Krakers 2016

Było ciepło i pogodnie, co oznacza że wino smakowało dokładnie tak jak powinno,

 

a grupy spacerowiczów z materiałowym torbami przemieszczały się swobodnie między galeriami oznaczonymi granatowymi chorągiewkami. Krakers 2016 przeszedł do historii zostawiając uczestników z rozmaitymi wrażeniami.

Cały czas pobrzmiewał mi w głowie smutek za wiedeńskim Gallery Weekendem, który w tym roku został anulowany lub raczej “zdecydowano o niekontynuowaniu” przedsięwzięcia. Organizacja “Die Galerien”, będąca włodarzem imprezy, po ostatnich transformacjach administracyjnych zdecydowała, że z weekendem galeryjnym im nie po drodze. Jak mi wyjaśnił Marcel Dalichau z “Die Galerien” – statutowym celem organizacji jest promowanie sztuki w Austrii, koncentrowanie się na Wiedniu w ostatnich latach było niesłuszne.

Niesłuszne administracyjnie – być może. Było za to świetnym wydarzeniem miejskim, łączącym małe instytucje sztuki, nie dodając nieprzyjemnego klimatu “sprzedaży” i ‘wystawiennictwa”. Vienna Gallery Weekend było szczerym świętem wiedeńskiej sceny wystawienniczej – bogatej, dynamicznej, inspirującej, której jedną z nadrzędnych cech była różnorodność galerii, zarówno pod kątem organizacji, relacji z widzem i kapitału. Między “fabrykami sztuki” jak Mumok czy Ludwig Museum a undergroundowymi, przesiąkniętymi papierosowym dymem galeriami w okolicy Thaliastrasse (organizującymi własny festiwal – Underworld) , jest jeszcze cała grupa galerii i muzeów średnich (Hundertwasserhaus, Musa Startgalerie, Thyssen Bornemisza Contemporary Art), mniejszych (Fotogalerie Wien) i kilkadziesiąt galerii prywatnych małych i większych. Scena wiedeńska ma więc co świętować i do czego zaprosić widzów. Wieczór otwarcia Vienna Gallery Weekend w okolicy Schleifmühlgasse, przy której mieści się kilka galerii, to prawdziwa radosna feta widzów wszystkich grup społecznych.

Przed Krakersem wciąż jeszcze daleka droga do formy, którą będziemy mogli nazwać dobrą. Krakowska rzeczywistość galeryjna, fajnością lnianych toreb przesłania skromność i niewielki krwiobieg, ale czy to wystarczy, żeby się tym cieszyć?

Continue reading “Krakers 2016”

KORPO

KORPO dowodzi, że zbieractwo twarzy, tak popularne w marketingu wielkich brandów (patrz Play) nie zawsze jednak popłaca. Występujący w serialu KORPO  Youtuberzy nie tylko nie pociągnęli za sobą fanów (średnia ilość odsłon KORPO to ok. 50 000, u samego Mietczyńskiego to ok. 250 000; Czarne Owce Show – ok. 100 000), ale i zrezygnowali z tożsamości, które budowali na własnych, samodzielnych kanałach.

KORPO czyli serial internetowy zrealizowany w formie paradokumentu (jak np. Trudne sprawy). Jesteśmy w Korpopolu – spółce o cechach korporacji, o której wiemy niewiele ponad to, że jej pracownicy zajmują się fakturami, pisaniem artykułów i wszystkim innym, co może zlecić szef. Jest tu grupa osób udających, że pracują, zestresowany i naćpany kierownik, szef którego nikt nigdy nie widział, umowy śmieciowe, pan techniczny, który więcej psuje niż naprawia i oczywiście ksero. Nic więcej, nic mniej. Dość hałaśliwie, nudno i przede wszystkim nieszczerze.

Korpo eksploatowane jest tu jako skrajnie oniryczny twór, pozbawiony realnej tożsamości, zbudowany jedynie z kilku stereotypowych elementów (brak umów o pracę, kierownik idiota). Świat pracy w biurowcu to rzeczywistość absurdalna, reprodukująca schematy i tymi schematami jedynie się żywiąca. Miałką magmę powtarzalności zarówno ideowej jak i formalnej rozbijają nadzwyczaj częste wulgaryzmy i dowcipy fekalne. Jedynym ciekawym elementem estetycznym są pojawiające się co jakiś czas ujęcia z kamer przemysłowych – do dziewiątego odcinka włącznie nie zostało to jednak w ogóle wykorzystane, choć ma to potencjał przynajmniej kryminalny…

Formuła docusoap czyli serialu paradokumentalnego okazuje się w Internecie jeszcze bardziej nie do zniesienia niż w bezpiecznych ramionach Polsatu czy TVNu, gdzie mięsne jeże przynajmniej co jakiś czas przerywane są reklamami pieluch albo kabanosów. Na youtube pozostaje naga beznadzieja fatalnych scenariuszy i gwałcenia medium za pomocą potwornie długich ujęć. Przede wszystkim jednak z KORPO wyziera smutna konstatacja, że obrabiając wciąż ten sam korporacyjny, stereotypowy kontent niewiele można zdziałać, a z niespójności autorstwa, treści i formy wyziera już nie post-ponowoczesność tylko bałagan i zwyczajna nuda. 
Pan Yapa w KORPO jako Pan Andrzej

Wro Biennale

Wrocław, odsłona trzecia.

Na Biennale dotarłam na krótko, za szybko i w przelocie. Zdążyłam się jednak zachwycić budynkami Biblioteki Uniwersyteckiej, w których odbywały się wideoprojekcje i zwinnością taksówkarzy poruszających się pod prąd na jednokierunkowych uliczkach. 
Pokaz (na którym nie było nikogo, ale cóż – 11 rano w poniedziałek) rozpoczęło That has been bothering me the whole time Arasha T. Riahi. Film zaczyna się od obrazu zalanego czernią, słychać tylko ciężki, stłumiony oddech. Chwilę później na ekranie pojawia się przyobleczona w ciężkie tkaniny tańcząca postać. Nie widać twarzy i nie wiadomo, czy performowany ruch to taniec czy sztuka walki. Bliskie kadry, monochromatyczna kompozycja kolorów, ascetyczna ścieżka audio. Zakutana postać nagle przestaje tańczyć – wisi na linkach, jak marionetka. Szamocze się i próbuje uwolnić. 
Spada jeden but, drugi, rękawiczki. Czy to za dużo? Najwyraźniej tak, bo po chwili cienkie, teatralne linki ustępują tradycyjnemu sznurowi, który kończy jakikolwiek ruch postaci. Kobieta zostaje powieszona. I kiedy już można myśleć, że ten prosty obraz o uwikłaniu, zamknięciu i kulturowych kajdanach, właśnie się zamyka, Riahi otwiera go na nowo i w dodatku kompletnie rozbija. Zmienia się światło, pojawia się kamera, mikrofon, jakiś człowiek w podkoszulku i dziewczyna zdejmująca kostium. Spektakl się skończył,  świat wrócił do normy, a filmowe, wystudiowane ekstremum uległo dokumentalnemu telewizyjnemu naturalizmowi.
Urodzony w Iranie Arash T. Riahi mieszka i tworzy w Austrii. Na co dzień współpracuje z telewizją, szkołami filmowymi i tworzy filmy autorskie, głównie pod auspicjami własnej firmy produkcyjnej Golden Girls Filmproduktion & Filmservices. Jest autorem m.in. dokumentu Everyday rebellion. The art. of change, w którym pochyla się nad aktywizmem i sztuką zaangażowaną, jako kierunkami działań mogącymi realnie wpływać na kształt rzeczywistości. Koncentrując się ruchu OccupyWallStreet czy,uogólniając, na prekariacie – tworzy interesujący obraz młodego pokolenia i jego rozterek społecznych, ekonomicznych i emocjonalnych.
W pakiecie Wro seansów, poza Riahim i wspomnianym Oliverem Resslerem, przykuł moją uwagę film Leny Dobrowolskiej Przejazd. Jest to zapis przejazdu samochodem przez zdegradowaną część miasta Cluj w Rumunii, a sam film jest częścią pracy dyplomowej autorki (Intermedia, ASP Kraków). Obraz nieco przydługawy lecz i kojący w swojej monotonii i kontemplacyjnej obserwacji rzeczywistości. Sama autorka pisze (fragment pracy magisterskiej + film): w swojej metodzie łączę podejście dokumentalne z konceptualnymi  oraz formalnymi strategiami, starając się nie ilustrować konkretnych prawd o wybranych przeze mnie tematach lub zaobserwowanych sytuacjach, lecz ukazanie jednocześnie bezpośredniego, a zarazem oddalonego (zobiektywizowanego) potencjału doświadczenia.
Podsumowując – było krótko, intensywnie i inspirująco. Tegoroczny Wrocław na długo zapadnie mi w pamięć.

Thierry De Mey i Musica Electronica Nova

Czyli Wrocław odsłona 2.

