Jackie, jak mogłaś?!

Trzeci sezon Jackie jest doskonały. Akcja pędzi na łeb na szyję, zmierzając nieuchronnie ku Straszliwej Katastrofie. Katastrofie, przez którą wszystko się wyda, pościele się trup i nie będzie czego zbierać. Bohaterowie, których lubimy – migoczą drobnostkami, za które ich pokochaliśmy: Cooper i jego fejsbukowy ślub, Zoe blogująca

o przyjaźni lekarzy i pielęgniarek czy Pani Dyrektor walcząca o wizytę Pierwszej Damy i figury świętych zabrane ze szpitalnej kaplicy. Wszystko wiruje i wibruje wspaniałą serialową przewidywalnością, skąpaną w pogłębiającym się dążeniu do upadku i całkowitego rozbicia.  Brak tu smętnego mroku, pojawiającego się momentami w 2 sezonie. Mimo zaciskającej się pętli (pogłębiająca się przyjaźń Kevina i Eddiego, badania pracowników na okoliczność narkotyków czy śmierć dealera) Jackie daje sobie radę, aby w finale już w pełni wrócić do sił. Aż strach pomyśleć, co będzie w 4 serii – już zapowiedzianej przez Showtime.

Dziś krótko i enigmatycznie, ale, wyjątkowo, nie chcę spoilerować 🙂

Te piękne królowe

A więc koniec. Ostatni odcinek czwartej serii Tudorów. Przyzwyczaiłam się, oswoiłam, a teraz koniec. I żal. Przygoda z Tudorami, choć momentami zabawna i rozczarowująca, w ogólnym rozrachunku jest niewątpliwie pozytywna. 
Czwarta seria nie zaskakuje. Tak jak i wcześniej – króluje piękno i młodość, historia dzieje się przy okazji i nadal wybiórczo. Bo nie ma tu chorobliwej otyłości Henryka, tak potężnej, że musiał korzystać z maszyny, która „wciągała” go po schodach.

Nie ma specjalnego konia, który jest w stanie dźwigać  królewską tuszę. Noga gnije niemrawo. Na chwilę pojawia się na ekranie starość, przemiana, odchodzenie.

Być może czwartej serii daleko do sensacyjnych emocji z 1 i 2 sezonu, kiedy to serial wibrował energią trójkąta Katarzyna Aragońska-Henryk-Anna Boleyn, ale wreszcie zmienia się Henryk. Staje się kapryśny, zgorzkniały, histeryczny i nierozsądny. Czy wiek odbiera mu rozum? Bliscy wątpią w jego ocenę sytuacji, tracą zaufanie, kraj pogrąża się w konsekwencjach zdobycia Boulogne. Anglia popada w chaos i kłopoty finansowe. A król coraz bardziej szalony i nieznoszący sprzeciwu, mimo wyraźnej estymy wobec małżonki, Katarzyny Parr, zezwala na jej przesłuchania (oskarżenie o herezję). Henryk, ubrany w znakomite futra, coraz bardziej siwy, ucztujący, wygląda jak baśniowy Sinobrody. 
W miarę zbliżania się do śmierci, Henrykowi objawiają się byłe żony. Katarzyna wyrzuca Henrykowi zaniedbanie córki, jej staropanieństwo. Potem Anna Boleyn, która z niewiadomych przyczyn mówi, że ona i Katarzyna Howard zostały niewinnie skazane. Czego jak czego, ale Katarzynie Howard trudno  przypisać wierność, natomiast co do Anny Boleyn sprawa nie jest oczywista. Potem król spotyka Jane Seymour wieszczącą rychłą śmierć małego Edwarda. Czy to konieczne? Nie, ale względnie znośnie udało się wpleść w fabułę odcinka. Henryk żegna się z żywymi (odprawia córki i żonę do innego zamku, aby sam dokonać żywota), za towarzystwo pozostają mu wspomnienia, wyrzuty sumienia i oczekiwanie śmierci. 
No i spotyka tę śmierć. Dosłownie. Na białym koniu, w zwolnionym tempie, jedzie ku Henrykowi śmierć. Pomimo wielkiej życzliwości, z jaką oglądałam wszystkie cztery serie i znosiłam najrozmaitsze bzdury serwowane przez twórców, wizja kostuchy na białym koniu trochę przekroczyła moje możliwości poznawcze. Nie jest to jednak moment ostatecznej śmierci króla, tylko sen. Przepowiadający. Potem mamy jeszcze chwytający za serce skrót co ładniejszych kadrów z całego żywota Henryka, od uniesień młodości aż do pochmurnego i samotnego końca. I choć to bezgranicznie kiczowate i pretensjonalne, w jakimś stopniu może nawet chwycić za serce. 
I mimo tych ślicznotkowatych kobiet z rozpuszczonymi włosami, mimo Henryka za chudego i wiecznie młodego, mimo skrótów historycznych i kiczowatego finału, miłe mi były te cztery serie Tudorów. Oglądało się dobrze, lekko i przyjemnie. Romanse w kostiumie, przystojni panowie, eleganckie damy, to wszystko okraszone wiaderkiem krwi  i nutką grozy powiewającą znad Tower – udało się. Tylko teraz aż się prosi o serial o Edwardzie, Marii i Elżbiecie. Wątpliwe, aby Showtime zdecydowało się na taki krok, więc pozostaje mi na razie Bidwell i Zweig. No i przepiękny Henry Cavill na tapecie 🙂

Happy birthday, Mr President

Wystarczyło mi jedno zdjęcie urokliwej Katie Holmes, aby w ciągu dwóch godzin rozpocząć ośmioodcinkową przygodę z The Kennedy’s. Czy to możliwe, aby biednej i udręczonej żonie scjentologa wreszcie trafiła się, inna niż reprezentacyjna, rola? Tak absurdalny pomysł wymagał błyskawicznej odpowiedzi. 
Historia rodziny Kennedy’ch jest fascynująca. Polityka, władza, seks, śmierć. Dużo śmierci. Nagłej, niespodziewanej, z cudzej ręki. Wiedzionej nienawiścią? Zazdrością? I jak właściwie wygląda życie za murami Białego Domu? Czy Pierwszej Damie podaje się herbatę a od zapinania sukienek ma osobnego służącego? Miniserial The Kennedy’s nie do końca próbuje odpowiadać na takie pytania. Zaglądamy do Białego Domu, poznajemy ludzi, ale mało tu smaczków, plotkarskich czy pornografizujących informacji. Jest przyzwoicie.

The Kennedy’s miało być początkowo emitowane w History Television w Kanadzie, potem jednak prawa przejęło ReelzChannel (już USA). Problemy z miniserią pojawiły się już przed realizacją, kiedy to swoje wątpliwości odnośnie wizerunku rodziny zgłaszały bliskie jej osoby. Problemy z dystrybucją i krytyką trwały, o czym można spokojnie w Internecie znaleźć całkiem sporą ilość informacji. Tak czy owak, serial w końcu wyemitowano, a ja mogłam rozpocząć ośmioodcinkową przygodę a Panem Prezydentem.
Historię rozpoczynamy od początków drogi politycznej Johna Kennedy’ego. Dowiadujemy się o niespełnionych ambicjach jego ojca i śmierci brata – Josepha, w którym rodzice widzieli przyszłego polityka. Brat zginął na wojnie, a nadambitny ojciec postanowił do polityki wepchnąć przystojnego Johna. John nie chce, a jego talenty do oficjalnych przemówień wołają o pomstę do nieba.  I już przez sekundę pomyślałam, że oglądam wywrotowy serial o Człowieku, Który Nie Chciał Być Prezydentem Ameryki. Nic z tego. Nagle John dostaje olśnienia. I już wiemy, że jego powołaniem nie są sztywne, oficjalne przemowy mówione z pamięci. John potrafi mówić z serca, chwytać za duszę, przytulić słowami wyborcę, który od razu się w nim zakocha. 
Najciekawszą postacią wydaje się senior rodu Kennedy’ch (w tej roli wspaniały Tom Wilkinson) – chory na władzę, niespełniony polityk, kochający ojciec i wiecznie niewierny mąż. To on wpycha synów w świat polityki i po kolei ich tragicznie traci. To on przez pewien czas próbuje sterować działaniami już prezydenta Keneddy’ego. Zawsze wszystko musi wiedzieć, zawsze dba o wizerunek (namawia Jackie, aby nie rozwodziła się z mężem mówiąc, że to zniszczy jego karierę).  Na koniec uwięziony na wózku (po wylewie), zdany na opiekę niekochanej żony i przemyślenia odnośnie własnych win. Na jego tle chłopięcy John F. Kennedy (John Kinnear) wydaje się chwilami nieporadny, czasem szczeniacki, zagubiony. 
Jaki będzie serial dowiadujemy się już w czołówce. Piękne i poważne wizerunki bohaterów, amerykańska flaga wynurzająca się z czarnego tła, patetyczna i dumna muzyka. W międzyczasie urywki z autentycznych zdjęć z lat ’60 i co bardziej dramatyczne sekundowe ujęcia z poszczególnych odcinków. Od początku wiemy, że będzie dumnie, przystojnie i baaardzo amerykańsko. Trudno oczywiście, aby było inaczej. A co w środku? Mnogość retrospekcji, zmiany w chronologii (początek „zmiany czasu” zawsze zostaje oznakowany właściwą datą w dolnym rogu ekranu). Opowieść obejmuje lata od młodości Johna Kennedy’ego i początków jego kariery politycznej (choć sięgamy też do wydarzeń jeszcze wcześniejszych choć z perspektywy jego rodziców), aby zamknąć się na ślubie Jackie Kennedy z Onassisem oraz zabójstwie Roberta Kennedy’ego. Długo i bogato, bo wydarzeń historycznych, społecznych i prywatnych nie brakuje – dzięki skokom czasowym udaje się jednak uniknąć wrażenia chaosu czy powierzchowności w opowiadanej historii (co dało się odczuć w Domu Saddama). Oczywiście, że wszystko jest przewidywalne, że sięgamy przede wszystkim do wydarzeń, które pozwalają tworzyć pozytywny wizerunek rodziny (np. walka o równouprawnienie rasowe) lub są zbyt znane, aby je pominąć (romans z Marylin Monroe). 
 
Najpilniej obserwowałam oczywiście Jackie Kennedy. Czy dowiem się czegoś więcej, ponad już obejrzanymi biograficznymi filmami? Czy przełamie się wizerunek wspaniałej, dobrej i pięknej kobiety? Niestety nie. Jackie jest piękna, dobra, i bardzo samotna w przestrzeniach Białego Domu. Jest jednocześnie niezmiernie głupia w akceptacji mężowskich romansów, które od początku akceptuje i umie się z nimi pogodzić. Kiedy pyta szwagierkę o receptę na sukces ich małżeństwa, tamta odpowiada: „po prostu go kocham”. I trudno nie zauważyć, że między parą prezydencką miłości zbyt wiele nie ma. Szacunek, współpraca, wspólne cele. Tak. Ale uczucie? Państwo Kennedy tylko raz mówią sobie „kocham cię” – na kilka chwil przed zamachem. I trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że to takie wyznanie przedśmiertne, żeby nie było, że uczucie nie istniało.  
Serial jest ciekawy, dobrze zrealizowany, bardzo przyzwoicie opowiedziany i sklejony. A że chwilami przewidywalny? W tym przypadku okazuje się to zupełnie znośne.

Straszny Saddam

Dom Saddama czekał na dysku już bardzo, bardzo długo. Zawsze na końcu listy Niezbędności Do Obejrzenia, mimo że to produkcja HBO i BBC. Cztery odcinki, każdy po ok. 56 min, rocznik 2008. I pomimo początkowego entuzjazmu, po ostatniej części okazuję się być jednak nieco zawiedziona i rozczarowana. Ale od początku.
Serial rozpoczyna sekwencja rozmowy Saddama z synami poprzedzająca ucieczkę przed nadciągającą obławą. W tym czasie żona i córki dyktatora pakują najpotrzebniejsze rzeczy. Wszyscy muszą zniknąć. To tylko wstęp, bo już za chwilę przenosimy się do roku 1979 – świadkujemy nocy, kiedy Saddam przejmuje prezydenturę Iraku. Potem pojawiają się kolejne akty gwałtu, wymordowanie opozycji, likwidacja najbliższych przyjaciół, a dalej – wojna z Iranem,

broń chemiczna, wojna z Kuwejtem, eksterminacja Kurdów,  wzmagające się anty-Saddamowe nastroje w społeczeństwie, konieczność ucieczki, rozłąka z rodziną.

Do kotła historycznego dodano także szczyptę wątków osobistych. Saddam był surowym ale kochającym ojcem, opiekuńczym ale i despotycznym mężem. Bez wiedzy swojej wieloletniej małżonki – Sadżidy, decyduje się na ślub z kolejną kobietą – Samirą. Pierworodny syn Husajna to narkoman i gwałciciel, niegodny funkcji, którą mógłby dziedziczyć po ojcu. Zięć okazuje się zdrajcą. W otoczeniu przywódcy ludźmi kierują strach i chęć zysku. 
Ale wszystko to jakieś przewidywalne. Przestraszeni towarzysze gotowi zdradzić wodza. Kobiety płaczące za mężczyznami, których ciała pokazują w telewizji. I Saddam – tuż przed aresztowaniem nawiązujący przyjaźń z kilkuletnim chłopcem. Oto mamy pełny obraz człowieczeństwa, gdzie zło miesza się z dobrem.
Kolejne wydarzenia historyczne pędzą przed oczami widza w zawrotnym tempie: w ciągu 4 odcinków przemierzamy ponad 30 lat. Trudno nie mieć wrażenia skrótowości i uproszczeń opowieści. Pominięte zostają trudne relacje amerykańsko-irackie, a jeżeli się pojawiają to w formie wspominania o irackich spekulacjach cen ropy. Jestem daleka od teorii spiskowych, ale w tym przypadku naprawdę miałam wrażenie oglądania propagandowego tworu na rzecz uświadomienia widowni amerykańskiej. I ostatecznego uspokojenia – nie martwcie się, tyran już nie wróci, bo na końcu czwartego odcinka mamy scenę egzekucji.
Co jakiś czas przed oczami widzów pojawia się czarny ekran okraszony cytatem z Husajna dowodzący jego nieugiętej i zdeterminowanej postawy np. „Poznam zdrajcę nim on pozna siebie” czy „Człowiek, który umie poświęcić najlepszego przyjaciela, jest człowiekiem pozbawionym słabości”. Tak na wszelki wypadek, gdyby widz miał wątpliwości odnośnie moralnej kondycji Husajna. Serial ogląda się dobrze, może nie jest to szczytowa forma HBO/BBC, ale wciąż przyzwoity poziom. To, co budzi najwięcej wątpliwości to skrótowość i banalizacja. Ale obejrzeć warto. To naprawdę ciekawe doświadczenie oglądać, jak pięknie Irakijczycy mówią angielsku*. 
*”po swojemu” krzyczą tylko w starciu z amerykańskimi marines, kiedy to „chłopcy” aresztują Saddama

:)

Tak. To jest właśnie kryzys w związku. Mały (?) przestój, chwilowa separacja. Daliśmy sobie czas na przemyślenie. Ja i Ekran. Myślę, że w najbliższym czasie reaktywujemy nasz romans ze wzmocnioną namiętnością  🙂
Tymczasem zapraszam do najnowszej Zadry, gdzie piszę o bohaterce Mad Menów – Pani Draper.

Gdzie jest barykada?

„Pełno tu bólu, czujecie to?” powiedziała pani detektyw szukając wyjaśnienia zbrodni, a potem: „To działa jak kuchenka gazowa? niesamowite” (zachwyt nad kuchenką elektryczną),  to tylko część smaczków, jakimi rozpoczął nas raczyć Patryk Vega w swoim nowym serialu Instynkt. Od dziś, co czwartek na TVP2, 21:45. 

Anna Oster, pięćdziesięcioletnia, atrakcyjna pani detektyw to fascynująca, ciekawa bohaterka: profesjonalna (grzebie w śmieciach szukając dowodu zbrodni), dowcipna („wiesz co jest gorsze od bycia żoną policjanta? Bycie mężem policjantki”), wyczucie elegancji (świetna torebka) oraz niezwykle przekonujące stężenie na twarzy Danuty Stenki. Tak, wierzę jej. Wierzę, że dla sprawy byłaby gotowa zniszczyć ten drogi płaszczyk. I torebkę. Tak jak Despero swoje buty.
W pierwszych scenach Annie towarzyszy dwójka młodych osób – Krzysiek Tarkowski (Szymon Bobrowski)  i Ola Lewicka (Marieta Żukowska). Tarkowski ma bliznę na twarzy, dzięki czemu wiemy, że jest odważnym policjantem. Lewicka, młoda policjantka, właśnie została panią rzecznik komendy – doskonale ubrana, a w dodatku głupia, gdyż na wizji sklecić potrafi tylko jedno krótkie zdanie. Do tej grupki można dodać jeszcze zasadniczego i nieufnego prokuratora. Na tym tle poważna i zaaferowana Pani Oster wypada bardzo profesjonalnie i niemal wiarygodnie.
Co do samej opowieści kryminalnej– w pierwszym odcinku mieliśmy samobójstwo, które okazuje się morderstwem, zazdrość, miłość, nieudany seks i retrospekcje w kolorach zielononiebieskich. Retrospekcji jest więcej niż śledztwa, które sprowadza się do kilku odwiedzin w mieszkaniu ofiary i podejrzanego oraz spotkań w gronie policjantów. Nie pojawiają się wulgaryzmy. Wszystko jest ładne, kolorowe, a na komendzie stoi śliczna choinka jak z katalogu.
Historia jest słaba, a w dodatku opowiadana z nieszczególnie udaną logiką następstwa scen. Muzyka trochę jak z Simsów, a trochę jak ze słuchowisk powieści Arthura Conan Doyla. To wszystko okraszone statycznym filmowaniem naprzemiennie montowanym z prawdziwym szaleństwem wizualnym. To naprawdę dobrze, że operatorzy Patryka potrafią biegać z kamerą, a nawet jeszcze lepiej że potrafią tak zorganizować plan, że pokazanie ujęcia 360o nie stanowi problemu. Rozedrgałam się w zachwycie.
To dopiero pierwszy odcinek i może coś się jeszcze z tego wykluje.  TVP prezentuje nam rodzimą i sfeminizowaną wersję Porucznika Columbo, tyle że w zmanierowanej i pretensjonalnej odsłonie bez intrygi. Wiem. Nie każdy serial może być Pitbullem, ale czy zaraz musi być manieryczny i przewidywalny? Chętnie obejrzę klasyczny serial policyjny ze stereotypowymi postaciami, ale niechże choć kryminalna część budzi emocje, a głównego bohatera da się choć trochę polubić. 
Nie jestem w stanie pojąć jakimi ścieżkami podąża talent Patryka Vegi. Jak można zrealizować Pitbulla,  potem Ciacho, a teraz Instynkt
Pogrążona w rozczarowaniu, pozdrawiam.

Na półmetku

Po pięciu odcinkach, czyli w połowie, piątego sezonu Big love mogę stwierdzić jedno – jest dobrze, choć mogło być lepiej. Niby wszystko w porządku, niby ciekawie, niby zaskakująco. A jednak nie do końca. Pojawia się wtórność, nieczytelność motywacji, niepewność celu działań. Postawy bohaterów polaryzują się, co upraszcza ich charakterystykę, ułatwia ocenę, a właśnie brak tej możliwości był do tej pory jedną z największych zalet Big love. Pokrętny splot miłości, tradycji, obowiązku i możliwości samorealizacji rozgrywający się na tle uwikłania w role społeczne, religijne i to, co nazywamy normalnością – to wszystko mamy i w piątym sezonie, ale już mniej świeże, mniej poruszające. 
Co się dzieje w piątym sezonie? Bill coraz intensywniej zajmuje się polityką, Margene po raz kolejny angażuje się w biznes sprzedaży bezpośredniej, Nicky przeżywa rozterki jako mama dopiero co odzyskanej córki, a Barbara pragnie święceń kapłańskich.

Z innych spoilerów: Margene okłamała Billa na początku znajomości i miała 16 lat wychodząc za niego za mąż, co może zniweczyć jego karierę polityczną; matce Billa zostaje zdiagnozowana demencja, a on sam tymczasem proponuje Barbarze rozwód. Jest ferment, ale chwilami przewidywalny, uproszczony. Problemy rozwiązują się w trakcie jednego odcinka, powracają wyeksploatowane już motywy (np. Rhonda Volmer).

Hendricksonowie „wyszli z szafy”, pojawiają się wspólnie publicznie, oficjalnie występują jako czteroosobowe małżeństwo. Rozterki i związane z tym cierpienia bohaterów poruszane w poprzedniej serii rozpłynęły się. Teraz stawiają czoła bezpośrednim niedogodnościom czy chwilowym koniecznym deklaracjom własnej tożsamości. Umykają te najbardziej zwyczajne i ciekawe zachowania: strach, wstyd, lęk przed odrzuceniem, niechęć do opowiadania publicznego o własnych sprawach. W  to miejsce zaczyna wkraczać Idea, zaczyna determinować bohaterów w sposób silniejszy niż ich rodzinne sprawy.
Uwikłanie Billa w biznes, politykę i przestępczy świat Juniper Creek powodowało ciekawe rozdarcie – między uczciwością, ochroną rodziny, chęcią zemsty i zysku. Podejmował decyzje, które mogły mieć równie wiele pozytywnych jak i negatywnych skutków. Teraz, kiedy staje się postacią tej „większej” polityki, tej bardziej spektakularnej, oficjalnej, ale też bardziej abstrakcyjnej – wydaje się obcy, momentami fanatyczny, czasami mam wrażenie, że staje się głupcem opętanym wizją upragnionego celu, do którego dotrze nie bacząc na to, co wcześniej stanowiło priorytet.
Sprawy małżeńskie stają się drugorządne, związek Billa i Barbary – od początku pokazywany jako wyjątkowy i jednocześnie bardzo trudny – w obecnej chwili zdaje się nie tylko zepchnięty na boczny tor, ale przede wszystkim nieopowiedziany, niezrozumiały. Barbara kontynuuje swoją postawę z poprzedniego sezonu i zdaje się rezygnować z roli małżonki na rzecz dominującej opiekunki całej rodziny. Bardzo zależy jej na święceniach w kościele Billa, czuje się odrzucona, kiedy ten przywilej przypada ich synowi. To „odseksualnienie” bohaterki, rodzaj emocjonalnej menopauzy, przychodzi jednak dość niedostrzegalnie, trochę zbyt szybko. Pojawiający się nagle motyw nadużywania alkoholu znika tak szybko, jak się pojawia.
Może trochę wybrzydzam, ale poprzednie sezony Big love ustawiły oczekiwania na tak wysokim poziomie, że trudno będzie je zaspokoić. Serial jest nadal bardzo dobry, aktorstwo przednie, dialogi bez zarzutu. Element, który zawsze zachwycał – czyli potyczki trzech żon – nadal jest świetnie prowadzony. Wzajemne docinki, przepychanki, próba zdobycia władzy w rodzinnym stadzie – to wszystko pozostaje na najwyższym poziomie. Może tylko nieco bardziej abstrakcyjne, bo spory między żonami nie toczą się już o spędzenie nocy z mężem czy jego czulsze spojrzenie. Walka toczy się o władzę symboliczną, o zdobycie przewagi nad innymi kobietami w ich oczach, a nie w oczach męża. I to jest niezwykle fascynujące widowisko.

Rodzina po amerykańsku

Obraz szczęśliwej i idealnej rodziny żyjącej na przedmieściach w Stanach Zjednoczonych oglądaliśmy w kinie i telewizji wielokrotnie: uśmiechnięte twarze, dom, ogród, samochód. I witanie sąsiadów ciastem specjalnie upieczonym na ich powitanie. Wszystko urocze, uprzejme i bardzo akuratne. A pod tą skorupką niejednokrotnie dzieją się rzeczy mroczne, występne, czasem i nielegalne. 
Jedną z takich historii opowiada nam, choć nie po raz pierwszy, stacja HBO: 16.01.2011. wyemitowano pierwszy odcinek piątego sezonu serialu Big love.
To historia bardzo porządnej, aczkolwiek dość niestandardowej rodziny, która liczy sobie bowiem jednego męża i aż trzy zony. Do tego niepoliczalną ilość dzieci, rachunków oraz różnorodnych trudności. Miłość, religia, tradycja i obowiązek, pozycja kobiety w społecznościach poligamicznych – wszystko splata się ze sobą prowadząc do konfliktów,  z  których nikt nie może wyjść niezraniony.  
trailer piątego sezonu
 
