Gdzie jest barykada?

„Pełno tu bólu, czujecie to?” powiedziała pani detektyw szukając wyjaśnienia zbrodni, a potem: „To działa jak kuchenka gazowa? niesamowite” (zachwyt nad kuchenką elektryczną),  to tylko część smaczków, jakimi rozpoczął nas raczyć Patryk Vega w swoim nowym serialu Instynkt. Od dziś, co czwartek na TVP2, 21:45. 

Anna Oster, pięćdziesięcioletnia, atrakcyjna pani detektyw to fascynująca, ciekawa bohaterka: profesjonalna (grzebie w śmieciach szukając dowodu zbrodni), dowcipna („wiesz co jest gorsze od bycia żoną policjanta? Bycie mężem policjantki”), wyczucie elegancji (świetna torebka) oraz niezwykle przekonujące stężenie na twarzy Danuty Stenki. Tak, wierzę jej. Wierzę, że dla sprawy byłaby gotowa zniszczyć ten drogi płaszczyk. I torebkę. Tak jak Despero swoje buty.
W pierwszych scenach Annie towarzyszy dwójka młodych osób – Krzysiek Tarkowski (Szymon Bobrowski)  i Ola Lewicka (Marieta Żukowska). Tarkowski ma bliznę na twarzy, dzięki czemu wiemy, że jest odważnym policjantem. Lewicka, młoda policjantka, właśnie została panią rzecznik komendy – doskonale ubrana, a w dodatku głupia, gdyż na wizji sklecić potrafi tylko jedno krótkie zdanie. Do tej grupki można dodać jeszcze zasadniczego i nieufnego prokuratora. Na tym tle poważna i zaaferowana Pani Oster wypada bardzo profesjonalnie i niemal wiarygodnie.
Co do samej opowieści kryminalnej– w pierwszym odcinku mieliśmy samobójstwo, które okazuje się morderstwem, zazdrość, miłość, nieudany seks i retrospekcje w kolorach zielononiebieskich. Retrospekcji jest więcej niż śledztwa, które sprowadza się do kilku odwiedzin w mieszkaniu ofiary i podejrzanego oraz spotkań w gronie policjantów. Nie pojawiają się wulgaryzmy. Wszystko jest ładne, kolorowe, a na komendzie stoi śliczna choinka jak z katalogu.
Historia jest słaba, a w dodatku opowiadana z nieszczególnie udaną logiką następstwa scen. Muzyka trochę jak z Simsów, a trochę jak ze słuchowisk powieści Arthura Conan Doyla. To wszystko okraszone statycznym filmowaniem naprzemiennie montowanym z prawdziwym szaleństwem wizualnym. To naprawdę dobrze, że operatorzy Patryka potrafią biegać z kamerą, a nawet jeszcze lepiej że potrafią tak zorganizować plan, że pokazanie ujęcia 360o nie stanowi problemu. Rozedrgałam się w zachwycie.
To dopiero pierwszy odcinek i może coś się jeszcze z tego wykluje.  TVP prezentuje nam rodzimą i sfeminizowaną wersję Porucznika Columbo, tyle że w zmanierowanej i pretensjonalnej odsłonie bez intrygi. Wiem. Nie każdy serial może być Pitbullem, ale czy zaraz musi być manieryczny i przewidywalny? Chętnie obejrzę klasyczny serial policyjny ze stereotypowymi postaciami, ale niechże choć kryminalna część budzi emocje, a głównego bohatera da się choć trochę polubić. 
Nie jestem w stanie pojąć jakimi ścieżkami podąża talent Patryka Vegi. Jak można zrealizować Pitbulla,  potem Ciacho, a teraz Instynkt
Pogrążona w rozczarowaniu, pozdrawiam.

Na półmetku

Po pięciu odcinkach, czyli w połowie, piątego sezonu Big love mogę stwierdzić jedno – jest dobrze, choć mogło być lepiej. Niby wszystko w porządku, niby ciekawie, niby zaskakująco. A jednak nie do końca. Pojawia się wtórność, nieczytelność motywacji, niepewność celu działań. Postawy bohaterów polaryzują się, co upraszcza ich charakterystykę, ułatwia ocenę, a właśnie brak tej możliwości był do tej pory jedną z największych zalet Big love. Pokrętny splot miłości, tradycji, obowiązku i możliwości samorealizacji rozgrywający się na tle uwikłania w role społeczne, religijne i to, co nazywamy normalnością – to wszystko mamy i w piątym sezonie, ale już mniej świeże, mniej poruszające. 
Co się dzieje w piątym sezonie? Bill coraz intensywniej zajmuje się polityką, Margene po raz kolejny angażuje się w biznes sprzedaży bezpośredniej, Nicky przeżywa rozterki jako mama dopiero co odzyskanej córki, a Barbara pragnie święceń kapłańskich.

Z innych spoilerów: Margene okłamała Billa na początku znajomości i miała 16 lat wychodząc za niego za mąż, co może zniweczyć jego karierę polityczną; matce Billa zostaje zdiagnozowana demencja, a on sam tymczasem proponuje Barbarze rozwód. Jest ferment, ale chwilami przewidywalny, uproszczony. Problemy rozwiązują się w trakcie jednego odcinka, powracają wyeksploatowane już motywy (np. Rhonda Volmer).

Hendricksonowie „wyszli z szafy”, pojawiają się wspólnie publicznie, oficjalnie występują jako czteroosobowe małżeństwo. Rozterki i związane z tym cierpienia bohaterów poruszane w poprzedniej serii rozpłynęły się. Teraz stawiają czoła bezpośrednim niedogodnościom czy chwilowym koniecznym deklaracjom własnej tożsamości. Umykają te najbardziej zwyczajne i ciekawe zachowania: strach, wstyd, lęk przed odrzuceniem, niechęć do opowiadania publicznego o własnych sprawach. W  to miejsce zaczyna wkraczać Idea, zaczyna determinować bohaterów w sposób silniejszy niż ich rodzinne sprawy.
Uwikłanie Billa w biznes, politykę i przestępczy świat Juniper Creek powodowało ciekawe rozdarcie – między uczciwością, ochroną rodziny, chęcią zemsty i zysku. Podejmował decyzje, które mogły mieć równie wiele pozytywnych jak i negatywnych skutków. Teraz, kiedy staje się postacią tej „większej” polityki, tej bardziej spektakularnej, oficjalnej, ale też bardziej abstrakcyjnej – wydaje się obcy, momentami fanatyczny, czasami mam wrażenie, że staje się głupcem opętanym wizją upragnionego celu, do którego dotrze nie bacząc na to, co wcześniej stanowiło priorytet.
Sprawy małżeńskie stają się drugorządne, związek Billa i Barbary – od początku pokazywany jako wyjątkowy i jednocześnie bardzo trudny – w obecnej chwili zdaje się nie tylko zepchnięty na boczny tor, ale przede wszystkim nieopowiedziany, niezrozumiały. Barbara kontynuuje swoją postawę z poprzedniego sezonu i zdaje się rezygnować z roli małżonki na rzecz dominującej opiekunki całej rodziny. Bardzo zależy jej na święceniach w kościele Billa, czuje się odrzucona, kiedy ten przywilej przypada ich synowi. To „odseksualnienie” bohaterki, rodzaj emocjonalnej menopauzy, przychodzi jednak dość niedostrzegalnie, trochę zbyt szybko. Pojawiający się nagle motyw nadużywania alkoholu znika tak szybko, jak się pojawia.
Może trochę wybrzydzam, ale poprzednie sezony Big love ustawiły oczekiwania na tak wysokim poziomie, że trudno będzie je zaspokoić. Serial jest nadal bardzo dobry, aktorstwo przednie, dialogi bez zarzutu. Element, który zawsze zachwycał – czyli potyczki trzech żon – nadal jest świetnie prowadzony. Wzajemne docinki, przepychanki, próba zdobycia władzy w rodzinnym stadzie – to wszystko pozostaje na najwyższym poziomie. Może tylko nieco bardziej abstrakcyjne, bo spory między żonami nie toczą się już o spędzenie nocy z mężem czy jego czulsze spojrzenie. Walka toczy się o władzę symboliczną, o zdobycie przewagi nad innymi kobietami w ich oczach, a nie w oczach męża. I to jest niezwykle fascynujące widowisko.

Rodzina po amerykańsku

Obraz szczęśliwej i idealnej rodziny żyjącej na przedmieściach w Stanach Zjednoczonych oglądaliśmy w kinie i telewizji wielokrotnie: uśmiechnięte twarze, dom, ogród, samochód. I witanie sąsiadów ciastem specjalnie upieczonym na ich powitanie. Wszystko urocze, uprzejme i bardzo akuratne. A pod tą skorupką niejednokrotnie dzieją się rzeczy mroczne, występne, czasem i nielegalne. 
Jedną z takich historii opowiada nam, choć nie po raz pierwszy, stacja HBO: 16.01.2011. wyemitowano pierwszy odcinek piątego sezonu serialu Big love.
To historia bardzo porządnej, aczkolwiek dość niestandardowej rodziny, która liczy sobie bowiem jednego męża i aż trzy zony. Do tego niepoliczalną ilość dzieci, rachunków oraz różnorodnych trudności. Miłość, religia, tradycja i obowiązek, pozycja kobiety w społecznościach poligamicznych – wszystko splata się ze sobą prowadząc do konfliktów,  z  których nikt nie może wyjść niezraniony.  
trailer piątego sezonu
 
Big love emitowane jest od 2006 roku, wielokrotnie nominowane było do nagród telewizyjnych (w 2009 nagrodzona Złotym Globem została Chloë Sevigny za drugoplanową rolę kobiecą). W intrygujący sposób łączy ze sobą konserwatyzm z liberalizmem. 
Bo czym właściwie jest dobrowolny związek małżeński   trzech kobiet   i mężczyzny? Czy to nieskrępowana wolność i otwartość czy powrót do mizoginicznej obyczajowości? Big love nie odpowiada na takie pytania. Z dużą dozą szacunku pokazuje możliwość losów tak budowanej rodziny. Mozolna codzienność bohaterów bywa przytłaczająca, ale jednocześnie czasami trudno oprzeć się wrażeniu, jak wiele plusów pociąga za sobą tak stadna egzystencja. O Big love piszę więcej w najnowszym numerze Zadry, tutaj tylko wspominam ten fantastyczny serial, ostrząc sobie zęby na świeżutkie odcinki 🙂 

Na początek…

Atmosfera świątecznych przygotowań w toku, prezenty, choinki, jedzenie, którego nikt nie będzie w stanie przejeść. W klimacie tego ogólnego podniecenia i niepokoju, nieomal niepostrzeżenie zakończył się jeden z bardziej radosnych spektakli, jakie miałam okazję oglądać. Miłość nad rozlewiskiem. Produkcja (na podst. powieści Małgorzaty Kalicińskiej) cudownie nudna, upstrzona żenującymi dialogami, wypełniona pretensjonalnymi bohaterami i znikomą akcją. 
Ale do rzeczy. Miłość… czyli kontynuacja Domu nad rozlewiskiem: główna bohaterka, Gosia, emigrantka z Warszawy, nadal prowadzi pensjonat. Jak wcześniej, jest tu Kaśka, Marysia, Basia, konie, strumyki, sąsiedzi. Poznajemy narcystycznego rzeźbiarza, więzienną przeszłość lokalnego dyrygenta chóru, egzaltowaną aktorkę poszukującą wyciszenia przed śmiercią. Wszyscy są przyjaźni, kulturalni, i obyci. 
Autorzy serialu za wszelką ceną chcą przekonać widza, że każda z postaci  jest warta uwagi. Za każdą winą kryje się cierpienie – np. nikt nie pije dla samego picia, ale ma głęboko zranioną i smutną duszę szukającą ukojenia w alkoholu. No ale trudno się dziwić. Rozlewisko to miejsce idealne, ludzie są dobrzy i nie mają wad. Oglądamy też ładne, kolorowe zdjęcia ładnego i kolorowego krajobrazu mazurskich łąk. Rozmyte ujęcia i zwolnione tempo sprytnie podkreślają momenty przełomowe w życiu postaci. No i znak rozpoznawczy serialu: brak akcji. Dzieje się niewiele: bohaterowie chodzą, jedzą, gotują, opowiadają o uczuciach. Ilość wydarzeń względem czasu trwania każdego odcinka znikoma. Frustracja widza – narastająca.
Jedynym rozbiciem, pozytywnym i intrygującym, tej przezroczystej i niewinnej struktury jest nieoczekiwany wątek…homoseksualny. No bo z jakiego powodu ksiądz proboszcz popada w głęboką depresję i melancholię po wyjeździe dyrygenta? Snuje się bez energii, wspomina, rozmyśla. Nic nie zostaje powiedziane wprost, pojawia się jedynie delikatna sugestia, a to już i tak dużo jak na standardy polskich seriali. Dopiero kiedy muzyk powróci – nastąpi harmonia na plebanii. To jednak temat do rozwinięcia w osobnym wpisie.
Ale pewne jest jedno. Po obejrzeniu Rozlewiska już nic nie jest takie samo. Świadomość tego, jak bardzo zły serial można nakręcić, jest właściwie krzepiąca. Na takim tle Majka zaczyna wydawać się prawdziwym arcydziełem. I mam już teraz pewność, że nic nie jest w stanie zmącić mojej miłości do seriali. I o tym będzie ten blog. O serialach, polskich i niepolskich, dobrych i złych, a czasem bardzo złych. O mediach, które zmieniają to kiedy, gdzie i jakie seriale oglądamy. Zapraszam  🙂