seven sisters, kasia michalski gallery

na wystawę poszłam zaintrygowana, bo w opisie czytam

nie sposób zapomnieć tego obrazu. było to w deszczowy poniedziałek w październiku ubiegłego roku. tysiące kobiet, wiele z nich ubranych na czarno, wyszło na ulice największych polskich miast potrząsając ciemnymi parasolkami w proteście przeciwko okrutnemu prawu kryminalizującemu aborcję, broniąc swojego podstawowego prawa do kontroli nad własnym ciałem. zainspirowana tym bezprecedensowym marszem kobiet, wystawa seven sisters prezentuje…

kiedy czytam o czarnym proteście w opisy wystawy, myślę – jest dobrze. polityczność i historia najnowsza rezonują w sztuce. wprawdzie pęknięta brzoskwinia na plakacie trochę mnie niepokoi, ale nic to. idę.

i co widzę?

głównie brzoskwinię. i usta. i delikatne materiały. i niezłe video o tym, że miłość  i fizyczność są trudne bez względu na konfiguracje genderowe.

sprzeciwu nie ma. gniewu nie ma. zaangażowania nie ma.

jest cielesność, erotyzm i łagodność. ale nic co mogłoby naruszyć strefę komfortu. i niby związek jest, ale przede wszystkim jest jednak inflacja znaczeń, eksploatacja i lans na zaangażowanie znad kolorowego drinka. 15.10. został potraktowany jedynie jako element gry kuratorskiej.  znaczenie i istota czarnego protestu stały się pieczątką gwarantującą rzekomy polityczny, zaangażowany i feministyczny wymiar wystawy, który trudno jednak zauważyć w samych pracach.

niby nic, ale wyobraźmy sobie, że na podobny eksploatacyjny gest decyduje się brand korporacyjny o dużym zasięgu. i zareklamujmy cheesburgery parasolkami.  

a nie! nie musimy sobie tego wyobrażać. zrobiło to już pepsi z ruchem black lives matter, czyli jedna z największych tegorocznych wpadek reklamowych – obejrzycie TU 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *