Praca za darmo

Kilka dni temu dostałam ciekawą propozycję. Scenariusz krótkiego filmu: ważne muzeum, postpamięć, ciekawa kobieta. Projekt marzeń.

Wystarczyło jednak zadać kilka pytań, by spod tej lukrowanej posypki wyszło coś innego. I okazało się, że Propozant nie tylko umiarkowanie ogarnia biznesowy savoir vivre (dodajmy, że określa się jako “mistrz-marki-brandingu-zaufaj-mi-jestem-ekspertem-strategii”), ale przede wszystkim boi się rozmów o pieniądzach. Bo tematu po prostu nie było.

Potem okazało się, że budżet – owszem – jest, ale później, bo teraz to jakby jesteśmy w przetargu.

A potem doszło do ostatecznego ujawnienia, bo stwierdził, że koncepcja i kilka stron tekstu A4 to przecież mało pracy, więc w zasadzie o co mi chodzi.

Więc owszem – nie, nie przyjęłam tej nobilitującej oferty. I nie ma w samym zdarzeniu nic strasznego. Ponad to, że luzackie propozycje pracy za darmo nie różnią się wiele od noszenia skarpet do sandałów, co – wydawało się – już wszyscy obśmialiśmy.