Big love emitowane jest od 2006 roku, wielokrotnie nominowane było do nagród telewizyjnych (w 2009 nagrodzona Złotym Globem została Chloë Sevigny za drugoplanową rolę kobiecą). W intrygujący sposób łączy ze sobą konserwatyzm z liberalizmem. 
Bo czym właściwie jest dobrowolny związek małżeński   trzech kobiet   i mężczyzny? Czy to nieskrępowana wolność i otwartość czy powrót do mizoginicznej obyczajowości? Big love nie odpowiada na takie pytania. Z dużą dozą szacunku pokazuje możliwość losów tak budowanej rodziny. Mozolna codzienność bohaterów bywa przytłaczająca, ale jednocześnie czasami trudno oprzeć się wrażeniu, jak wiele plusów pociąga za sobą tak stadna egzystencja. O Big love piszę więcej w najnowszym numerze Zadry, tutaj tylko wspominam ten fantastyczny serial, ostrząc sobie zęby na świeżutkie odcinki 🙂 

Na początek…

Atmosfera świątecznych przygotowań w toku, prezenty, choinki, jedzenie, którego nikt nie będzie w stanie przejeść. W klimacie tego ogólnego podniecenia i niepokoju, nieomal niepostrzeżenie zakończył się jeden z bardziej radosnych spektakli, jakie miałam okazję oglądać. Miłość nad rozlewiskiem. Produkcja (na podst. powieści Małgorzaty Kalicińskiej) cudownie nudna, upstrzona żenującymi dialogami, wypełniona pretensjonalnymi bohaterami i znikomą akcją. 
Ale do rzeczy. Miłość… czyli kontynuacja Domu nad rozlewiskiem: główna bohaterka, Gosia, emigrantka z Warszawy, nadal prowadzi pensjonat. Jak wcześniej, jest tu Kaśka, Marysia, Basia, konie, strumyki, sąsiedzi. Poznajemy narcystycznego rzeźbiarza, więzienną przeszłość lokalnego dyrygenta chóru, egzaltowaną aktorkę poszukującą wyciszenia przed śmiercią. Wszyscy są przyjaźni, kulturalni, i obyci. 
Autorzy serialu za wszelką ceną chcą przekonać widza, że każda z postaci  jest warta uwagi. Za każdą winą kryje się cierpienie – np. nikt nie pije dla samego picia, ale ma głęboko zranioną i smutną duszę szukającą ukojenia w alkoholu. No ale trudno się dziwić. Rozlewisko to miejsce idealne, ludzie są dobrzy i nie mają wad. Oglądamy też ładne, kolorowe zdjęcia ładnego i kolorowego krajobrazu mazurskich łąk. Rozmyte ujęcia i zwolnione tempo sprytnie podkreślają momenty przełomowe w życiu postaci. No i znak rozpoznawczy serialu: brak akcji. Dzieje się niewiele: bohaterowie chodzą, jedzą, gotują, opowiadają o uczuciach. Ilość wydarzeń względem czasu trwania każdego odcinka znikoma. Frustracja widza – narastająca.
Jedynym rozbiciem, pozytywnym i intrygującym, tej przezroczystej i niewinnej struktury jest nieoczekiwany wątek…homoseksualny. No bo z jakiego powodu ksiądz proboszcz popada w głęboką depresję i melancholię po wyjeździe dyrygenta? Snuje się bez energii, wspomina, rozmyśla. Nic nie zostaje powiedziane wprost, pojawia się jedynie delikatna sugestia, a to już i tak dużo jak na standardy polskich seriali. Dopiero kiedy muzyk powróci – nastąpi harmonia na plebanii. To jednak temat do rozwinięcia w osobnym wpisie.
Ale pewne jest jedno. Po obejrzeniu Rozlewiska już nic nie jest takie samo. Świadomość tego, jak bardzo zły serial można nakręcić, jest właściwie krzepiąca. Na takim tle Majka zaczyna wydawać się prawdziwym arcydziełem. I mam już teraz pewność, że nic nie jest w stanie zmącić mojej miłości do seriali. I o tym będzie ten blog. O serialach, polskich i niepolskich, dobrych i złych, a czasem bardzo złych. O mediach, które zmieniają to kiedy, gdzie i jakie seriale oglądamy. Zapraszam  🙂