Tegorocznym gościem głównym i rezydentem festiwalu Electronica Nova był Thierry De Mey – kompozytor, twórca filmów, pasjonat i obserwator sztuki tańca i choreografii. Poetyka ruchu, dynamika i znaczenie gestu tworzą mikroświat i język twórczości De Mey’a. To co mnie szczególnie urzekło u De Mey’a to eksploatacja przestrzeni. Ta przestaje pełnić w jego filmach rolę tła i scenerii, a staje się samodzielnym, tworzącym narrację elementem. De Mey w pełni korzysta z warunków naturalnych, w których filmuje –  nie ingeruje w przestrzeń, przetwarza ją za pomocą dynamiki ruchu, kadrowania i montażu.  Taniec i bohaterowie stają się częścią przestrzeni, w której toczy się opowieść, De Mey nie buduje sceny i spektaklu, tworzy świat jednorodny (pięknie to można obserwować np. w kolorystyce każdego z filmów). 
W Love sonnets z 1993 – przy dźwiękach klawesynowych Scarlattiego  tancerze opowiadają siedem sonetów miłosnych, ciało i ruch zastępują słowa, choć i te pojawiają się w filmie – wypowiadane zazwyczaj przez bohatera patrzącego prosto w kamerę. Słowo staje się więc komunikatem wypchniętym poza naturalną filmowość dzieła, staje się sceniczne, obce, pełni raczej rolę przecinka, interludium w opowiadanej ruchem – tancerzy i kamery – narracji. Przestrzeń w Love sonnets to świat pozornie martwy. Stara kopalnia soli, fabryka cegieł, tereny opustoszałe, surowe, pozbawione zieleni. Jak podkreślił sam autor, jednym z założeń filmu było zrealizowanie go w naturze, lecz właśnie bez zieleni. I rzeczywiście zielonego koloru lub jakichkolwiek roślin w filmie nie zobaczymy. Cały czas jesteśmy w świecie wymarłym – w naturze, lecz naturze oksymoronicznej, bo pozbawionej tego, co głównie ją konstytuuje. Jedyne życie wprowadzają tancerze i…owce, które czasem spacerują w kadrze, rozbijając nieco powagę i doniosłość całego zdarzenia.
Jeszcze skuteczniej wykorzystano i przetworzono warunki naturalne w czarnobiałym Dom Svobode, w którym tancerze zawieszeni są na linach przytwierdzonych do górskiego klifu. Choreografia i kadrowanie manipulują perspektywą – dzięki temu, że film (wyjątkowo) jest dość krótki (6min) deprywacja sensoryczna nie do końca zdąży osadzić się w głowie widza.
Thierry De Mey poza scenerią naturalną we wspomnianych powyżej filmach, korzysta też z przestrzeni (post)industrialnych (tu już był wstęp w Love sonnets). Najlepszym tego potwierdzeniem są Rosas danst Rosas filmuje tancerki w dawnej szkole technicznej w Leuven (proj. Henry van de Velde).
Martwy budynek, popękane szkła, puste i majestatyczne przestrzenie tworzą nie tylko fenomenalne tło dla rytmów wybijanych ciałem, ale i sam tym rytmem jest – w strukturze okien, kolumn, kafelków. Geometria i architektura budynku zostają do granic wyeksploatowane zarówno narracyjnie (przechodzenie między pomieszczeniami, zmiana pomieszczenia jako zmiana komunikacyjna), jak i estetycznie (fenomenalna sekwencja z filmowaniem korytarza po przeciwległej stronie podwórka). Mamy wrażenie szkatułkowości przestrzeni docierając w każdej kolejnej sekwencji do zupełnie nowych miejsc, wizualnym mastersztykiem jest także gra świateł w przeszklonej szkole Velde’go, które jego zmiany pięknie absorbuje i podkreśla, a to jest przecież jeden z podstawowych elementów Rosas (opowieść jest budowana harmonijnie z upływem czasu – zmiany sekwencji tanecznych i przestrzennych pozostają spójne ze zmieniającą się porą dnia i nocy).
Film De Mey’a jest skróconą wersją przedstawienia o tym samym tytule, powstałego w 1983 roku.Wielokrotnie nagrodzone i emitowane w telewizji Rosas żyją już własnym życiem. Stały się nawet przedmiotem sporu o granice prawa autorskiego i prawa do cytatu, gdy w 2011 roku Beyonce powtórzyła choreografię z Rosas w teledysku do Countdown (https://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=2XY3AvVgDns#t=151– popatrzcie od 2:30). 
A dwa lata temu, dokładnie w 30 rocznicę premiery, ruszył The fABULEUS Rosas Remix Project, który zachęcał internautów do samodzielnego wykonania fragmentów spektaklu. Z tej feerii wrażeń, rytmów i ruchów powstało takie coś: