais (również) Noc i mgła
To trwający niewiele ponad trzydzieści minut dokument zrealizowany głównie z hitlerowskich materiałów dokumentalnych oraz, nakręconych na potrzeby filmu, aktualnych zdjęć oświęcimskiego obozu (które, jako jedyne, pojawiły się w kolorze). Z offu dobiega głos pisarza, Jean Caylor’a – to jedyny komentator, pozbawiony wizerunku. Kiedy na ekranie pojawiają się archiwalne zdjęcia z procesów sądowych obozowych oprawców z opowieści o przeszłości, autorzy przenoszą widza w teraźniejszość. Pytają o winnych, odpowiedzialnych. 
Twórca bardzo świadomie buduje emocje: kontrast biało-czarnych i kolorowych ujęć, kamera prawie cały czas się przemieszcza, panoramuje rzeczywistość. Pojawia się muzyka, a najważniejszą rolę pełni słowo, prawie cały czas płynące zza kadru (choć momentami komentarz jest również racjonalny i zdystansowany – np. fragment o stylach architektonicznych nazistowskich obozów).
Resnais koncentruje się na ofiarach i uczestnikach: mówi „od środka” historii (jego dokument, powstaje w 1955 roku, a Resnais był bezpośrednim świadkiem wydarzeń historycznych). Gal, jako drugie pokolenie powojenne, nie próbuje do losu ofiar nawiązać – koncentruje się na domknięciu samych wydarzeń historycznych, przekazaniu ich.  
To bardzo krótka, pourlopowa refleksja nad tymi dwoma filmami – zrealizowanymi za pomocą różnych narracji, środków wyrazu, w zupełnie odmiennym czasie i przez osoby o innym doświadczeniu wojny. Świadek wydarzeń patrzy w przód – kim jesteśmy, skoro może jesteśmy (współ) winni – pyta o przyszłość w kontekście realnej obecności osób faktycznie odpowiedzialnych za zagładę. Drugi twórca, znający wojnę z opowieści bliskich i przekazów historycznych, sięga w przeszłość – nie emocjonalną, ale faktograficzną. W pewnym sensie jest to odpowiedź na pytania stawiane przez Resnais pokazującego zdjęcia z sądu. 
Film Dani’ego Gala prezentowany był podczas 54 biennale w Wenecji w sekcji ILLUMInations. Do końca lutego można go oglądać w Ursula Blickle Videolounge. 

In treatment 3

Ostatni sezon spotkań z Paulem Westonem nie okazał się już tak wciągający jak poprzednie. Obejrzenie go zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż druga seria. Trochę już powiało nudą.


Kogo tym razem przyjmuje Paul? Sunila – mężczyznę w średnim wieku mieszkającego, choć wolałby pozostać w rodzimej Kalkucie, u syna i synowej w Stanach. Frances – aktorka po 50tce, toksyczna matka uciekająca od własnej siostry ze strachu przed kontaktem z nowotworem tejże. Dalej – Jesse – homoseksualny, adoptowany nastolatek z artystycznymi zapędami i całkowitym brakiem kindersztuby. Na koniec została Adele. Nowa terapeutka Paula. Trzydziestokilkuletnia utytułowana lekarka, blondynka.

Po raz pierwszy miałam uczucie niechęci do pacjentów. Do tej pory, pomimo wielu brudów, jakie Paul wyciągał ze swoich rozmówców, ich agresywnych zachowań, zaczepek, błędów, o których opowiadali – czułam do nich sympatię, współczucie, czasem zrozumienie. Za jedno z najciekawszych osiągnięć scenarzystów In treatment uznawałam właśnie umiejętność pokazania bohatera od małostkowej, słabej, ułomnej strony, z jednoczesnym wbudzeniem pozytywnej więzi i akceptacji ze strony widza.  W trzeciej serii jest inaczej. 
Pacjenci są męczący i niesympatyczni, a Paul niejednokrotnie zawodzi nie zwracając uwagi na rzeczy wymagające szybkiej reakcji z jego strony (np. Frances regularnie kontroluje pocztę swojej córki). Jesse jest postacią wręcz karykaturalną, tak jakby scenarzyści chcieli w nim połączyć wszystkie dobre i złe cechy stereotypowego geja (przygodny seks w toalecie+artystyczne zdolności) i „niechcianego dziecka”. Wspomniana już Frances jest nudna i niestety dość żałosna – użala się nad sobą, kiedy jej siostra umiera, nie widzi również kardynalnych błędów, jakimi doprowadziła do rozpadu więzi z córką (Paul nie do końca zwraca na to uwagę). Najciekawszą postacią wydaje się Sunil – z jednej strony został de facto ubezwłasnowolniony przez rodzinę, a z drugiej – jego nienawiść wobec synowej budzi odrazę. Podkrada tabletki antykoncepcyjne, fantazjuje o jej rzekomym romansie, podgląda ją, grzebie w prywatnych rzeczach. Paul koncentruje się na sprawach z przeszłości nie widząc, że obecne działania Sunila wymagają konkretnej reakcji i odpowiedzi. Sunil wymyśla romans synowej (głównym dowodem na to wg niego są tabletki antykoncepcyjne), Paul, choć początkowo próbuje oponować, potem to stanowisko sankcjonuje i mówi np. „co czujesz, kiedy myślisz o romansie Julii” – hola, hola – chyba „co myślisz o WYMYŚLONYM romansie Julii”?
No i wreszcie Adele. Skupiona na pracy, chłodna i zdystansowana pani psycholog nieoczekiwanie staje się marzeniem Paula. Z niewiadomych przyczyn Weston zaczyna uważać, że Adele „jest mu pisana”. To już nie pierwszy raz, kiedy scenarzyści kompletnie nie wiedzą, co zrobić z życiem osobistym Paula. Warto dodać, że w trzecią serię Weston wkracza w towarzystwie trzydziestokilkuletniej amatorki fitnessu – czy trzeba komentować sensowność doboru narzeczonej? Wendy (bo tak dziewczę miało na imię) znika tak nieoczekiwanie, jak się pojawiła, a jej obecność nie miała wpływu na fabułę. Paul zajmuje się głównie analizą prawdopodobieństwa odziedziczenia po ojcu parkinsona, ślubem byłej żony (przez chwilę mieszka z nim najmłodszy syn) oraz fantazjowaniem o pani doktor. Nie dowiadujemy się już właściwie niczego nowego o głównym bohaterze – może jedynie, że poza pracą musi być bardzo nudnym człowiekiem, bo nie ma pojęcia, co robić z wolnym czasem. Podczas rozmowy z Adele stwierdza „nie mam żadnej pasji”. I trudno się z tym nie zgodzić. Jego frustracja i znużenie życiem stają się męczące także dla widza. Z nudów być może widzi w młodej Adele szansę na nową jakość. Swoją drogą ciekawe są ciągoty Paula w stronę młodszych i niedoświadczonych kobiet. Temat nie został pogłębiony i zanalizowany. 
Bieżąca charakterystyka Paula obywa się przez kontrastowanie go z zasadniczą Adele, która prawie nigdy nie daje się wyprowadzić z równowagi oraz nie przekroczy granicy terapeuta-pacjent nawet o milimetr (beznamiętna twarz Amy Ryan była momentami naprawdę irytująca). Pomysł być może ciekawy, ale dość łopatologiczny. Paul rzeczywiście coraz częściej odzywa się do pacjentów słowami „mówię do ciebie nie jako terapeuta, ale jako ktoś, kto się o ciebie troszczy”, Sunilowi pozwala palić papierosy w gabinecie, przyrządza do niego herbatę. Paul wyrasta zatem na ostatniego sprawiedliwego, cudownego człowieka i terapeutę gotowego iść w ogień za pacjentem. Nie do końca zachwyciło mnie takie rozwiązanie. Dużo ciekawiej ten problem został poruszony w drugim sezonie, kiedy to Weston zmagał się z autentycznymi dylematami granicy ze względu na przypadek April (zawieźć ją do lekarza, czy nie?). Wydaje mi się także, że kolejny sezon powinien poruszyć inną stronę osobowości Paula. Zamiast tego mamy powtórkę z łamania zasad oraz płytkie farmazony w stylu „ja chyba nie jestem zdolny do kochania”.
W kwestii formalnej niewiele się zmieniło. Siedzimy w gabinecie, czasem zaglądamy do kuchni, na pole bohater wychodzi, kiedy odwozi syna do żony. I w ostatnim odcinku, kiedy „otwiera się na świat”. Wyjątkowo nieudanym pomysłem było dodanie czarnobiałego wizerunku twarzy rozmówcy Paula przed czołówką. Niestety przywodzi to na myśl tandetne rozwiązania z programów typu talk show, po co nam ta twarz? Czy nie widząc w zbliżeniu przed odcinkiem wizerunku pacjenta, nie będziemy w stanie się z nim zidentyfikować? Twarz jest prawie neutralna, więc nie wiem, czy to jakaś próba powtórzenia efektu Kuleszowa-Mozżuchina, czy o coś innego chodziło, ale tego nie kupiłam.
Na szczęście finałowe odcinki okazały się dość udane. Może z wyjątkiem Frances, która jak była nudna przez cały sezon – taką pozostała. Natomiast spotkanie z Sunilem i Jessem było emocjonujące i ciekawie domykające serie spotkań. Pozostawiają także widza w stanie przyjemnej ambiwalencji względem bohaterów. Cieszę się, że odbyłam pełnię spotkań z Paulem Westonem, ale także, że to już koniec. Kontynuacja byłaby mocno męcząca i mogłoby mi już nie wystarczyć sympatii dla tytułu, aby ponownie tę drogę przechodzić. 
Niezbyt entuzjastyczny ten tekst na koniec przygody z In treatment, co nie zmienia faktu, że pomysł, realizacja i, przez większość czasu, także scenariusz okazywały się na najwyższym poziomie. Była to bardzo ciekawa wędrówka przez zakamarki ludzkich tajemnic 🙂
Do posłuchania/pooglądania rozmowa o pierwowzorze serialu HBO czyli Be tipul

acta

Dziś tylko linki, których już właściwie komentować nie trzeba. Pozostaje nam tylko wstydzić się, że inicjatywa powstała za czasów polskiej prezydencji UE i dzięki staraniom naszych reprezentantów. Miejmy nadzieję jednak, że nie obudzimy się w Nowym Wspaniałym Niekopiowanym Świecie Orwella.

Poniżej krótkie objaśnienie (może w dość dramatycznym tonie, ale z drugiej strony czemu mielibyśmy zachowywać stoicki spokój?) o co chodzi.

 
Oraz świetny komentarz na blogu Mirka Połyniaka.

In treatment 2

Podążając za ciosem nadrabiania zaległości, w ciągu tygodnia pochłonęłam In treatment 2. Paul Weston i jego nieograniczenie nieszczęśliwi  pacjenci  tym razem spotykają się w Nowym Jorku. Paul jest rozwiedziony, wyprowadził się, mieszka sam. Albo raczej – sam z problemami pacjentów.

Ciemna klatka schodowa, Paul otwiera drzwi. Czarnoskóry mężczyzna wręcza mu kopertę. To pozew sądowy, a mężczyzna jest, znanym już z pierwszej serii, ojcem Alexa – byłego żołnierza. Ojciec  obwinia Paula za śmierć syna. Uwolnienie się od wyrzutów sumienia i przepracowanie słusznej bądź niesłusznej winy będzie jednym z ważniejszych zadań dla Paula w tym sezonie. 
Dzięki pozwowi poznaje także pacjentkę, której będzie poświęcał poniedziałkowe poranki. To Mia, prawniczka z kancelarii prowadzącej jego sprawę. Mia była już kiedyś pacjentką Paula, teraz powraca. Wtorek to dzień z April, studentką architektury chorującą na raka i zmagającą się z autyzmem brata. Środa – Oliver, syn rozwodzących się, niedojrzałych rodziców. Czwartek – Walter, prezes korporacji cierpiący na bezsenność. Piątkowy wieczór to ponownie spotkanie z Giną. 
I tak jak w pierwszym sezonie, z każdym odcinkiem dowiadujemy się kolejnych prawd o pacjentach, ale i o Paulu, choć wydawać by się mogło, że po pierwszej serii wiemy już o nim wszystko. Bardzo szybko jednak widz zostaje wyprowadzony z tego błędnego przekonania. Coraz więcej dowiadujemy się o jego przeszłości, rodzicach, motywacjach, bieżących zachowaniach. Zaskakuje, kiedy odsłania swoją słabość. Zaskakuje podczas spotkań z Giną, kiedy to wchodzi w rolę niesfornego pacjenta. 
Twórcy trochę bazują na stereotypie – Mia – wydaje się być postacią wyciągniętą z kobiecych czasopism. Czterdziestokilkuletnia kobieta sukcesu, zamożna, bezdzietna, samotna, aktywna seksualnie. Dodatkowo – pewna siebie, drapieżna, wymagająca. Rolą Paula jest rozwikłanie tej przewidywalnej konstrukcji, dogrzebanie się do praprzyczyn zachowania. Ale jest w tym coś zabawnego, jeżeli dochodzimy do wniosku, że kobieta sukcesu musi mieć za sobą traumatyczne dzieciństwo. Może Mia jest trochę rozwinięciem Laury z pierwszego sezonu. Może Laura za dziesięć lat, jeżeli nie okiełzna swoich problemów, „skończy” jak Mia – zamożna, szanowana, ale samotna?
Najciekawsze i największe zmiany zachodzą podczas spotkań środowych, kiedy to Paul spotyka się z małym Oliverem i jego rodzicami. Rodzina przychodzi po pomoc w trakcie rozwodu, bardzo szybko okazuje się jednak, że problemy, z jakimi się boryka są dużo potężniejsze niż konieczność w miarę pokojowego przeprowadzenia dziecka przez rozstanie. Do głosu zaczynają dochodzić indywidualne głosy każdego z rodziców, którzy – do tej pory wypełniając obowiązki wobec dziecka – teraz chcą zająć się własnymi potrzebami. Rozwodzą się właściwie nie do końca ze sobą, tylko z poczuciem przynależności i zawłaszczenia przez dziecko. Trudno nie współczuć Oliverowi, który w całym tym galimatiasie nie jest niczemu winien, ale rodzice wydają się dużo ciekawszymi postaciami. Fascynujące jest, jak próbują odrywać się od niesionego balastu i zbudować nową relację bez konieczności rezygnacji z siebie. 
Interesującym wątkiem konsekwentnie prowadzonym jest (nie)przekraczanie granicy w relacji terapeuta-pacjent. Paul broni informacji o sobie niczym niepodległości, a tym razem atakowana jest nawet jego przestrzeń fizyczna – Mia rozgaszcza się w kuchni, kiedy Paul raz poczęstuje Olivera kanapkami, ten będzie ich oczekiwał też przy kolejnym spotkaniu. Terapeuta zawozi do szpitala April, unikającą chemioterapii. Po tym wydarzeniu dziewczyna będzie oczekiwała, że zacznie pełnić rolę jej opiekuna i na chemię będzie ją stale woził. Kiedy Paul raz odwołuje sesje wszyscy pacjenci mają do niego pretensje, dopytują się dlaczego, a enigmatyczna odpowiedź „Nagła sprawa rodzinna” tylko ich rozsierdza. 
Zdarzają się też dziwne wpadki scenariuszowe. Nie wiadomo skąd i dlaczego, Paul mówi byłej żonie, że ją kocha i chce wrócić do domu. Nie omówił tego wydarzenia z Giną, nie zdradzał, że ma takie pragnienie. Z punktu widzenia fabuły było to całkowicie zbędne wyznanie, bo absolutnie nic z niego nie wynika, ani nic go nie poprzedza. Wydawałoby się także, że w drugim sezonie nie pojawią się także pytania typu „What’s goin’ on?” – „Co się dzieje?” – kwestia wyjaśnienia tego „co się dzieje”, jest chyba przedmiotem całej terapii, więc  takie pytanie brzmi po prostu śmiesznie. Zwłaszcza jeżeli Paul pyta o to zwijającą się z bólu (z powodu wszczepionego portu) April.  
Dziś krótko, jestem w trakcie trzeciego sezonu 🙂

Piękni, wojenni chłopcy

Z lekkim opóźnieniem, ale udało mi się wreszcie skończyć czwarty sezon Czasu honoru. I wbrew początkowym wpadkom i obawom –  nie zawiódł. Chłopcy nadal są piękni, dziewczęta dzielne, a Warszawa waleczna. Z pierwszym odcinkiem przenosimy się do 1944 roku. 
Jest wiosna, świeci słońce – stolica jest pozornie spokojniejsza, bo już po powstaniu w getcie, ale wciąż przed powstaniem sierpniowym – trwa chwila zawieszenia i względnego spokoju. Bracia Konarscy są we Włoszech w szeregach II korpusu. Szybko jednak wracają do Polski, ale tylko po to, aby wpaść w czerwone łapska bolszewików. Sytuacja polityczna została odmalowana w pierwszym odcinku, możemy przejść do kolejnych perypetii. Matka Konarskich zostaje nadworną lekarką Złego Niemca (w tej roli oszałamiająco aryjski Robert Kozyra), Wanda zostaje wysłana do robót przymusowych na terenie III Rzeszy, Michał bierze ślub ze Złą Agentką, Janek, a wkrótce ciężarna Lena, zostają aresztowani przez gestapo.
W czwartej serii jest nieco mroczniej, chłopcy zmężnieli, są jacyś poważniejsi. W pierwszej scenie odcinka pilotażowego Bronek i Janek podrzynają gardła niemieckim żołnierzom. Otwarciowa masakra nie przeszkodziła jednak Bronkowi w paleniu papierosa – jest tak zaprawiony w bojach, że nie musi gasić papierosa w trakcie pracy. To już prawdziwy profesjonalizm. Chłopcy stali się mężczyznami – świadomymi zabijania i ryzyka, jakie podejmują. Wojna ich męczy, kolejne działania przestają być wyzwaniem, stają się koniecznością, od której nie można uciec. Zanim pomogą bliskim – muszą spełnić obowiązek wobec Sprawy (ratowanie pani Konarskiej, Wandy i Leny musi poczekać). Sprawy, która staje się coraz bardziej przytłaczająca. Także dla widza, który, świadomy biegu historii doskonale wie, że nic tej ciągle pięknej Warszawy uratować nie może i za chwilę wszystko znajdzie się pod gruzami, a piękni młodzieńcy przeniosą się do kanałów.
Trochę za mało tu powiewu idącego zniszczenia, nadchodzącego wymazania teraźniejszości (mam na myśli powstanie). Nie, żebym się spodziewała czegoś innego, bo jest to spójne z całą wizją historii w Czasie honoru – czyli raczej uskutecznianą ideologicznie grą w policjantów i złodziei, niż próbą oddania prawdopodobnej atmosfery grozy i wszechobecnego umierania. Z drugiej strony – może to i dobrze, że twórcy nie poszli w stronę głębszego przeżywania, bo szczęki Kuby Wesołowskiego i tak są już dość mocno wyeksploatowane od emocjonalnego zaciskania.
Jak w i poprzednich seriach, tak i teraz nie uniknięto oczywiście wpadek. No bo dlaczego bracia Konarscy będąc we Włoszech porozumiewają się z niejakim Benito po polsku, a on ich rozumie? Są też nieskończone wątki, wątki bez konsekwencji, wątki dramatyczne nie mające stosownego wydźwięku (zabicie żony Michała). Widać także, że twórcy za wszelką cenę chcą uniknąć śmierci głównych bohaterów. Nawet jeżeli ich los nieustająco zmierza w stronę katastrofy – udaje im się z niej wykaraskać. Ruda – działająca jako egzekutorka – od początku osuwa się w rozpacz i depresję. Nie może znieść tego, czym się zajmuje, a ja w związku z tym czekam na jej samobójczą śmierć. Oczywiście nic z tego. W przyszłym sezonie pewnie weźmie ślub z Władkiem. Kiedy zaaresztowano Janka, oczekiwałam dramatu i powtórki z akcji pod arsenałem, ale również się przeliczyłam, bo Janek najzwyczajniej w świecie uciekł z siedziby gestapo (:D).
Czwarta odsłona Czasu honoru utrzymała wcześniejszy poziom. Ogląda się dobrze, poza kilkoma dłużyznami, opowieść idzie dość płynnie i zgrabnie. Nadal jest tu wszystko to, co można lubić – klimat dawnej Warszawy, stylowe ubrania, wartości, ideały i ładna muzyka w tle. A wisienką na torcie i cudowną zachętą do oglądania kolejnej serii, której na pewno nie opuszczę, pozostaje dla mnie Komisarz Zawada w niemieckim mundurze, który pojawił się na chwilkę w ostatnim odcinku.